Kategorie
Polska

Z pobytu na podostrzeszowskich morenach, czyli do kościoła zawsze pod górkę

Wraz z pierwszymi kroplami deszczu podjechaliśmy na parking pod kościelnym wzgórzem. Droga z Mikstatu do Parczewa (tak, Wielkopolska ma swój własny Parczew!) omija łukiem to sięgające 230 m npm. wzniesienie. By dotrzeć do kościoła trzeba jeszcze nieco wspiąć się cmentarną alejką. Wśród rozmaitych nagrobków wyróżniają się dwa, na których inskrypcje umieszczono na wykonanej z marmury rozłożonej księdze. Niechybnie, było to przedstawienie ostatniej strony księgi żywota i nawiązanie do jej religijnej symboliki. Sam kościół pod wezwaniem Narodzenia NMP był 11 listopada, było nie było, w święto państwowe, a nie kościelne, otwarty. A jest to świątynia nie byle jaka, lecz jedna z najstarszych w całej południowej Wielkopolsce. W 2008 roku parafia kotłowska świętowała swoje 800 lecie, choć niektórzy historycy przesuwają powstanie kościoła o pół wieku, a za fundatora mają nie palatyna Piotra Włosta, lecz księcia Mieszka III. W każdym razie zbudowany z granitowych głazów korpus główny świątyni prezentuje cechy charakterystyczne stylu romańskiego. Późniejsze dobudówki, jak wieża, zakrystie, czy transpet nie zdominowały stylistycznie najstarszej części. We wnętrzu rzuca się w oczy kontrast między przykrytą drewnianym sklepieniem, surową częścią romańską, a rokokowo zdobionymi częściami nowszymi.

Od początku XVII wieku w kościele znalazł schronienie obraz Matki Bożej Kotłowskiej adorowanej przez świętych Stanisława i Wojciecha. Kultowi tego obrazu zawdzięcza świątynia rangę sanktuarium. Obraz ten cieszył się ogromną popularnością wśród kopistów. W samym Kotłowie są conajmniej dwie kopie: Jedna w kapliczce na zewnętrznej ścianie prezbiterium, druga w polskokatolickiej prokatedrze z lat siedemdziesiątych XX w. położonej jakieś 600 m na wschód od sanktuarium. Kopia polskokatolicka jest również ukoronowana i cieszy się podobną czcią co obraz oryginalny. Nota bene, w Kotłowie katolicy rzymscy stanowią mniejszość wyznaniową, co stanowi pewną niespodziankę w realiach tak Wielkopolski jak i większości regionów naszego państwa. 

Wschodnia i północna część wzgórza kościelnego oddzielona jest od położonego niżej cmentarza murem oporowym. Tak on jak i ogrodzenie wykonane są z kamienia granitowego i wizualnie współgrają z romańskimi murami świątyni. W skład kompleksu wchodzą jeszcze dwa budynki: Plebania, która bardzo ujęła mnie swoją architekturą oraz dom parafialny. Ta pierwsza to dwa równolegle usytuowane stromodachowe budynki zespolone łącznikiem z wejściem pod drewnianym ganeczkiem. Drugi budynek obsługujący dzisiaj najpewniej grupy pielgrzymkowe, kiedyś pewnie służył nauczaniu religii, a w czasach wilhelmińskich, gdy powstawał, mógł być też katolicką szkołą powszechną. W owych czasach panowała bowiem na tym poziomie nauczania segregacja religijna. Dzięki jesiennemu ogołoceniu drzew z liści widok spod kościoła obejmował dolinę górnej Baryczy i okoliczne Wzgórza Wysockie. Natomiast zamglenia i duża wilgotność powietrza nie pozwalały nam zweryfikować twierdzenia, że kościół w Kotłowie “patrzy” na trzy inne świątynie: w Wysocku Wielkim, Chełmcu i Ołoboku.

Podziomek należy do osób, które nie są skłonne ryzykować wyjazdów w miejsca, o których nic nie słyszała, zwłaszcza jeśli noszą niezbyt zachęcające nazwy. Dlatego, próbując przekonać ją do listopadowej wycieczki do Kobylej Góry pomału, acz konsekwentnie podsyłałem jej atrakcyjne zdjęcia i filmiki z okolic tej podostrzeszowskiej miejscowości. W końcu dała się przekonać, może dlatego, że wybrana miejscówka noclegowa zlokalizowana była poza miasteczkiem. Wyłoniona metoda perswazji nie była jednak uniwersalnie skuteczna. Partner naszej młodszej córki oświadczył “Musieliby mi zapłacić, bym w listopadzie pojechał do Kobylej Góry”. W trosce o stabilność domowego budżetu nie poszliśmy na takie rozwiązanie, więc jak obiecał tak i zrobił. Po prawdzie mój pobyt był krótszy o 2 dni od podziomkowego. Nie załapałam się więc na pieszą wycieczką na Kobylą Górę. Sięgające 284 m npm. wzniesienie jest najwyższe w Wielkopolsce. Zespół mający w składzie m. in. dwa psy (Harrego i Winyla) oraz niespełna czteroletnią wnuczkę – Zosię zdobył je jednak, korzystając z jedynego dnia słonecznej pogody podczas całego wyjazdu. Od 1999 roku szczyt wieńczy wysoki na 20 m metalowy krzyż, wokół którego powstała infrastruktura dla organizowania polowych nabożeństw, a sam góra uzyskała drugie określenie – Milenijna. Wśród turystycznego wyposażenia miejsca można znaleźć lunetę, jednak bezużyteczną ze względu na szybko rosnący borek sosnowy wokół szczytu. Dlatego dla miłośników dalekich widoków bardziej atrakcyjne wydaje się wzniesienie Bałczyna (278 m npm.) na południowych obrzeżach Ostrzeszowa.

Wzniesienie Kobylej Góry z Krzyżem Millenijnym; fot. MOs810; lic. CC BT-SA 4.0

Krajobraz pogranicza wielkopolsko-dolnośląskiego ukształtowany został przez jeden ze stadiałów zlodowacenia środkowopolskiego, który pozostawił po sobie dwustukilometrowy wał morenowy, wschodnim końcem którego są Wzgórza Ostrzeszowskie. Widoki są w tym regionie bez mała mazurskie, choć bez jezior, jeno zagęszczenie siedzib ludzkich znacznie wyższe niż na północy Polski. Wzgórza malowniczo obramowują większość miasteczek tego regionu i stanowią doskonałą lokalizację dla wież widokowych, krzyży i kościołów. No i dostarczają możliwości spacerów po falistych i krętych drogach, z coraz to inną perspektywą za każdym z zakrętów. Pewnie z odmiennych powodów, ale spacery po tych okolicach dostarczały też ogromnej radości naszym czworonogom.

Na moją część kobylogórskiej wyprawy przypadły wycieczki do okolicznych miasteczek. Powiatowy Ostrzeszów przodował w ilości pozycji na liście zabytków, jak też ich wiekowości. Cztery kościoły: gotycki parafialny, barokowy wraz z klasztorem, neogotycki – poewangelicki oraz drewniany, niegdyś cmentarny kościółek św. Mikołaja; pozostałości zamku kazimierzowskiego, klasycystyczny ratusz i kilka ciekawych kamienic eklektycznych i secesyjnych. Jednocześnie miasto nie zaznawszy znaczących zniszczeń wojennych dzisiaj zmaga się z utrzymaniem wiekowych budynków w odpowiednim stanie. W listopadowej mgle zmieszanej z dymem spalanego w historycznych piecach węgla nie robiło oszałamiającego wrażenia. W dodatku zwiedzanie zabytków sakralnych było możliwe głównie z zewnątrz. W kościele farnym nawet rzut oka, z zazwyczaj ogólnodostępnej, kruchty był niemożliwy, bo przeszklone drzwi wiodące do nawy głównej zabezpieczono przed utrata ciepła grubą kapą. W tej sytuacji najciekawsze wspomnienia z miasta pochodzą z wypieszczonego wewnętrznego ogródka przy klasztorze sióstr nazaretanek. W kruchcie klasztornego kościoła odkryliśmy natomiast stację drogi krzyżowej oszpeconą przez rozliczne wpisy odwiedzających świątynię wandali. Okazało się jednak, że tradycja rycia w ścianie pamiątek swego pobytu liczy tu bez mała 220 lat, czyli zasługuje już sama w sobie na tytuł zabytku. W południowej, wyżej położonej części miasta, wznosi się modernistyczna wieża ciśnień postawiona w 1916 r., u schyłku pruskich rządów w Wielkopolsce. Obiekt, niewątpliwie interesujący i znaczący krajobrazowo, ale jeszcze ciekawsze jest jego otoczenie zabudowane współczesnymi mu dworkopodobnymi willami.

W czasach dawno minionych, gdy jedyną autostradą PRL-u był wybudowany za Hitlera odcinek autostrady z Berlina do Wrocławia, podróżując starą ósemką do stolicy Dolnego Śląska wielokrotnie przejeżdżałem przez Syców. Pojazdy wszelkiej wielkości przeciskały się wąskimi uliczkami (niektóre były nawet jednokierunkowe). Niewielka prędkość, a bywało, że i stanie w korkach, pozwalały kontemplować widoki. Zauważyłem, że jak to na Śląsku w miasteczku są dwa kościoły: katolicki i luterański. Architektura tego drugiego nie prezentowała jednak stereotypowego neogotyku, lecz dosyć pomysłowo potraktowany klasycyzm. Architekt mógł sobie na to pozwolić, bo po pierwsze był to sam Karl Gotthard Langhans, projektant Bramy Brandenburskiej w Berlinie, a po drugie budowa była szczodrze finansowana przez właściciela Sycowskiego Państwa Stanowego księcia Petera Biron von Curland. Z Kobylej Góry do Sycowa jest rzut beretem, choć to już nie Wielkopolska, a Dolny Śląsk. Nie dziwota, że jednego dnia się tam wybraliśmy. Stojąc pod kościołem ewangelickim mogliśmy podziwiać jego nietypową, okrągła wieżę zwieńczoną wydłużoną kopułką z kielichem zamiast krzyża na szczycie. Książe Pan mógł obserwować świątynię z okien swojego pałacu. Barokowa rezydencja spłonęła w trakcie kampanii śląskiej przeciwko Napoleonowi w 1813 r., ale pałac odrodził się w stylu gotyku angielskiego w połowie XIX w. Czerwonoarmiści oraz komunistyczni aparatczycy, skutecznie pozbyli się rezydencji z krajobrazu miasta. Kilka ocalałych rzeźb po koniecznej renowacji zdobi rozległy pałacowy park i okoliczne skwery. W parku ulokowane jest też mauzoleum rodu Bironów. Ta malownicza kaplica wygląda na zapomnianą, lecz trwa walcząc z upływem czasu. O ile odbudowa pałacu przekracza możliwości niewielkiego miasta, o tyle na remont mauzoleum budżet miejski na pewno byłoby stać. A tymczasem nie robi się nic! Jest to o tyle niezręczne, że ostatni z Bironów, książę Ernst Johann Carl Oskar Eitel Friedrich Peter Burchard (Któż inny mógłby używać tylu imion?), często odwiedzał miasto wspomagając finansowo i rzeczowo różne miejskie przedsięwzięcia, za co uhonorowany został honorowym obywatelstwem. Przykład na to jak trudno jest zastąpić podejście klientelistyczne, partnerskim. W ciekawym, gotyckim kościele katolickim odbywało się nabożeństwo więc nie weszliśmy do wnętrza. Spacer po kościelnym dziedzińcu, wobec bardzo urozmaiconej architektury zewnętrznej i perełkom w rodzaju wczesnorenesansowej płyty nagrobnej Elżbiety Haugwitz na ścianie zakrystii dostarczył jednak wystarczającej ilości wrażeń.

Pocztówka z widokiem pałacu przed I WŚ; domena publiczna

Mikstat, choć najmniejszy z odwiedzanych miasteczek zrobił na nas dobre wrażenie. Może ze względu na kompaktowość zabudowy odczuwa się, niemal fizycznie, jak wzgórza otulają centrum miejscowości. Od drewnianego kościółka na cmentarzu schodzi się doń długaśnymi schodami. W panoramie wyróżnia się zielonkawy, nieproporcjonalnie wysoki hełm na wieży kościoła parafialnego. Na wzgórzach po wschodniej stronie miasta jest podobno wieża widokowa, ale do niej nie dotarliśmy. Z kościoła, jako że wizyta przypadała 11 listopada, właśnie wychodzili uczestnicy mszy za ojczyznę. Strażacy, terytorialsi, harcerze, odświętnie ubrani panie i panowie. Sztandary państwowe i flagi kościelne. Nad głowami rozciągnięto biało-czerwoną flagę i przemaszerowano na pobliski rynek. Tam odśpiewano hymn, burmistrz przemówił, zagrała orkiestra i zgromadzeni rozeszli się do domów. Przecież w święto wielkopolska tradycja nakazuje napić się kawy zagryzając ciastem domowego wypieku. Okazuje się, że można świętować bez piętnowania “zdrajców ojczyzny” i rzucania petardami. W Mikstacie, przy kościele stoi krzyż dłuta Pawła Brylińskiego. Był to ludowy rzeźbiarz wędrowny, który działał w XIX wieku, głównie na południe i zachód od Ostrowa Wielkopolskiego tworząc krzyże z figuralnymi kompozycjami, zwane popularnie „Bożą męką”. Na krzyżu takim prócz figury Ukrzyżowanego przedstawione są też osoby oraz przedmioty związane z tym wydarzeniem. W zależności od zasobności fundatora elementów zdobniczych było więcej lub mniej, były malowane lub zostawały w kolorze drewna. Co ciekawe, niektóre z tych krzyży były rzeźbione w jednym pniu drzewa.

Do listy odwiedzonych obiektów sakralnych trzeba dopisać dwa wchodzące od 1919 roku w skład województwa wielkopolskiego, ale historycznie ulokowane na terytorium Śląska. Obydwa charakteryzuje położenie na uboczu, a nie w centrum miejscowości. Kościół ewangelicki w Pisarzowicach został postawiony w roku 1902 dla upamiętnienia przedwcześnie zmarłego syna książąt Bironów z Sycowa. Solidne, granitowe mury trzymają się krzepko mimo, że świątynia od lat pozbawiona jest dachu. Herby książęcych rodziców wciąż dumnie zdobią szczyty bocznej elewacji ponad ogromnymi otworami okiennymi. Wnętrza zostały ogołocone z bogatego (np. “kazalnica wysadzana szlachetnymi kamieniami”) wyposażenia. Co poniektóre elementy wystroju, jak dzwony, ławki i organy trafiły do okolicznych kościołów katolickich. Od kilku lat kościół jest własnością prywatną. Właściciel, trzeba to przyznać, oczyścił posesję i wnętrze, ale nie ujawnia czemu miałby służyć ten obiekt po ewentualnej renowacji. Atmosfera wnętrza sądząc po fotografiach jest surowa i nieco mistyczna. Mówi się, że to właśnie tu zespół Behemot nagrał jeden ze swoich teledysków. Drewniany, katolicki kościół pielgrzymkowy “na Pólku” wznosi się jakieś 2 km za granicami Bralina. Nietypowe jest, że zbudowano go na planie krzyża greckiego (równoramiennego). Ale jeszcze ciekawsze jest, że otoczono go czworobokiem zabudowy, w tym, od strony wschodnie zadaszonymi arkadami. Niegdyś, nocowali w nich przybyli z daleka pielgrzymi. Obecnie wstawiono tu konfesjonały przydatne przy dużym napływie wiernych, a pewnie gdy święto przypada w deszczowy dzień można w ich ukryciu uczestniczyć w liturgii. Kościółek chroni we wnętrzu obraz Matki Boskiej Pólkowskiej, a główne uroczystości odpustowe przypadały w tym roku na 22 lipca i 7 września. Ponieważ odprawiane są w nim nabożeństwa w każdą niedzielę o 15, zgaduję, że można wtedy zajrzeć do wnętrza. My byliśmy tam, niestety, w poniedziałek.

Domek w Ignacowie, gdzie się zatrzymaliśmy, miał bogato wyposażoną kuchnię. Stąd przygotowanie dwóch obiadów we własnym zakresie było nie problemem, a przyjemnością. Pozostałe dwa zjedliśmy w kobylogórskiej karczmie nad zalewem. Trzeba przyznać, że był to dobry wybór. Oferowane menu wychodziło poza schabowy z kapustą, żurek i pierogi, a lokal był na tyle obszerny, że nawet w dni świąteczne można w nim było dostać stolik bez wcześniejszej rezerwacji. W Ostrzeszowie działa naleśnikarnia, gdzie oprócz kawy można przekąsić jej słodkie i wytrawne produkty prosto z patelni. Pod tym samym szyldem działa też lokal w Kobylej Górze, ale pobyt był zbyt krótki byśmy znaleźli czas na jego odwiedzenie. W każdym z odwiedzanych miasteczek można znaleźć kawiarnie. Ta sycowska, technicznie rzecz biorąc, zlokalizowana jest poza granicami miasta, we wsi Nowy Dwór i jest dodatkiem do palarni kawy. Nie dziwota, że wybór czarnego naparu był w niej największy, a obsługi nie peszyły zamówienia w rodzaju np. flat white, co nie było już regułą w Mikstacie. Z branży pozakulinarnej warto wspomnieć, że czteroletnia uczestniczka wyjazdu w każdej z odwiedzanych miejscowości znajdowała bogato wyposażony plac zabaw, dzięki czemu opanowała technikę jazy na tyrolce.

Podziomek nie miał okazji zweryfikować swoich obaw związanych z Kobylą Górą. Jeździliśmy tam wyłącznie na zakupy lub do wspomnianej karczmy, zazwyczaj o zmierzchu lub wieczorem. Muszę jednak przyznać, że z wjazdu od strony Ostrzeszowa miasteczko, z górującym nad nim lesistym wałem wzgórz, prezentuje się atrakcyjnie. Tereny spacerowe wokół zalewu są w dni świąteczne licznie nawiedzane, do tego stopnia, że na okolicznych parkingach trudno znaleźć wolne miejsca. Jak widać, w Kobylej Górze nie tylko nazwa jest magnesem dla lokalnego ruchu turystycznego.

Kategorie
Polska

W podgorzowskich lasach czyli gdzie Stary Fryc armaty rychtował

Jadąc autostradą A2 w kierunku granicy z Niemcami jeszcze przed opuszczeniem Wielkopolski dotychczasowy krajobraz ulega zmianie: miejsce rozległych pól uprawnych zajmują lasy, które, z niewielkimi przerwami, ciągną się aż do Świecka. Że są one ważnym elementem miejscowych ekosystemów oraz miejscem zamieszkania rozlicznej zwierzyny świadczy ilość ponaddrogowych przejść dla zwierząt. Zdarza mi się, dla urozmaicenia podróży, prowadzenie prostych badań statystycznych: A to, zwłaszcza zimą, liczę ilość myszołowów na przydrożnych płotach i słupkach, a to ilość obiektów infrastruktury drogowej. No i w przypadku mostów dla zwierząt, na tym odcinku autostrady, doliczyłem się trzynastu. Wiem, że prowadzone są badania intensywności ruchu zwierząt na tych przejściach. Byłoby super ciekawe móc obserwować ten ruch z zainstalowanych na mostach kamerek.

Powierzchnia województwa lubuskiego, ku zaskoczeniu mieszkańców centralnej Polski, jest w połowie pokryta lasami. Nie są to może puszcze na miarę Białowieskiej, Augustowskiej czy lasów karpackich, ale wskaźnik ten, zwłaszcza na tle ogólnopolskiej średniej – 29,6%, robi wrażenie. Ta oczywista konstatacja przemknęła mi przez głowę w drodze z Gorzowa Wielkopolskiego do Santoczna. Tereny rolnicze dominowały tylko do pierwszej podgorzowskiej wsi Różanki. Potem wjeżdżało się w las, w którym, niczym wyspy na morzu, ulokowane były poszczególne miejscowości. Santoczno położone jest na uboczu. Nie przy głównej drodze z Gorzowa do Wałcza, nawet nie przy powiatówce łączącej Zdroisko z Dankowem, ale kilkaset metrów w bok od tej ostatniej. Po prawdzie z braku oficjalnego, zielonego kierunkowskazu dwa zjazdy do wsi można łatwo pominąć. A byłoby czego żałować!

Lubuskie lasy

Pierwszym wrażeniem kierowcy i pasażerów wjeżdżających do Santoczna pojazdów to odgłos kół toczących się po brukowanych ulicach. Są one wyłożone czy to kostką granitową  czy to wręcz kocimi łbami. Natychmiast przypomniała mi się opinia burmistrza podlaskiego Tykocina z początków XXI wieku, który zamierzał taką nawierzchnię pokryć równiutkim asfaltem szermując mieszaniną argumentów odwołujących się do wygody kierowców i mieszkańców oraz skojarzeniem kocich łbów z wiejskością, co w świetle świeżo odzyskanych praw miejskich było wspomnieniem bolesnym. W przypadku Santoczna dla polskiej ludności napływającej tu po 1945 roku takie utwardzenie dróg było, co do zasady, oznaką postępu i nowoczesności. W późniejszych latach położenie z dala od głównych traktów komunikacyjnych nie generowało parcia do unowocześnienia nawierzchni, a popyt wewnętrzny ze strony skromnej liczby mieszkańców, która nigdy za polskich czasów nie osiągnęła ⅓ liczby przedwojennej ludności, musiał być też nikły. W końcu z postępującą zmianą funkcji na wieś letniskową brukowane uliczki stały się nie problemem, ale zaletą dodającą malowniczości i swoistego charakteru Santocznu.

Miejscowość nigdy nie miała charakteru rolniczego. Od połowy XVII wieku na rzeczce o nazwie Zanze powstał młyn. Co miałby tam mielić, gdy w okolicy nie było ziem uprawnych pozostaje kwestią otwartą. Być może, ze względu na lesistość okolicy, siła wody napędzała trak, czyli piłę używaną do cięcia pni drzew na długie i grube belki. Jak było, tak było, tym niemniej rzeczka, nosząca obecnie tą samą nazwę co miejscowość, jest w samym centrum spiętrzona i kilkoma kaskadami pokonuje przeszkody na swojej drodze do Warty. Na miejscu młyna wznoszą się obecnie bardziej współczesne zabudowania, a szum spadającej kaskadami wody nadaje Santocznu bez mała podgórskiego sznytu.

Obrazki z Santoczna

W 1762 roku, po szczęśliwym dla Prus, wycofaniu się Rosji z udziału w wojnie siedmioletniej, Fryderyk Wielki zdecydował o wzmocnieniu państwa poprzez wspieranie jego rozwoju gospodarczo-cywilizacyjnego. W tym celu zlecił Franzowi Balthasarowi Schönberg von Brenkenhoff przeprowadzenie akcji kolonizacyjnej m. in. w zmeliorowanej na ten cel dolinie Noteci i Warty. Oprócz sprowadzania kolonistów urzędnik ten zasłynął budową Kanału Bydgoskiego oraz tworzeniem zrębów przemysłu na tym obszarze.  Korzystając z energii wodnej oraz dostępności węgla drzewnego przy młynie powstała w 1765 roku huta żelaza, a wokół niej rozwinęło się osiedle fabryczne, które od rzeki wzięło nazwę Zanzhausen. W hucie tej odlano elementy pierwszej niemieckiej maszyny parowej, a już na pewno części do armat, których ogień bezlitośnie wspierał działania pruskiej piechoty. Choć huta już z początkiem XIX wieku okazała się ekonomicznie niewydajna to jednak różne formy obróbki metali trwały w Zanzhausen aż do 1945 roku. Dzisiejsze Santoczno było więc w swej historii głównie osadą fabryczną.

Jak w takich warunkach odnaleźli się przesiedleńcy z Wileńszczyzny, którzy, może poza kowalami, nie potrafili ocenić zastanych na miejscu warsztatów i technologii, trudno orzec. Nie zajmowali się chyba uprawą roli, jakąś pracę mogło dawać leśnictwo lub rybołówstwo. W ostatnich latach liczba mieszkańców wsi się zwiększa gdyż, oprócz roli podmiejskiego letniska, Santoczno zaczyna przyciągać też mieszczuchów spragnionych świeżego powietrza i śpiewu ptaków o świcie. W każdym razie, ani przesiedleńcy ze wschodu, ani miejskie pięknoduchy nie poczynili tu, tak przestrzennie jak i krajobrazowo, większych szkód. Nadal w zabudowie przeważają nieduże, tradycyjne domy ze spadzistymi dachami. Zabudowa nowsza owszem jest, ale nie dominuje, bo została zlokalizowana na obrzeżach miejscowości. Być może rolę swoistego, architektonicznego odgromnika, pełni pobliskie osiedle letniskowe o nazwie Rybakowo. Tam inwestorzy mogli dać upust fantazji, nie ograniczani sąsiedztwem pozostawionej na uboczu tradycyjnej zabudowy.

Ponieważ historia Santoczna nie jest długa nie ma tu wielu zabytków. Najciekawszy jest kościół z pruskiego muru z wieżą dostawioną, oryginalnie, z boku głównej osi budynku. Wielkie drewniane wrota, nie będące obecnie wejściem do kościoła, zdradzają, że obiekt pełnił niegdyś inne funkcje. Jest to dawny magazyn wyrobów hutniczych, do którego musiały wjeżdżać celem załadunku duże rozmiarowo wozy. Wnętrze nie jest na codzień dostępne, co w tym przypadku jest o tyle zrozumiałe, że ksiądz mieszka na plebanii za lasem, we wspomnianych Różankach. Przez okna widać, że z czasów gdy służył luteranom zachowano, obiegające wkoło nawę, empory. Niestety, całkowicie sprzeczna z formami liturgii rzymskokatolickiej kazalnica ołtarzowa został rozebrana. Stary cmentarz ewangelicki mieścił się na niewielkim wzgórzu po zachodniej stronie rzeki, w pobliżu mostu i młyna. Dzisiaj jest pokryty gąszczem zdziczałej roślinności. Zachowane nagrobki przeniesione jednak bliżej drogi gdzie urządzono swoiste lapidarium. Współczesny, acz założony jeszcze w czasach niemieckich, cmentarz znajduje się pod lasem za domostwami w pn.-zach. części Santoczna.  Miejscowość stanowi kapitalny punkt wypadów do lasów i rozsianych wśród nich niewielkich jezior. Podpiętrzona rzeka snuje się urokliwie wśród położonych na brzegu domów, z których prawie każdy dysponuje własnym pomostem i łódką. Nieco w górę jej biegu rozciąga się niewielkie, ale malownicze jezioro Mrowinko. Komu niestraszne komary, może tu na pewno ciekawie spędzić czas.

Jako baza wypadowa Santoczno służy eksploracji Pojezierza Myśliborskiego. My wybraliśmy się do Barlinka i Myśliborza, w każdym przypadku starając się zaliczyć prócz samego miasta także jakąś okoliczną atrakcję. Do miejscowości Równo przyciągnęłą nas nazwa znajdującego się w pobliżu rezerwatu “Skalisty Jar Libberta”. Na polskim niżu wszak trudno napotkać prawdziwe skałki. Niby to tylko piaskowce i zlepieńce, w dodatku czwartorzędowe, czyli w skali geologicznej bardzo młode, niby o wysokości ledwo 2,5 metra, ale jedyne na terenie całego województwa zachodniopomorskiego. Słowem miejsce kusiło atrakcjami, a dodatkowo chcieliśmy wypróbować nowokupione buty turystyczne Podziomka podczas spaceru w warunkach niemalże górskich. Jar wcina się bowiem na głębokość około 40 metrów w pofalowaną równinę z najwyższą w okolicy Gorzowa Wielkopolskiego kulminacją sięgająca 115 m npm. Wzmiankowany w nazwie rezerwatu Libbert był lokalnym botanikiem (pewnie nauczycielem przyrody) z pobliskich Lipian, który za czasów niemieckich pierwszy opisał to miejsce.

Samochód najlepiej zostawić na pofolwarcznym dziedzińcu w Równie, obecnie zamienionym na rodzaj wielofunkcyjnego skweru z zadbaną zielenią oraz placem zabaw.  Otaczające go zabudowania mieszkalne i gospodarcze są w stosunkowo dobrym stanie, co pozwala uniknąć uczucia przygnębienia, które atakuje mnie w wielu miejscach o podobnym przeznaczeniu i historii. Obecność huśtawek i zjeżdżalni niczym magnes przyciągnęła i zatrzymała w miejscu najmłodszego uczestnika wycieczki. Jakieś 200 metrów za ogromnym, ceglanym budynkiem stodoły w pn.-wsch. narożniku kompleksu folwarcznego widać już pasmo starego drzewostanu na krawędziach jaru. Słabo oznakowany szlak turystyczny biegnie na wschód i sprowadza do dolnej część jaru położonej u jego połączenia z główną, biegnącą południkowo, doliną, Ponieważ skałki ulokowane są w górnej części wąwozu spróbowaliśmy dostać się do nich od zachodu. No i tu trzeba się przyznać do niepowodzenia. W dół jaru nie prowadzi stamtąd żadna ścieżka. Zdołaliśmy w końcu znaleźć strome zejście mniej więcej w połowie rezerwatu. Znaleźliśmy się na dnie głębokiego parowu, którego zbocza porośnięte były liściastym lasem z przewagą buka. Widok w górę wąwozu ograniczał gęsty podrost oraz pokaźnych rozmiarów wiatrołomy. Ich obejście wymagało niejednokrotnie wspinaczki do połowy wysokości zboczy. Gdzieś wysoko, w koronach drzew szczebiotały ptaki. Za to całkiem blisko naszych ciał przenikliwie bzyczały komary. Daliśmy za wygraną i zwierzęcą ścieżką dotarliśmy na przeciwległy kraniec jaru. Z jego południowej krawędzi też nie wypatrzyliśmy skałek. Cóż, najwyraźniej trzeba ich szukać w porze, gdy natura nie daje im liściastej osłony.

Historia tragicznego lotu litewskich lotników Dariusa i Girenasa nieodmiennie przypomina wrażenia, które ogarnęły mnie przy pierwszej lekturze “Nocnego lotu” Antoine’a de Saint Exupery. Oczywiście, okoliczności obydwu zakończonych nieszczęśliwie lotów były odmienne. Podobne były tylko możliwości techniczne, ambicja pchająca ludzi do dokonywania nadzwyczajnych czynów i w końcu ich samotność w obliczu ostateczności. Rankiem 17 lipca 1933 tłumy mieszkańców Kowna oraz władze państwa litewskiego oczekiwały przylotu dwóch bohaterskich pogromców przestworzy, którzy aeroplanem o symbolicznej nazwie Lituanica dwa dni wcześniej wylecieli z Nowego Jorku. Orientacyjny termin przylotu dawno już minął, ale samolot nie pojawiał się na horyzoncie. Brakowało też wieści, by zaobserwowano go nad Polską czy Prusami Wschodnimi. W sercach oczekujących narastał niepokój. W końcu gruchnęła wiadomość: Wrak samolotu i ciała lotników znaleziono w lesie w podmyśliborskim Pszczelniku (Kuhdamm). Katastrofa zdarzyła się 36 minut po północy, gdy do celu pozostawało już tylko około 10% zaplanowanej drogi. W 1936 roku w miejscu katastrofy wzniesiono pomnik w formie krzyża Witolda Wielkiego. Bardzo ciekawe są też wykonane w litewskim stylu obiekty drewniane. Nieco dalej, w pobliżu dawnej leśniczówki, w 1989 roku ustawiono przeniesioną ze skansenu w Rumszyszkach chatę żmudzką. Podobno jest w niej jakaś wystawa, ale podczas naszej wizyty domek był zamknięty na trzy spusty. Darius i Girenas zostali bohaterami, niczym polscy lotnicy Żwirko i Wigura, a tysiące Litwinów dzięki ich śmierci dowiedziały się o istnieniu  maleńkiej niemieckiej/polskiej miejscowości pod Myśliborzem.

Upamiętnienie bohaterów katastrofy lotniczej w Pszczelniku

Barlinek, w którego polskiej nazwie, poprzez zmianę jednej litery, starano się ukryć jakiekolwiek odniesienia do stolicy Niemiec już w trakcie pierwszej wizyty przed blisko 30 laty wywarł na mnie korzystne wrażenie. Mimo upływu lat wszyscy uczestnicy wycieczki podzielili ten pogląd. Mały Berlin, dzielący z tym wielkim nadjeziorne położenie, to atrakcyjne i zadbane miasteczko. Malowniczości dodaje mu położenie w otoczonej lasami kotlinie zajętej pośrodku przez obszerne Jezioro Barlineckie. Całkiem długa historia nie znajduje odzwierciedlenia w wybitnych osiągnięciach architektonicznych. Ot, jeden monumentalny kościół pw. Niepokalanego Serca NMP z korzeniami gotyckimi, kilka młodszych i mniejszych świątyń, w tym jedna służąca obecnie wspólnocie prawosławnej, kilka zadbanych kamienic i fragment murów miejskich to jednak nie wszystko co Barlinek ma do zaoferowania. Jest jeszcze fontanna na rynku z wdzięczną figurką Gęsiareczki oraz Pałacyk Cebulowy na północnym krańcu jeziora. Ostatni, nazwany tak ze względu na formę zwieńczenia narożnych wieżyc, a będący de facto willą bogatego mieszczanina czy przedsiębiorcy o nazwisku Dülfer, ma architekturę tak ekspresyjną, że inspirowała ona powstanie legend miejskich o pomieszkiwaniu w nim kochanek Göringa, Himmlera czy nawet samego (skądinąd znanego z dosyć ascetycznego stylu życia) Hitlera. Jednak najwięcej uroku miasteczku nadają położone nad jeziorem tereny zielone, gdzie oprócz spacerów można też poćwiczyć sprawność fizyczną z pięknymi widokami na okolicę.

Myślibórz rekomenduje się dłuższą i bardziej chwalebną metryką. Przez prawie 240 lat był stolicą Nowej Marchii czyli zaodrzańskiej (z punktu widzenia centrali) części państwa brandenburskiego. Skutkowało to powstaniem nie tylko murów miejskich, ale i większej ilości świątyń oraz większą reprezentacyjnością obiektów publicznych np. wzniesionego przez wspomnianego wcześniej von Brenkenhoffa ratusza. Obiekty te, w większości zachowane, oraz nadjeziorne położenie predestynują miasteczko do odgrywania roli lokalnego centrum turystycznego. Tymczasem, Myślibórz epatuje atmosferą, nieobecnego w Barlinku, zastoju. W ciepłe, majowe popołudnie nieco ruchu panowało na plaży miejskiej oraz w rynku, gdzie dzieciarnia miejscowa i przyjezdna slalomowała między tryskającymi wodą dyszami fontanny powstałej ostatnio w ramach ogólnopolskiej mody na zwalczanie rynkowej zieleni. Krótki spacer po, częściowo zabudowanym blokami z lat 60-tych XX w., centrum to już uczta dla wszelkiej maści mizantropów. Obecność ludzka nie przeszkadza w podziwianiu Bramy Nowogrodzkiej, baszty Prochowej czy gotyckiej kaplicy św. Gertrudy. Czasem ktoś zerknął na nas zza uchylonego okna. Chociaż, przepraszam, blisko wejścia do największej świątyni miasta, kolegiaty św. Jana Chrzciciela, grupa mieszkańców sąsiedniej kamieniczki piknikowała przy ognisku zasilanym drewnem z połamanych mebli. W kaplicy św. Gertrudy złożono, przed odesłaniem na Litwę, ciała Dariusa i Girenasa. Okolicę można nazwać dzielnicą pamięci lotników, bo przed kaplicą wzniesiono upamiętnienie w postaci rozpołowionego kamienia, a pobliska szkoła nosi imię lotników i szczyci się współpracą z Litwą. Budynek szkoły wzniesiony, sądząc po formie, w latach 20/30-tych XX w. i starannie odnowiony ostatnimi czasy, zachował nad każdym z wejść rzeźbę dziewczynki trzymającej na kolanach rozłożona księgę. Co charakterystyczne obie figurki pozbawione są głów. Czyżby w obliczu zbliżającej się 80 rocznicy powrotu do Macierzy oczekiwano, że utrącone przez Polaków głowy doprawią Niemcy?

Dwuipółletnia uczestniczka nie ceniła sobie wprawdzie zwiedzania historycznych budowli i dziwów natury, ale udowodniła, że jest znakomitym kompanem w turystyce kulinarnej. Nie dane nam było odwiedzenie sympatycznie wyglądającej santoczańskiej karczmy, a to ze względu na ściśle mięsny charakter oferowanego menu. Barlinecka restauracja z widokiem na jezioro zapewniała za to znacznie bardziej urozmaicone doznania smakowe. Lodziarnio-kawiarnia przy rynku serwowała dobre lody, lecz przeciętną kawę, co jest chyba normą w takich miejscach. Za to kawiarenka na plaży w Myśliborzu potrafiła pogodzić jakość serwowanych lodów i napojów, a przy tym jej personel zaimponował nam znakomitą organizacją pracy w mikroskopijnym, kontenerowym lokaliku. Dwakroć udaliśmy się na obiad do Gorzowa. Geografia kulinarna wygląda tam tak, że ¾ lokali znajduje się między biegnąca wzdłuż Warty estakadą kolejową, a ciągiem ulic Sikorskiego i Obotryckiej. W pierwszej odwiedzanej, eleganckiej, restauracji młodociana dama tak długo i ze smakiem celebrowała swój obiadek, że w końcu męska obsługa wydawała się być gotowa już tylko na  jej wyzwanie. Na pizzę udaliśmy się natomiast do lokalu w jedynej przedwojennej kamienicy zachowanej przy rynku. Zajęliśmy stolik w ogródku od strony katedry, dzięki czemu mogliśmy oglądać i podsłuchiwać krzątające się wokół jej wieży pustułki. W pobliżu znajdowała się też kocia kawiarnia, więc gdy czas się dłużył można było przyjrzeć się przez okno tamtejszym futrzatym rezydentom. Warto tu wspomnieć, że przy gorzowskim rynku konkurują ze sobą aż trzy lodziarnie. Wybrana przez nas oferowała smaczne lody, ale nie mieliśmy siły, by porównać je z ofertą pozostałych.

Wydawałoby się, że zagubione wśród lasów Santoczno powinno być miejscem częstych spotkań człowieka z przedstawicielami świata zwierzęcego. Tymczasem oprócz kruka (za to z jajkiem w dziobie) przelatującego nad przydomowym ogródkiem oraz ptactwa wodnego nad jeziorami nie zauważyliśmy nic szczególnego. Pomimo utyskiwania środowisk łowieckich, że tradycje myśliwskie w narodzie są niszczone, polscy przedstawiciele fauny nie dają się przekonać, że, niczym na filmikach w Youtube, można bezkarnie odwiedzać ludzkie sadyby. Łatwiej jest spostrzec dziką zwierzynę z samochodu pędzącego autostradą niż podczas spaceru po lesie. Choć nie wykluczam, że gdyby w przydomowych ogródkach masowo instalowano, niczym na autostradowych wiaduktach dla zwierząt, fotopułapki rezultaty mogłyby okazać się całkiem ciekawe, a zaskakujące. Póki co miłośnicy podglądania natury podczas wyjazdów z wnuczkami muszą czerpać satysfakcję ze wspólnie odkrywanych ślimaków i innych “robaków” (w nomenklaturze najmłodszej uczestniczki słowem tym opisuje się owady bezskrzydłe).

Kategorie
Polska

Czy Choroszcz zapobiegła wybuchowi wojny światowej, czyli czego można się dowiedzieć podróżując drogą kruszewską

Dzień był pochmurny i nieco dżdżysty. Od niewidocznej z nad rzeki wsi dochodziło, od czasu do czasu, szczekanie psów, czy ryknięcie krowy. Bez większej nadziei wpatrywałem się w unoszący się na wodzie spławik. Otrzymane instrukcje nakazywały zachowanie ciszy. Zerknąłem w kierunku ulokowanego w pobliżu kolegi. Ten nagle począł wymachiwać rękami wskazując palcem ku wodzie. Spojrzałem za wskazaniem jego wyciągniętej ręki. Na powierzchni wody nic nie zauważyłem. Nic, w tym także i spławika mojej wędki. Nagle jednak ukazał się na wodzie, by po chwili zniknąć. Kołowrotek zaterkotał i wtedy zrozumiałem, że godziny marznięcia na brzegami Narwi właśnie zostały wynagrodzone możliwością upolowania godziwej zdobyczy. Przez głowę przemknęły mi gazetowe fotografie z facetami w kaloszach, odzianych w wielokieszeniowe kamizelki, dumnie prezentującymi złowioną “taaaką rybę”! Delikatnie starałem się zatrzymać podwodną ucieczkę mej ofiary. Szczyt wędki lekko się wygiął, żyłka napięła, by nagle odbić i zadyndać bezwolnie w powietrzu. “Uciekła ci”! orzekł kolega Jacek, który postarał się szybko przybyć mi z pomocą.

Tak zakończyła się moja krótkotrwała próba zostania wędkarzem. Ojciec kolegi był doświadczonym rybołowem i próbował swoje hobby zaszczepić synowi. Ten, chyba znudzony długotrwałym sam na sam z rodzicielem, dopraszał na te wypady jeszcze mnie. Nie musiałem mieć swojego sprzętu – wszystko, wraz z instruktażem, zapewniał organizator. Ojciec kolegi był właścicielem samochodu marki Simca, więc moczyliśmy kije w różnych wodach. Najczęściej w Supraśli i Narwi, rzadziej nad Biebrzą. Ryba, która uniknęła wyłowienia, reprezentowała ichtiofaunę narwiańską. Wędkowaliśmy w pobliżu wsi Izbiszcze, a w pamięci utkwiła mi, w szczeniackiej ocenie zabawna, nazwa wsi Konowały. 

Zawsze zastanawiam się, czy wędkarska porażka nie była początkiem zainteresowań ornitologicznych. Na pewno w czasie spędzonym z wędką w ręku widziałem więcej ptaków, niż ryb. Nie pamiętam, bym później kiedykolwiek oddawał się wędkarstwu. 

Od 1996 roku dolina Narwi na zachód i południowy-zachód od Białegostoku objęta jest ochroną, jako Narwiański Park Narodowy. Jest to jeden z najrzadziej odwiedzanych parków w Polsce. W kategorii parków “bagiennych” nie wyróżnia się wielkością, brakuje w nim znakowanych szlaków turystycznych, a w dodatku, mając kształt długiej i krętej kiszki, nie zapewnia on równie dalekich widoków, jak jego konkurenci. Podejrzewam jednak, że do niedawna brakowało narzędzi do oceny liczby turystów. Zmieniło się to z rozwojem turystyki kajakowej na Narwi (Park dysponuje własną wypożyczalnią sprzętu) oraz z oddaniem do użytku kładki, wraz z samoobsługowymi promami, na trasie Śliwno-Waniewo. Gdyby tylko te ostatnie nie psuły się tak często …  Kładka ma tą cechę, że kanalizuje masowy ruch turystyczny, więc dla osób chcących uniknąć nadmiernego towarzystwa, stanowczo zalecane jest zwiedzanie kajakiem. Narew na terenie Parku płynie wieloma korytami, czasami krzyżującymi się ze sobą. Aby zapobiec zagubieniom, na niektórych wodnych skrzyżowaniach ustawiono kierunkowskazy.

Prom przez Narew, fot. Adam-dalekie-pole, lic. CC BY-SA 3.0
Będący częścią kładki Śliwno-Waniewo, fot. Fczarnowski, lic. CC BY-SA 4.0

Ostatnią wizytę w Parku odbyliśmy w okolicy ostatniego Święta Niepodległości. Listopad, to już nie sezon kajakowy. W planie było więc odwiedzenie Młynarzówki – stosunkowo nowego centrum edukacyjno-biurowego Parku. Składa się ono z odrestaurowanego historycznego budynku mieszkalnego oraz bardzo nowoczesnego aneksu. Niestety, renowacja nie objęła trzykondygnacyjnego, ceglanego budynku po stuletnim młynie motorowym, położonym z drugiej strony drogi. W naszym kraju korzystniej jest jednak zbudować coś od nowa, niż pokonywać formalne i techniczne przeszkody nieodłącznie związane z ratowaniem  architektury zabytkowej. Nie dane nam było jednak zobaczyć wnętrz Młynarzówki, gdyż jak sie domyślam, pracownikom dano wolny dzień za przypadający w sobotę Dzień Niepodległości. Oczywiście, strona www Parku nie informowała o tym fakcie potencjalnych odwiedzających. W każdym razie, na cztery dni przed przyjazdem nic na ten temat nie znalazłem. Podejrzewam, że podobne sytuacje zdarzały się wcześniej, gdyż furtka na teren obiektu została uszkodzona złośliwą ręką/nogą, umożliwiając wejście i skorzystanie np. z placu zabaw dla dzieci. Jak widać, może turystów do Narwiańskiego Parku dociera mniej, niż do innych parków, ale ich determinacja do zwiedzania ekspozycji edukacyjnych jest olbrzymia.

Komentując całą sytuację, pracownik firmy remontującej budynek kurowskiego dworu, w którym dotychczas mieściła się dyrekcja Parku, rzucił z pewną zazdrością: “Budżetówka cieszy się przywilejami”. Gdy w końcówce lat 90-tych XX wieku w rozmowie z ówczesnym dyrektorem Parku zapytałem, czy nie grożą im roszczenia restytucyjne, dowiedziałem się, że przedwojenni właściciele zbankrutowali, a majątek przejął za długi bank. Ten z kolei został znacjonalizowany wraz z wszystkim aktywami, więc potomkowie właścicieli mogą się tylko cieszyć, jak pięknie Park zarządza ich niegdysiejszym mieniem. Rzeczywiście, dwór i przyległy park były w dobrym stanie, a w ich okolicy wytyczono ścieżkę przyrodniczą. Minęło jednak parę lat i okazało się, że bank zdążył w 1936 roku sprzedać majątek kolejnym właścicielom i to ich potomkowie na drodze sądowej odzyskali dwór. Koniec końców, dwór został od nich odkupiony i teraz przechodzi kolejny remont. Ciekawe, jaka rola będzie mu przypisana, skoro dzisiaj cała pozaterenowa działalność Parku prowadzona jest pod dachem Młynarzówki.

Młynarzówka, fot. Jerzy Opiola, lic. CC BY-SA 4.0
Dwór w Kurowie, fot. Jerzy Opiola, lic. CC BY-SA 4.0

By nie spisywać wycieczki całkiem na straty, wybraliśmy się na spacer prowadzący groblą przez bagienną dolinę Narwi, ku zachodniemu przyczółkowi zerwanego mostu. Droga, choć tylko półtorakilometrowa, dzieli się na trzy odmienne krajobrazowo odcinki. Pierwsze 300 metrów wiedzie jeszcze wśród pól i łąk, a przed lasem przy drodze rozłożyło się nawet gospodarstwo z malowniczym drewnianym domem. Następnie, grobla prowadzi przez podmokły, olchowy las. Tu zaskoczeniem może być jej mizerna szerokość. Rosnące w pobliżu drzewa i zarośla dosłownie ją zakrywają. W czasie, gdy powstała, w 1903 roku, droga miała wprawdzie status strategiczny, ale ówczesne wojsko wędrowało na piechotę lub konno, a używane pojazdy, w tym pojawiające się z czasem samochody były, w porównaniu z teraźniejszymi, mocno skromnych rozmiarów. Tak, jak współczesne samochody, współczesne drogi są znacznie szersze od poprzedniczek. Ostatni odcinek grobli, po pokonaniu mostem zachodniego ramienia Narwi, zwanego Młynówką, biegnie już przez rozległe trzcinowiska i turzycowiska, aż do betonowego przyczółka, z którego roztacza się daleki widok na dolinę i odległy o ponad 360 metrów wschodni przyczółek mostu. Najciekawszy jest jednak widok ku północy, gdzie Narew zmuszona jest zwrócić się na wschód, by ominąć wyniosły płaskowyż, którym biegnie droga z Białegostoku do Warszawy.

Mostu nie ma tu od 1939 roku, gdyż właśnie wtedy został spalony przez wycofujące się wojsko polskie. Utrudniło to nieco postępy Wehrmachtu, ale czołgi niemieckie i tak by nim nie przejechały. Jego konstrukcja była drewniana, zbudowana na łapu capu w 1928 roku, w efekcie czego obciążona mocno, kiwała się na boki. Przedwojenne autobusy, dla bezpieczeństwa, pokonywały most bez pasażerów, na których czekały z drugiej strony rzeki. Nie wiadomo, czy oryginalny, carski most był stabilniejszy – został zniszczony przez rosyjskich saperów w czasie ofensywy kajzerowskich Niemiec w sierpniu 1915 roku. I tu dochodzimy do narwiańskiej legendy, która mówi, że most został przeklęty i jego budowa w tym właśnie miejscu powoduje, po 11 latach, wybuch światowego konfliktu. Nic dziwnego, że wpisanie do dokumentów planistycznych gminy Choroszczy możliwości postawienia w tym miejscu kolejnej przeprawy przez rzekę, wzbudziło w mieszkańcach okolicznych wsi prawdziwy niepokój. Na szczęście, Park Narodowy stanowczo sprzeciwił się tym nieroztropnym planom. Druga z legend związanych z tą okolicą, mówiąca o tym, że mieszkańcy miasteczka Suraż zapłacili inżynierom nadzorującym budowę kolei warszawsko-petersburskiej łapówkę, aby tylko, przez zmianę przebiegu linii, ziejące dymem i buchające iskrami stalowe potwory nie płoszyły ich dobytku, nie jest już tak oryginalna. Słyszałem ją w wielu, pominiętych przez kolejowych planistów, miejscowościach Polski. 

Dom przy wjeździe na groblę od strony zachodniej
Ten odcinek grobli biegnie wśród trzcinowisk
Widok z zachodniego przyczółka zerwanego mostu ku północy
Leśny odcinek grobli
Widok na Młynówkę z mostu
Widok z zachodniego w kierunku wschodniego przyczółka zerwanego mostu

“Mrok właśnie zapadał; było na co popatrzeć. Uwijała się czeladź wszelaka z drzazgami i lontami zapalając lampy stojące nad brzegami jeziora i wiszące na drzewach, okalających altany. Na dzień ten umyślnie sprowadzone z rzeki Narwi wody, puszczone kanałami, na których porobiono kaskady sztuczne, widok przedstawiały istotnie malowniczy. Blaski ostatnie dnia i oświecenie kolorowe parku, wówczas zwanego “dziką promenadą” odbijały się w wodotryskach i wodospadach. Grupy postrojonych pań i panów otaczały stawy, po których łódkami się wielu przejeżdżało. W dali słychać było przegrywające muzyki”.

J. I. Kraszewski Grzechy hetmańskie

Tak świętowanie imienin trzeciej żony hetmana Jana Klemensa Branickiego – Izabeli z Poniatowskich wyobrażał sobie pisarz z perspektywy ponad stu lat od opisanego wydarzenia. Świętowano pod gołym niebem, w ogrodach przy letnim pałacyku Branickich. Tak, jak samo miasteczko jest trudne do zauważenia dla kierowców mknących ekspresówką do lub z Białegostoku, tak barokowy budyneczek mieszczący dziś muzeum wnętrz pałacowych, też nie dominuje w zabudowie Choroszczy. Od centrum miasteczka oddziela go bowiem kompleks dawnej fabryki sukna i kortu, wzniesiony przez rodzinę Moesów. Ta niegdyś największa w całym regionie fabryka, będąca prawdziwym miastem w mieście, po spaleniu w 1915 roku przez Rosjan została zaadoptowana w 1928 roku na nowoczesny, jak na swoje czasy, szpital psychiatryczny. Pałacyk, który podzielił losy fabryki w czasie I Wojny Światowej, nie został jednak odbudowany na potrzeby lecznicy. Bo też, czy dyrektorowi szpitala godziło się mieszkać w rezydencji powstałej na hetmańską miarę i użytkowanej później przez bogatą fabrykancką rodzinę? Szpitalna administracja i księgowość też pewnie nie miały aż takich potrzeb lokalowych, jak ta obsługująca kompleks fabryczny. Tak więc, dopiero po ponad 50 latach od zniszczenia, pałacyk podniesiono z ruin. Odbudowano co prawda tylko główny, najstarszy, korpus założenia. Późniejsze oficyny boczne nie miały już tego szczęścia, chociaż podniszczony, piętrowy budyneczek mijany na dojeździe do rezydencji jest opisywany, jako ich pozostałość. Na przedpolu pałacyku wznoszą się jeszcze rozległe stajnie, których frontowa ściana ozdobiona jest rzeźbami kształtnych końskich główek. Od lat trwają przymiarki do remontu i sensownego wykorzystania tego budynku. Jak na razie – bez widocznych wyników.

Pałacyk jest dosyć zgrabną i harmonijną budowlą (może poza ciężkawą grupą rzeźb wieńczącą tympanon od strony ogrodowej). Uroku dodaje mu położenie na wyspie, na końcu kanału długiego na ponad 300 metrów. Jego oś zamknięta jest wzniesieniem zwanym obecnie Górką Miłości. Z jej szczytu rozciąga się szeroki widok na dolinę Narwi i jej dopływu – Horodnianki. Zabudowa Choroszczy nie jest stąd widoczna i można ulec złudzeniu przebywania na jakimś biebrzańskim grądzie (tak na Podlasiu nazywa się wyniesienia śródbagienne). Kanał biegnący od pałacu nie jest jedyny – w połowie długości przecina go drugi, poprzeczny. Pełen starodrzewia, zdziczały park obramowuje ich brzegi. Nie wybrałbym tego miejsca na świętowanie imienin, ale na obserwację ptaków połączoną z fotosafari, jak najbardziej.

Pałacyk Branickich od frontu
Pałacyk od strony parku z fabryczną wieżą ciśnień w tle
Główny kanał parkowy
Górka Miłości w przypałacowym parku
Pałacyk znajduje się na sztucznej wyspie
Rzeźby zdradzają przeznaczenie budynku
Miejscami natura bierze górę nad kulturą
Mostki na przecięciu kanałów
Dziedziniec i pałac w Choroszczy na rysunku M. Kluczewskiego z 1874 r.[w:] Z. Gloger, Letni dworzec w Choroszczy, Kłosy 1874, nr 476

Na drugim miejscu w rankingu miejsc wartych odwiedzenia w Choroszczy, jest na pewno kompleks szpitalny z fabrycznymi korzeniami. Składa się z kilkunastu piętrowych budynków z cegły o nieco koszarowej architekturze, postawionych na przełomie XIX i XX wieku. Teren jest rozległy i bogaty w zieleń. Fasady budynków wyłożono czerwoną i żółtą cegłą, podkreślającą podziały na osie i kondygnacje. Droga przecinająca ten kompleks i zmierzająca do pałacu jest przecięta ogrodzeniem, ale wejście przez główną bramę od strony placu Brodowicza i spacer między szpitalnymi pawilonami chyba są tolerowane. Jedynym budynkiem kompleksu udostępnianym osobom postronnym jest dawna szkoła dla dzieci pracowników, obecnie mieszcząca miejskie centrum kultury. Plac, przy którym jest ulokowane centrum, był niegdyś mniejszy, gdyż wznosił się przy nim kościół luterański ufundowany przez Moesów dla pracowników pochodzących z Niemiec. Uszkodzony podczas II Wojny Światowej i pozbawiony wiernych, został rozebrany w latach 60-tych XX wieku. Jego lokalizację wskazuje obecnie metalowy krzyż.

Widok fabryki Moesa z czasów jej świetności
Krzyż na miejscu gdzie stał kościół luterański
Kuźnia fabryczna, potem kino, obecnie kaplica
Wieża ciśnień widziana z okna pałacyku
Jeden z nowszych pawilonów szpitala
Dawna szkoła, obecnie centrum kultury

Historyczne województwo podlaskie zostało aktem Unii Lubelskiej przeniesione z Litwy do Korony. Ale nie Choroszcz. Jej ówcześni właściciele – Radziwiłłowie nie przybyli do Lublina, a brak ich podpisu pod aktem Unii skutkował pozostaniem majątku na Litwie. Zatem, aż do rozbiorów, była to enklawa litewska. A obecnie, jest to podbiałostocka enklawa biznesowa. Dzięki bliskości stolicy województwa oraz drogi ekspresowej S8, w mieście powstały rozliczne przedsiębiorstwa i zakłady. Za nimi poszedł wzrost liczby mieszkańców oraz wszelkiego rodzaju usług dla ludności. Z punktu widzenia architektonicznego ten rozwój niesie jednak pewien bałagan przestrzenny, widoczny tym lepiej, im dalej oddalimy się od rynku. Sam plac rynkowy został zmodernizowany przez pozbawienie drzew i wyłożenie kamiennymi płytami z obowiązkową teraz fontanną bezbasenową. Inwestycję przeprowadzono już w trzeciej dekadzie naszego wieku, przy dosyć głośnej krytyce z pozycji klimatycznych. Inicjatorów dosięgła zresztą swoista karma, bo gdy doszło do uroczystego otwarcie przebudowanego placu, upał był okrutny, a cień drzew był już tylko wspomnieniem. Jedną stronę rynku zamyka zgrabna sylwetka kościoła i klasztoru podominikańskiego, pozostałe, to przegląd budownictwa małomiasteczkowego ostatnich 120 lat. Miejsce jest jednak dosyć senne, bo jeden kebab i jedna lodziarnia, a tym bardziej bank spółdzielczy, nie generują nadmiernego ruchu mieszkańców. W miasteczku godne uwagi są jeszcze – cerkiew prawosławna zbudowana według typowego projektu czasów cara Aleksandra II oraz kilka przykładów białostockiej szkoły muratorskiej, czyli budynków stawianych i zdobionych przy użyciu żółtej i czerwonej cegły.

Choroski rynek po „betonowej” metamorfozie. Fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego
Kościoł podominikański
Mural maryjny stanowił kolorowy przerywnik w zimowej scenerii
Inne ujęcie cerkwi
Charakterystyczny dom z żółtej i czerwonej cegły
Ciekawy krzyż z narzędziami męki Pańskiej
Plebania przy kościele
Z pomiędzy domów wyłania się cerkiew pw. Opieki Matki Bożej
Taki widok z przykościelnego dziedzińca
Jeszcze kilka takich domów zachowało się w miasteczku
Oryginalny dom przy rynku

Wydany w latach 80-tych XIX w. “Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” przy końcu opisu miasta stwierdzał m. in.: “O 30 staj od Choroszczy na południu leży góra Świtkowizna (dziś Sieśkowizną zwana), porośnięta karłowatymi dębami; na tej górze za czasów pogańskich oddawano cześć Światowidowi”. W miejscu tym, zwanym obecnie Babią Górą, z inicjatywy Miejskiego Centrum Kultury ustawiona została w 1998 roku replika figury Światowida wydobytej, w latach międzywojennych, z wód granicznej z Ukrainą rzeki Zbrucz. Z czasem miejsce nabrało znaczenia kultowego dla, zarejestrowanego jako grupa wyznaniowa, Polskiego Kościoła Rodzimowierczego. A to już nie wszystkim się spodobało. Na sesjach Rady Miasta i Gminy składano w tej sprawie pytania i interpelacje, prywatnie formułowano pewnie znacznie ostrzejsze komentarze. Aż pewnego styczniowego dnia 2018 roku, posąg zniknął. Policji nie  udało się go odnaleźć, a prokuratora nie podjęła śledztwa, powołując się na niską, ocenianą na 400 zł, wartość zguby.

Rodzimowiercy burzyli się i protestowali, ale w krótkim czasie zamówili pomniejszoną kopię posągu, którą już w marcu 2018 roku umieszczono na działce udostępnionej przez rolnika ze wsi Gajowniki. To raptem niespełna 6 km od oryginalnej lokalizacji. Miejsce jest mniej eksponowane, odsunięte nieco od drogi. Można je przeoczyć. Ma jednak swój urok. Wśród mozaiki lasków i pól, nad brzegami strumienia Horodnianki, otoczone kamiennym kręgiem, w cieniu samotnej sosny, stoi sobie czterogłowe bóstwo. Na drzewie, w kapliczce pełniącej też funkcję karmnika dla ptaków (miód na serce ich miłośnika), jest też miniaturowa figurka słowiańskiej bogini Mokoszy. Całości dopełniają wertykalnie ustawione, zwieńczone daszkami, belki z wyrzeźbionymi symbolami ruchu rodzimowierczego. Surrealistyczne wrażenie, przy braku ogrodzenia, robi bramka, przez którą można wejść w ten światek pradawnych wierzeń. A bardziej cielesnym potrzebom służy miejsce na ognisko oraz drewniana wiata.

Bramka do miejsca kultu rodzimowierców
Dwa z czterech lic Światowida
Kapliczka/karmnik Makoszy
Widok ogólny kapiszcza (sanktuarium)
Elementy kapiszcza
Ręce Boga – jeden z symboli Polskiego Kościoła Rodzimowierczego

Powstanie Styczniowe miało zawsze specjalne miejsce miejsce w moim sercu. Właśnie w sercu, bo ta specyficzna ekscytacja wynikała mniej z wiedzy, a bardziej z percepcji utworów literackich, takich jak “Ballada o wzgardliwym wisielcu” Stanisława Rembeka, czy “Pikieta powstańcza” Jacka Kaczmarskiego. W latach 80-tych XX w. zwykłem w pobliżu Święta Zmarłych włóczyć się po mazowieckich lasach w poszukiwaniu pochylonych krzyży na mogiłach bojowników, co to “poszli w bój bez broni”. Tymczasem, na obrzeżu Choroszczy znajduje się najokazalsze w całym województwie podlaskim upamiętnienie powstańców. Tuż przy drodze do feralnego mostu przez Narew wznosi się wzgórze zwane Szubienica. Nazwa zdradza co tu się wydarzyło w październiku 1863 roku. Nie jest to miejsce bitwy, czy potyczki, lecz kaźni kilkunastu powstańców okrążonych przez wojsko na noclegu w okolicznych lasach. Ciekawa jest historia przywracania pamięci o tym miejscu. W międzywojniu, będącym programowo czasem największej czci dla Powstania i powstańców, miejsce nie było oficjalne wiązane z tymi wydarzeniami. Dopiero w roku 1984, z prywatnej inicjatywy, postawiono tu brzozowy krzyż. Potem pałeczkę przejął Społeczny Komitet Budowy Pomnika, który doprowadził do odsłonięcia w 1989 roku, uzupełnianego w następnych latach kolejnymi elementami (godło, znicz) monumentu. Ponieważ Szubienica stała się miejscem uroczystości rocznicowych, a także przyciągała coraz liczniejszych turystów, władze miasta w latach 2018-19 doprowadziły cały kompleks do obecnego, imponującego wyglądu. Nie byłbym sobą, gdybym pominął tu rolę starego, sosnowego boru stanowiącego naturalne tło pomnika. Bo miejsce pamięci powstańców styczniowych w lesie winno być i basta!

Widok ogólny kompleksu pomnikowego na Szubienicy
Kosy i szable są elementem pierwotnego pomnika
Kompleks memorialny na Szubienicy zimą
Symboliczny cmentarz na Szubienicy
Padający śnieg uczytelnił listę nazwisk ofiar Szubienicy
Stary krzyż na Szubienicy

Miasta – satelity nie są najlepszymi miejscami  do otwierania biznesów gastronomicznych. Potencjalny gość zbyt łatwo może dostać się do centrum większego miasta, gdzie może wybierać i wybrzydzać do woli. Ta zasada, działająca długie lata w moim powiatowym Pruszkowie, miała też zastosowanie do Choroszczy. Jeśli ktoś nie gustował w nieśmiertelnej triadzie pizza-kebab-sushi, musiał jechać do Białegostoku. Gdy jąłem szukać w Internecie informacji o mieście, zacząłem otrzymywać oferty diety pudełkowej choroszczańskiej produkcji. Umówmy się jednak, nie była to informacja przydatna dla osób, które głód może złapać podczas zwiedzania miasta. A tu, na kilka dni przed wyjazdem, niespodzianka! Na Google Maps znalazłem lokal o atrakcyjnej nazwie, z profesjonalnie wykonaną stroną www oraz ciekawym menu. No i był to strzał w dziesiątkę! Dania były smaczne, obfite i w dodatku stanowiły ciekawy mix innowacyjnego podejścia do kuchni tradycyjnej. Dość powiedzieć, że do domu zabraliśmy pierogi nadziewane marchewką, w pesto pietruszkowym. Restauracja zajmuje jeden z lokali w pawilonie handlowym. Nie jest to miejsce bardzo przytulne, podobnie jak jego otoczenie składające się z bloków mieszkalnych z jednej i przysadzistych domów jednorodzinnych z lokalami usługowymi na parterze, z drugiej strony ulicy. Dla porządku – na piętrze jest kawiarnia, pełniąca też rolę bawialni dla dzieci. Oferta najwyraźniej dostosowana do potrzeb młodych matek i zmęczonych opiekunek, ale niekoniecznie atrakcyjna dla wędrowców pragnących uzupełniać ubytki kofeiny w nastrojowym miejscu.

Północno-wschodnia część Narwiańskiego Parku Narodowego znajduje się w gminie Choroszcz. Sięga do jazu spiętrzającego wody Narwi w miejscowości Pańki, poniżej którego rzeka została zmeliorowana przed prawie 50 laty. Krajobrazowo to, zwłaszcza z perspektywy kajakarza, dwa różne światy. Samo miasto położone jest bliżej tej cywilizowanej, przyczesanej przez działalność człowieka, części doliny. Podobne wrażenie swoistej wieloistości miałem, włócząc się po Choroszczy. Mimo niewielkich rozmiarów, można tu z łatwością wyróżnić kilka stref funkcjonalnych. Typowe podlaskie, nieco uśpione miasteczko wokół rynku, potem strefa mieszkalno-usługowa przypominająca przedmieścia Białegostoku, dzielnica szpitalna, założenie pałacowo-parkowe i – w końcu – rozciągnięta wzdłuż ekspresówki strefa przemysłowa. W gruncie rzeczy, to przykład nowoczesnego podejścia do gospodarki przestrzennej. Zastanawiałem się, czy obecność Choroszczy na liście szybko rozwijających się gmin nie stanie się, w przyszłości, zagrożeniem dla przyrody Parku Narodowego. Jeśli jednak przyjąć, że opisany wyżej stan rzeczy jest rezultatem przemyślanej polityki miejscowych władz, to moje obawy są płonne. A kolejne pokolenia młodych Podlasian będą miały gdzie być zachęcane/zmuszane do zostania wędkarzami.

Kategorie
Polska

Babia Góra, czyli nocny spacer w chmurach

Z mego okna widać chmury     
Na skalistych grzędach                 
Przetrę szybę ciepłą dłonią  
razem z nimi siędę (…)

Z mego okna widać potok Doliną, doliną, Dumnych smreków las szeroki, Mgły w kosodrzewinach (…)

Te słowa piosenki Orawa Andrzeja Wierzbickiego chodziły za mną podczas czterodniowego wyjazdu do Zawoi pod Babią Górą. Za oknem pensjonatu szumiały wody potoku Jaworzynka, a za nimi mieliśmy “smreków las szeroki”. Natomiast od frontu budynku wysoko, ponad drogą i domami osiedli Podryzowane i Ryzowane widać było, częściowo, główny grzbiet Babiej Góry. Częściowo, bo przez cały pobyt ciążyła na nim pokaźna czapa chmur. Czasami skrywała ona tylko najwyższą w całym paśmie kulminację Diablaka, kiedy indziej rozrastała się na boki lub zjeżdżała po stromych zboczach pasma ku dolinom. Prognozy pogody, niezależnie od ich źródła, raczej się nie sprawdzały. Zapowiadane trzy dni burz skurczyły się do trwających pół godziny grzmotów, a równie długotrwałe deszcze – do 30 minut jednego i 4 godzin kolejnego dnia. W każdym razie, Babia Góra  udowadniała nam prawdziwość swoich, popularnych wśród turystów przezwisk, takich jak “Kapryśnica”, czy “Matka Niepogód”.

Nad potokiem Jaworzynka

Grzbiet Babiej Góry widoczny nad współczesną zabudową Podryzowanego

Na Babią po raz pierwszy wszedłem z ojcem w 1968 roku. I to od razu bez taryfy ulgowej – ze schroniska na Markowych Szczawinach na szczyt Diablaka najśmielej poprowadzoną Akademicką Percią. W pamięci na zawsze pozostał mi szum spadających w dół zboczy rozlicznych strumieni, olbrzymie “na chłopa” paprocie, pod którymi, jako dziewięciolatek, czułem się niby Staś Tarkowski pod palmami, a w końcu skalne półki i uskoki, które pokonywało się przy pomocy łańcuchów i metalowych klamer. Chociaż zauroczony, już wówczas trzeźwo dostrzegłem możliwość obejścia najstromszych partii naokoło, jak też fakt, że stoki ku północy opadały stromo, a ku Orawie łagodnie. Bywałem potem w górach wyższych i o bardziej alpejskim charakterze, ale, że pierwsza miłość nie rdzewieje, dla Babiej Góry miałem już zawsze ciepłe uczucia. Byłem na niej jeszcze kilka razy w latach osiemdziesiątych XX wieku. Potem już tylko jeździłem w okolicy na nartach lub przywoziłem do Zawoi ukraińskie grupy, którym pokazywałem miejscowe rozwiązania z dziedziny ochrony środowiska. Aż do tego roku, kiedy uświadomiłem sobie, że co to za miłośnik Babiej, który nie zaznał nocnej wędrówki, by spotkać wschód słońca na szczycie Diablaka. Podziomek łaskawie odniosła się do mojego kaprysu i zadeklarowała uczestnictwo. W ten sposób trafiliśmy nad potok Jaworzynka w Zawoi.

Nocne niebo nad przełęczą Krowiarki skrzyło się od gwiazd. Nie przesłaniała ich ani jedna chmura. Było 30 minut po północy, kiedy wyruszyliśmy na szlak, pozostawiając samochód na położonym już na orawskich zboczach parkingu. Mimo, że był to środek długiego bożociałowego weekendu, był on prawie pusty. Parking górny, położony na samej przełęczy, był zajęty w większym stopniu. Z jednego z pojazdów wyładowywała się krzykliwa grupka mężczyzn. Przyśpieszyliśmy kroku, by móc cieszyć się odgłosami nocnego lasu niezakłóconymi ludzkimi głosami. Przez poprzednie dwa dni przeczytaliśmy cały, 370 stronicowy kryminał, którego akcja toczy się w Zawoi. Jego bohaterowie, prócz tego, że ginęli spadając w przepaść, co i rusz napotykali dzikie zwierzęta. Musiałem Podziomkowi tłumaczyć, że ludzie ginęli na Babiej głównie z wyczerpania i wychłodzenia, a ruch turystyczny od dawna był na tyle duży, że zmuszał żyjącą tu zwierzynę do bardzo skrytego trybu życia. I rzeczywiście, przez blisko 2 godziny marszu Górnym Płajem do schroniska na Markowych Szczawinach słyszeliśmy tylko pohukiwania puszczyka, pod nogami plątały nam się bezmuszlowe ślimaki pomrowy, a w świetle czołówek przelatywały ćmy i inne owady. Początkowo między drzewami błyszczały światła Policznej i okolic kolejki krzesełkowej na Mosorny Groń. Później jednak zapanowały ciemności przerwane dopiero błyskiem latarek trzech osób przygotowujących się na Zakręcie Ratowników do wejścia na Akademicką Perć. Wkrótce dotarliśmy do schroniska, gdzie urządziliśmy sobie krótki postój. To nowy budynek, oddany do użytku w 2009 roku. Fajnie, że można doń wejść w środku nocy, czy skorzystać z toalety. Wędrowcy mojej generacji brakowało jednak zapachu drewnianych belek (nowy budynek jest murowany), a także pewnej zaciszności charakterystycznej dla dawnych schronisk. Tam, co do zasady, wchodziło się najpierw do świetlicy/stołówki, podczas gdy my znaleźliśmy się w rodzaju betonowego, wysokiego na trzy kondygnacje szybu, u szczytu którego znajduje się suszarnia odzieży. Z rzeczonego szybu dopiero różne korytarze, schody i drzwi prowadzą do pozostałych pomieszczeń schroniska.

Markowe Szczawiny – stare schronisko, fot. Jerzy Opioła, CC BY-SA 3.0

Markowe Szczawiny – nowe schronisko, fot. Jerzy Opioła, CC BY-SA 3.0

Szlak spod schroniska na przełęcz Brona jest najłagodniejszym podejściem od północy na grzbiet pasma babiogórskiego. Jest to rodzaj wyłożonego kamieniami chodnika, w górnej części przechodzącego w schody. Tu nasze tempo zmniejszyło się do wskazanego na kierunkowskazach, bo co chwilę przystawaliśmy dla złapania oddechu. Zanikający szum źródliskowego odcinka potoku Markowego i pojawienie się pierwszych krzaków kosodrzewiny były sygnałem zbliżania się do przełęczy. Postój na niej nie trwał długo, gdyż zaczęły nas omiatać podmuchy dość chłodnego wiatru. Nie mogliśmy z pełnym przekonaniem stwierdzić, czy wilgoć na naszych okularach, to osadzające się kropelki mgły, czy też para unosząca się z naszych rozgrzanych podejściem ciał. W dole widać było długi wąż świateł ciągnącej się doliną Skawicy Zawoi. Gdy jednak pokonaliśmy ostatni stromy uskok doprowadzający nas w rejon Kościółków, widok na wieś zniknął za chmurami. Ciemność od czasu do czasu przeszywał tylko błysk czołówek osób, które wyruszyły na szczyt później od nas. Kościółki, to najbardziej urwista część północnych zboczy Babiej Góry. Brak widoczności nie pozwolił nam jednak na zajęcie stanowiska, czy ich rzeźba jest rezultatem działania lodowca, czy też erozji. Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pokonywać trzeba po skalnym rumowisku. Zajęci wynajdywaniem bezpiecznego oparcia dla stóp prawie przeoczyliśmy, że ciemność ustępuje dniu. Wśród mgły dały się słyszeć głosy, a po chwili dostrzegliśmy też ludzkie sylwetki. Była 4:00 rano, a my, miast w ciepłym łóżku, witaliśmy kolejny dzień na wysokości 1725 m. npm.

Widoczność nie była większa, niż 50 metrów. Mimo to, ulokowawszy się za za kamiennym wiatrochronem, grzecznie czekaliśmy kolejne 35 minut, po których powinien nastąpić wschód słońca. Dopiliśmy resztki herbaty z termosu, zagryzając batonikiem energetycznym. Nałożyliśmy kolejną warstwę odzieży, a nawet przykryliśmy się folią termiczną. Większość zgromadzonych na szczycie osób zachowywała się podobnie. Dysonans stanowili górscy maratończycy, którzy wkrótce po nas pojawili na Diablaku. Ubrani, jak na stadion, z minimalnej wielkości plecaczkami, sprawiali dosyć żałosne wrażenie. Co ciekawe, organizatorzy tego wyczynu zajmowali się wyłącznie mierzeniem czasu, nie dbając zupełnie o zabezpieczenie komfortu energetycznego uczestników. Na szczęście, tak jak znienacka się pojawili, tak szybko znikali. Był to chyba tylko punkt pośredni ich biegu. I dzięki Bogu! Uczestnictwo w akcji ratowania życia, zamiast doznań przy wschodzie słońca, byłoby zmianą naszych planów ze wszech miar niepożądaną!

Świt na szczycie Diablaka

Kierując się ku Sokolicy, najbardziej na wschód wysuniętej kulminacji pasma Babiej Góry, wykazaliśmy się swoistą oryginalnością, bo większość nocnych gości “Królowej Niepogód” wybrała zejście w przeciwną stronę. Na szlaku było więc stosunkowo pusto. Dzięki czemu słychać było głosy siwerniaków, płochaczy halnych, czy kopciuszków, zamieszkujących tę surową krainę. Pomiędzy kamieniami kwitło mnóstwo sasanek alpejskich i zawilców narcyzolistnych. W gęstej mgle grupki skalne na Gówniaku (Wołowych Skałkach) nabierały tajemniczej malowniczości. Wrażenie potęgowało, że nie sposób było ocenić ich wysokość, gdyż podstawa ginęła w mlecznych oparach. Podmuchy wiatru rozrywały od czasu do czasu chmurowy płaszcz, a w jego lukach pojawiały się widoki, a to na Małą Babią (Cyl – 1515 m. npm.), a to na Policę (1369 m. npm.). Tę ostatnią liznęły nawet promienie słońca, które kolejny raz pokazało się tego dnia dopiero ku wieczorowi. Pomiędzy Sokolicą a Kępą, jeszcze w piętrze kosodrzewiny wzdłuż ścieżki rosną osobliwie zdeformowane przez wiatr limby. Są to rezultaty nasadzeń gatunku uznanego za symbol alpejskości (Towarzystwo Tatrzańskie już w 1880 roku wpisało do statutu obowiązek ochrony limby). Ze wszystkich posadzonych na Babiej Górze, najlepiej mają się te przy schronisku na Markowych Szczawinach, gdzie rosną na wysokości poniżej 1200 m. npm. Ekstremalne warunki graniowe raczej im nie posłużyły. Ale przynajmniej żyją walcząc o przetrwaniem, która to sztuka nie udała się pstrągom, którymi swego czasu zasiedlono największy z babiogórskich zbiorników wodnych, bezodpływowy Mokry Stawek przy wschodnim krańcu Górnego Płaju. Ponieważ park narodowy zamknął dla prac konserwatorskich szlak z Sokolicy na przełęcz Krowiarki, przyszło nam jeszcze pokonać 350 metrów w dół, po kamiennych schodach z Sokolicy ku Zakrętowi Partyzantów. Było to spore wyzwanie dla naszych nieco już zmęczonych stawów kolanowych. O ósmej rano dotarliśmy do czekającego na parkingu samochodu. W pensjonacie czekało śniadanie, po którym zaplanowaliśmy kilka godzin snu.

Zawilec narcyzolistny rośnie pod samym szczytem

Słupek graniczny z lat 1939-45 służy jako stabilizator ścieżki

Chwilowy widok w kierunku Małej Babiej Góry

Limba przy ścieżce z Kępy na Sokolicę

Podobnie jak różeniec górski

Wołowe Skałki

Chwilowy widok w kierunku Sokolicy (na pierwszym planie) i Policy (na horyzoncie)

Powalone drzewo na zboczach Sokolicy

Nie należymy do generacji, która praktykuje nocną podróż samochodem z miejsca zamieszkania w góry, by o świcie znaleźć się już na szlaku, a wieczorem dotrzeć z powrotem do domu. Dlatego przed nocnymi wyczynami zaplanowałem dwie wycieczki aklimatyzacyjno-rozruchowe. Pierwsza, z zawojskiego osiedla Wełcza na Jałowiec, najwyższe wzniesienie Pasma Przedbabiogórskiego (1111 m. npm.), skąd przez Czerniawę Suchą i przełęcz Klekociny wróciliśmy z powrotem do Wełczy. Przyjemna, nie nazbyt stroma trasa wiodła początkowo przez widokowe polany, później przez ładny las bukowy. O ile z podejścia widać było głównie pasmo babiogórskie, o tyle z rozległej polany szczytowej Jałowca otworzyły się dalekie widoki na Pilsko, Romankę i Beskid Śląski. Na polanie tej znajduje się drewniany schron, w którym można przeczekać deszcz, a nawet od biedy przenocować. Znaleźliśmy w nim księgę wejść, o dziwo, obfitująca w bardziej lub mniej rozbudowane wpisy osób odwiedzających Jałowiec. Wydawać by się mogło, że lepszym miejscem na taką inicjatywę byłby szczyt Diablaka, ale tam ze względu na parkowe restrykcje trudno byłoby postawić stosowny schowek, a jego utrzymanie w skrajnych warunkach klimatycznych byłoby też bardziej kosztowne. Las na grzbiecie był bardzo przerzedzony, pewno ze względu na zanieczyszczenie powietrza docierające tu ze Śląska. Natomiast zejście w dolinę Wełczówki pozwoliło nam odświeżyć sprawność dendrologa w rozróżnianiu świerka od jodły. 

Druga wycieczka skrajem parku narodowego poprzez kolejne grzbiety i dolinki doprowadziła nas aż do osiedla Czatoża. Na pierwszym z grzbietów, spod spiętrzenia zwanego Kwiatek (to raczej określenie dwóch znajdujących się pod samym grzbietem zabudowań, pewno pochodzące od nazwiska właściciela), powinniśmy mieć widok na cały grzbiet Babiej Góry od Krowiarek na wschodzie, po przełęcz Jałowiecką na zachodzie. Rzeczone przełęcze, rzeczywiście mogliśmy zobaczyć. Pomiędzy nimi natomiast kotłowało się ogromne chmurzyko, które właśnie w tym czasie zdecydowało się wyciągnąć swoje wypustki w kierunku Zawoi. Cóż, pozostały nam widoki ku wschodowi, na Mosorny Groń i całkiem pokaźny Cyl Hali Śmietanowej. Mimo to, bardzo przyjemnie wspominam tę wycieczkę. Raz, że właśnie w jej trakcie natknęliśmy się na jelenia, a to już pierwsza liga polskiej fauny. Dwa, że nasza trasa zahaczała o przykłady ciekawej architektury, w postaci otoczonej ogrodem roślin babiogórskich, drewnianej siedziby parku narodowego w osiedlu Barańcowa oraz zespołu wolnostojących piwniczek i, służącej niegdyś odstraszaniu burz, dzwonniczki loretańskiej w Czatoży. Piwniczki w Czatoży bardzo przypominają te ze Słowacji i Węgier, służące przechowywaniu sprzętu do uprawy winorośli i winobrania. Mimowolnie rozglądałem się po stokach za winnicami zapominając, że na północnych stokach Karpat uprawiano raczej ziemniaki i owies.

Widok w kierunku Babiej Góry z podejścia na Jałowiec

Widok na Pilsko z polany podszczytowej Jałowca

Schron na Jałowcu

Widok w kierunku Mosornego Gronia (z wieżą widokową) i Cylu Hali Śmietanowej

Ikoniczne trzy piwniczki w Czatoży

Dwukondygnacyjna piwniczka w Czatoży

Grzbiet na wschód od Jałowca porośnięty jest piękną buczyną

Widok z Jałowca na Czerniawę Suchą

Tradycyjna chałupa w osiedlu Kwiatek

Dzwonniczka loretańska w Czatoży

Kapliczka zbójnicka w Policznem

Fakt, że do roli architektonicznego symbolu Zawoi urastają obiekty tak utylitarnego przeznaczenia pokazuje, że miejscowość, mimo posiadania od 1927 roku statusu wypoczynkowo-klimatycznego, nigdy nie osiągnęła pozycji Zakopanego, czy Krynicy. Tu do bardzo niedawna podstawą egzystencji była praca na roli i w lesie. Nie znaczy to, że nie znajdziemy tu przykładów ciekawej tradycyjnej architektury mieszkalnej, kurortowej, czy sakralnej (słynne zawojskie kapliczki!), tyle że są one utkane, jak rodzynki, w cieście typowych góralskich, stromodachowych, murowańców. Rosnąca rola turystyki przejawia się w coraz liczniejszej obecności domów na wynajem, z których część stara się pogodzić estetykę domu podhalańskiego górala ze staropolskim dworkiem, zbliżając się niebezpiecznie do poziomu domostwa Gargamela. Ruch budowlany jest w Zawoi całkiem spory. Równocześnie jednak, przykłady pomyłek w biznesplanach, takie jak ośrodek wypoczynkowy Górnik, karczma Koliba, czy hotel Lajkonik, stoją latami opuszczone przy głównej drodze biegnącej przez wieś. W porównaniu z naszym zimowym pobytem w 2006 roku, gdy właściciele miejscowych karczm byli strofowani przez administratora regionalnego portalu za prowadzenie wobec siebie czarnego PR, liczba lokali gastronomicznych jednak wzrosła. Szczególnie dotyczy to ciastkarnio/kawiarni, dzięki czemu mogliśmy, zszedłszy z górskiego szlaku, cieszyć się z posiadówek nad małą czarną. 

Dworzec Babiogórski nadal służy celom komercyjnym

Siedziba Babiogórskiego Parku Narodowego

Kapliczka w Podryzowanym

Kościół św. Klemensa w Zawoi Centrum

Stary budynek w Czatoży

Zabudowa kurortowa (Willa Podhalanka) w Zawoi Górnej

Rankiem w dniu wyjazdu zawitaliśmy do Mosornego. Położone w bocznej dolince osiedle, ma status jednego z sześciu zawojskich sołectw. Znajduje się tam czarująca drewniana kapliczka, której prawie 120 letnia historia jest pięknym przykładem samodzielności  mieszkańców w zaspokajaniu swoich potrzeb duchowych, jak też swoistej autonomii wobec reszty wsi. Powstała z inicjatywy i na gruncie jednego z miejscowych gospodarzy i jest utrzymywana, remontowana i upiększana siłami lokalnej wspólnoty wiernych. Oficjalny kościół zapewnia wyłącznie obsługę liturgiczną. Architektoniczną ciekawostką jest, że fasadę kapliczki zdobią drewniane, ludowe rzeźby znacznie starsze od samego obiektu, bo pochodzące z lat 70-tych XVIII wieku. 

W górę doliny potoku Mosornego, w lesie, znajduje się ciekawy wodospad. Jak to w Beskidach, nie imponuje on wysokością (ok. 6 metrów), ani ilością spadającej wody. Za to jego bezpośrednie otoczenie, to prawdziwa brama skalna, wyższa nad poziom uskoku o jeszcze parę metrów. Skała spękana jest poprzecznie, a jej poszczególne elementy są, a to wysunięte, a to zagłębione, sprawiając wrażenie zbudowanej ręka olbrzyma ścianki wspinaczkowej. Jeśli postanowimy dotrzeć do wodospadu od miejsca załadunku drewna na końcu biegnącej przez osiedle drogi, natkniemy się na jeszcze jeden skromniejszy, bo półtorametrowy, wodospadzik. Podobno, ponad główną kaskadą są także pomniejsze stopnie wodne. Tam jednak dotrzeć jest znacznie trudniej. Dla porządku, bo speleologia to nie moje klimaty, trzeba wspomnieć, że w sąsiadującej z Zawoją Skawicy, na stokach Policy, odkryto najdłuższą w Beskidach, ponad 400 metrową jaskinię. Jako, że jej wylot przypomina borsuczą norę, historia jej eksploracji jest stosunkowo krótka, ale na chłopski rozum należało oczekiwać, że tam, gdzie góry wznoszą się najbliżej nieba, tam jaskinie sięgają daleko w głąb ziemi.

Kapliczka w Mosornem

Wodospad na Potoku Mosornym

Dolna kaskada wodospadu

Fasadę kapliczki zdobią 135 lat starsze rzeźby

Potok przelewa się przez prawdziwą skalną bramę

Miejscowości położone w polskich górach starają się realizować strategie rozwoju prowadzące, w uproszczeniu, ku uzyskaniu pozycji i roli uzdrowiska, bądź Zakopanego. Uzdrowiskiem nie zostaje się jednak bez zasobów wód mineralnych. Zostaje więc Zakopane, które przeszło drogę od góralskiej wioszczyny do zimowej stolicy Polski. Zawoję ta droga kusi w najbardziej naturalny sposób. Grzbietowo położone osiedle Przysłop bywa zwane zawojską Gubałówką. Prekursor turystyki pod Babią Górą, Hugo Zapałowicz, to zawojski odpowiednik Chałubińskiego, a jego wierny przewodnik Wawrzyniec Szkolnik, to ani chybi Sabała. Za przykładem Zakopanego, działalność turystyczna koncentrowała się w budynku zwanym dworcem babiogórskim. To jednak tylko powierzchowne podobieństwa. Zapałowicz nie wiódł w góry gości przy muzyce góralskiej kapeli. Szkolnik był wiejskim nauczycielem i etnografem amatorem, a nie skrzypkiem – lekkoduchem. W Dworcu Babiogórskim funkcje komercyjne przeważały zawsze nad kulturowymi. Zresztą stolica, nawet zimowa, może być tylko jedna. A rozciągnięta na kilkanaście kilometrów w dolinie Skawicy wieś, nawet z ukształtowania terenu nie nadawała się na miasto. Jednak dzięki temu, że kultura górali babiogórskich nie została inkorporowana przez pełnych admiracji gości, zachowała więcej oryginalnych form, niż w przypadku górali podhalańskich. Jedyne co rzeczywiście upodobnia Zawoję i Zakopane, to pogoda. Niczym w starej anegdocie: “Ostatnie trzy dni spędziłem w Zakopanem. I co tam słychać w Tatrach? Nie wiem, nie widziałem zza chmur”.

Kategorie
Polska

Nie tylko bagna, czyli odwiedziny w dolinie Górnej Biebrzy

Przez szparę w drzwiach wdarł się z nagła promień jaskrawego światła. Zerknąłem na zegarek. Fosforyzujące wskazówki wskazywały godzinę, bez mała, pierwszą w nocy. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły przytłumione odgłosy rozmowy. Po chwili rozległo się stukanie do drzwi. Zafrasowany gospodarz wydukał: “Milicja chce z wami porozmawiać!” Faktycznie, w kuchni za stołem siedziało dwóch osobników, jednak żaden nie był w mundurze. Trochę mnie to zdziwiło, ale postanowiłem z nimi porozmawiać, ze względu na gospodarza. Panowie w dosyć napastliwym tonie dopytywali się, czy byliśmy na Dębcu. Uroczysko Dębiec znajduje się na Bagnach Biebrzańskich, przy ujściu Jegrzni do rzeki Ełk. Obecnie można tam dotrzeć szlakiem turystycznym wyznaczonym przez Park Narodowy i jest to jedno z najbardziej odległych od sadyb ludzkich miejsce w całym Parku. Jednak kiedyś mieszkali tam ludzie. Według mapy WIG z 1929 roku były tam dwa gospodarstwa. W 1984 roku, gdy zdarzyła się opisywana sytuacja, wznosił się tam jeszcze jeden, opuszczony, acz pozostający w stosunkowo niezłym stanie, budynek. Wyjaśniłem więc, że owszem, przechodziliśmy w pobliżu, ale nie przekroczyliśmy rzeki Ełk, za którą znajdowała się chata. Panowie sprawiali wrażenie, że przygotowali sobie tylko jedno pytanie, co wyraźnie ich denerwowało. W coraz bardziej napiętej atmosferze zażądali okazania dokumentów. 

Tu przypomniałem sobie zawartość poradnika “Jak zachowywać się w razie zatrzymania przez MO?” – pozycji cieszącej się  pewną popularnością w czasach dopiero co zakończonego stanu wojennego i wyjaśniłem, że wylegitymuję się tylko umundurowanemu lub posiadającemu stosowne dokumenty milicjantowi. Panowie nieco się unieśli, lecz wobec mego uporczywego trwania przy swoim stanowisku, opuścili dom odgrażając się, że rano przyjadą większą i, a jakże, umundurowaną gromadą. Mimo tego, noc minęła spokojnie. Rano gospodarz przyznał, że osobników tych widział po raz pierwszy w życiu i wyraźnie pokrzepiony naszym aktem oporu wobec władzy, wyciągnął z szafy album ze zdjęciami. Wskazał na jedno, z młodym mężczyzną pozującym dumnie przed wypełnioną wiktuałami, gargantuicznych rozmiarów, lodówką. “To jest mój syn!” wyjaśnił, “On jest w Ameryce, a ja nikogo się boję!”. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego nasza obecność w pobliżu opuszczonej chaty mogła kogoś zaniepokoić do tego stopnia, że odszukał nas w środku nocy, w sąsiedniej wsi Kapice. Doświadczenie z Puszczy Knyszyńskiej podpowiada, że obfitujące w wodę bezludzie, to idealne miejsce na zainstalowanie bimbrowni. Produkcja “księżycówki” domaga się zaś dyskrecji!

Kapicka przygoda zdarzyła się podczas jednego z organizowanych przez wydziałowy Klub Turystyki Przyrodniczej (o jego działaniach przeczytacie też tutaj) zimowych pochodów długodystansowych. Tego roku wędrowaliśmy wzdłuż Biebrzy, od Lipska po Strękową Górę. Tylko przez pierwsze dwa dni cieszyliśmy się warunkami zimowymi. Potem nastała odwilż, która zmusiła nas do pozostawienia biegówek na plebanii w Sztabinie i dalszej wędrówki na piechotę. Podczas tych dwóch, zimowych, dni trafiliśmy do Trzyrzeczek. Początkowo nawet nie do samej wsi, lecz do leśniczówki o tej nazwie. Gdy jednak między leśniczym, a jego małżonką rozgorzał spór o to, czy celem naszej wizyty nie jest przypadkiem ograbienie i pozbawienie życia gospodarzy, ewakuowaliśmy się do wsi. Miejscowy sołtys ze zrozumieniem przyjął nasze tłumaczenie i znalazł nocleg w którymś z gospodarstw.

I oto po 39 latach, w długi majowy weekend trafiłem, tym razem w nieco liczniejszym, bo sześcioosobowym gronie, do Trzyrzeczek. Nie musieliśmy zdawać się na sołtysa – czekał na nas zarezerwowany zawczasu domek. Ku uciesze 17 miesięcznej uczestniczki wyjazdu, w kompleksie, prócz sauny i miejsce na grilla, był też plac zabaw. Charakterystyczny, acz zaskakujący, był niemal zupełny brak kontaktu z gospodarzami. Przywitał nas jedynie 10-12 młodzieniec, który wręczył nam klucze do domku, a pożegnały tylko ich miłe psiaki. Próby kontaktu telefonicznego były konsekwentnie ignorowane. Prócz tego jednak, na miejscu było pełne wyposażenie, pozwalające w komforcie przeżyć pięciodniowy pobyt. Nie byłem już w stanie rozpoznać domu, w którym nocowaliśmy przed laty. Może dlatego, że większość obecnych zabudowań wsi jest młodsza, a w kilku drewnianych chatynkach nikt już nie mieszka. Trzyrzeczki są też rzadkim w dzisiejszych czasach przykładem wsi, do której nie prowadzi żadna utwardzona droga. Po kilku dniach korzystania z takiej nawierzchni nasze automobile były pokryte grubą warstwą beżowego pyłu. Co ciekawe jednak, jeździło się po tych drogach równiej, niż po kilku asfaltowych powiatówkach, które nie doczekały się jeszcze modernizacji.

Kot rezydent prezentuje naszą kwaterę w Trzyrzeczkach
Przydrożny krzyż wyprodukowany w sztabińskiej hucie
Widok z okolic wsi
Samotna sosna na miedzy

Kotlina Górnej Biebrzy, choć wchodzi w skład Parku Narodowego, przez długi czas uważana była za pośledniejszą turystycznie, niż Basen Środkowy i Dolny Kotliny. Fakt, dolina jest tu węższa, kompleksy leśne, ale i torfowiska, nie tak imponujące, jak w pozostałych częściach Parku. Ostatnimi laty Park Narodowy zrealizował tu jednak projekt rozwoju infrastruktury turystycznej, dzięki któremu można dotrzeć przez torfowiska i olsy aż do Biebrzy, a nawet pokonać rzekę za pomocą przeciąganej łańcuchami platformy promowej. I trzeba przyznać, że takie inwestycje przyciągnęły turystów, zwłaszcza weekendowych. My wybraliśmy się na trasę wiodącą z Szuszałowa przez Jałowo do Nowego Lipska na północnym skraju doliny. Specyfikę tej części kotliny stanowią polodowcowe wzniesienia zwane wyspami, otoczone przez położone niżej tereny bagienne. Szuszałowo położone jest na jednej z takich wysp, podczas gdy Jałowo – na drugiej. Ścieżka jest więc bardzo urozmaicona. Z początku wiedzie dwiema odnogami przez bagna między wyspami. Tu i ówdzie widok urozmaicają kępy brzezin i pojedyncze sosny. Potem wspina się na wyspę Jałowską, gdzie drogami po miedzach, zmieniając co rusz kierunek, dociera do krawędzi doliny Biebrzy. Porastające ją świerki tworzą wyjątkowo malownicze obramowanie doliny. W to miejsce docierają liczni zmotoryzowani korzystając z obfitości bezpłatnych miejsc parkingowych. Również tam można spotkać strażników parku, którzy, nie nazbyt skrupulatnie, sprawdzają potwierdzenie wniesienia opłaty wejściowej do Parku. Po, co ważne dla rodziców prowadzących wózek, szerszej już kładce, wkrótce dociera się do rzeki. Kilku silnych panów na pewno podejmie się ciągnięcia łańcucha, podczas gdy my będziemy oddawać się fotograficznemu hobby. Pokonawszy kolejny pas podmokłego olsu dociera się do wieży widokowej na skraju zmeliorowanych łąk przed Nowym Lipskiem. Trasa obfituje w możliwości ciekawych obserwacji ornitologicznych i florystycznych. Na przełomie kwietnia i maja najbardziej zachwycają kępy kwitnących kaczeńców, a z ptaków – błotniaki łąkowe, które w dolinie Biebrzy, w przeciwieństwie do większości Polski, są liczniejsze, niż ich więksi, stawowi krewniacy.

Ścieżka edukacyjna w swojej węższej części
Świerki na południowej krawędzi doliny Biebrzy
Bliżej Biebrzy ścieżka jest już szersza
Kępa kaczeńców przy ścieżce
Sosny z widokiem na Wyspę Szuszalewską
Torfowisko między Szuszałowem a Jałowem
Brzezina kolonizująca torfowisko
Widok w górę Biebrzy
Ręczny prom przez Biebrzę

Mnie jednak bardziej oczarował spacer po Lesie Trzyrzeczki, będącym reliktem pasa puszcz ciągnących się od Białegostoku ku północy i naturalnie oddzielającym strefy kolonizacji mazowieckiej od zachodu i litewsko-ruskiej od wschodu. Jest to bardzo urozmaicony kompleks leśny. Rosną tam zarówno drzewa iglaste: sosny i świerki, jak liściaste: brzozy, graby i dęby. Niektóre z nich mają doprawdy pomnikowe parametry. W runie wiosną kwitną całe łany białych zawilców. Wszelaka ptasia drobnica drze się, jak oszalała, znakując głosowo swoje terytoria. W środku lasu znajduje się obszerna, prostokątnego kształtu łąka. Choć byłem świadomy faktu, że powstanie i trwanie zawdzięcza działalności człowieka, musiałem jednak docenić, jak była fotogeniczna. 

Droga przez las
Polana w Lesie Trzyrzeczki
Łany zawilców w runie leśnym
Lesniczówka Trzyrzeczki
Brama na podwórko leśniczówki
Rozdroże w Lesie Trzyrzeczki
Stylizowany na tradycyjny współczesny krzyż przydrożny
Pomnikowy dąb w Lesie Trzyrzeczki

Basen Górnej Biebrzy w swej najbardziej ku północy wysuniętej części płynnie przechodzi w sandrową równinę pokrytą lasami Puszczy Augustowskiej. W 1982 roku przeszedłem ten teren od stacji PKP Jastrzębna aż do Rygola u połączenia Czarnej Hańczy z Kanałem Augustowskim. Po drodze, na uroczysku Kozi Rynek odwiedziłem mogiłę i pomnik ku czci powstańców styczniowych. Teraz chciałem pokazać to ciekawe miejsce reszcie ekipy. Wędrując w strugach deszczu przez bory poprzecinane pasami mokradeł i olsów, dotarliśmy jednak do szlabanu z napisem “Przejścia nie ma”. Wedle mapy, do mogiły zostało nam może 500 metrów. Cóż, Lasy Państwowe nigdy nie były championami w trudnej sztuce komunikacji, ale żeby zamykać bez słowa wytłumaczenia drogę do miejsca pamięci narodowej, to trzeba mieć tupet! W zamian, bez przeszkód zobaczyliśmy standardowy pomnik ku czci partyzantów z okresu II Wojny Światowej. Gdyby nie padało, może zlekceważyli byśmy zakaz, ale w tych warunkach pogodowych ambicja w nas spadła do poziomu bliskiego zeru i zrejterowaliśmy w suche zacisze naszej kwatery.

Droga na Kozi Rynek w Puszczy Augustowskiej
Partyzancka mogiła na Kozim Rynku
Po drodze mija się tereny podmokłe
Ale właściwie dlaczego?

Okolice Górnej Biebrzy mogą pochwalić się obecnością kilku zabytków sakralnych, które w skali Podlasia nazwać można wybitnymi. W każdym razie podobnymi na pewno nie mogą pochwalić się tereny położone w dół rzeki. Jako osoba niezmiennie krytyczna wobec zwyczaju otwierania kościołów wyłącznie na nabożeństwa, muszę odnotować, że udało nam się zwiedzić wnętrza wszystkich trzech omówionych niżej obiektów. Kościółek św. Anny w Kamiennej Starej, najstarszy obiekt drewniany w całym województwie, został ufundowany na początku XVII wieku przez Piotra Wiesiołowskiego, marszałka nadwornego Wielkiego Księstwa Litewskiego, który miał w pobliżu letnią rezydencję. Urocza w swej prostocie, otoczona wiekowymi lipami świątynia ma wewnątrz kamienną chrzcielnicę i ołtarzowy obraz patronki, pochodzące z czasów jej powstania. Na chórze ukryte są nieczynne organy w drewnianej obudowie. Ciekawe, czy kiedyś jeszcze ktoś na nich zagra? Tymczasem liturgię upiększa gra na bardziej współczesnym sprzęcie muzycznym. Na kościelnym dziedzińcu znajduje się grób gen. Nikodema Sulika, dowódcy wsławionej walkami pod Monte Cassino, 5 Kresowej Dywizji Piechoty. Generał zmarł w Londynie, ale jego doczesne szczątki powróciły na rodzinną ziemię w 1993 roku.

Najstarszy w województwie zabytek drewniany – kościół św. Anny w Kamiennej Starej
Kot bez szacunku dla grobu bohatera
Obraz św. Anny Samotrzeciej
Wokół świątyni rosną wiekowe lipy
Chrzcielnica z 1609 roku
Współczesny mandylion jest dosyć przypadkowym elementem wyposażenia
Stare, nieużywane organy czekają na lepsze czasy

Najważniejszym obiektem Różanegostoku pod Dąbrową Białostocką jest zespół klasztorno-wychowawczy salezjanów, którzy pełnią też rolę opiekunów sanktuarium, gdzie czci podlega ikona Matki Boskiej Różanostockiej. Małżeństwo Tyszkiewiczów zamówiło ją w Grodnie w 1652 roku, jako ikonę domową. Wkrótce jednak w jej otoczeniu doszło do zdarzeń uznanych za cudowne, więc przeniesiono ją do lokalnego kościółka, a do obsługi coraz liczniejszej rzeszy pielgrzymów zaproszono sejneńskich dominikanów. Ponieważ róża jest symbolem maryjnym, nazwę miejscowości, z niezbyt ponętnego Krzywego Stoku, zmieniono na Różanystok. Dominikanie służyli w sanktuarium do połowy XIX wieku, kiedy ukazem carskim nakazano ich wysiedlenie. Pod koniec XVIII wieku zdążyli jednak wznieść, wzorowany na grodzieńskim, kościół oraz budynek klasztorny. Współczesny wygląd i funkcję zespół zawdzięcza wspólnocie prawosławnych mniszek, funkcjonującej tu w latach 1901-15. Oprócz oddawania kultu świętej ikonie, prowadziły one szeroką działalność oświatowo-rozwojową. Kilka szkół, różnorakie kursy, kierowanie przytułkiem dla starszych kobiet, szpitalem, apteką, sierocińcem; zawiadywanie różnorakimi warsztatami i pracowniami rzemieślniczymi, wymagało postawienia kolejnych gmachów. W dziedzinie cywilizacyjnej mniszki odznaczyły się zainstalowaniem generatora prądotwórczego zasilającego cały kompleks, jak też wystaraniem się o budowę przystanku kolejowego na linii z Grodna do Suwałk. Wszystkie te działania były możliwe dzięki sutym dotacjom centralnym, jako że działalność zakonna była jedną z metod szerzenia religii państwowej na zachodnich kresach imperium. Symbolicznym podkreśleniem tego faktu była kolejna zmiana nazwy miejscowości, tym razem na Krasny (Piękny) Stok.

Barokowy kościół już z daleka zapraszał nas szeroko rozwartymi połaciami drzwi, w prześwicie których widać było ołtarz główny. Święta ikona nie jest oryginałem, bo wywieziony w głąb Rosji zaginął on w szaleństwach bolszewickiej rewolucji, lecz wierną kopią z 1929 roku. Ulokowano ją w ołtarzu na jednym z filarów oddzielających nawę główną od bocznej. Nie znalazłem wiele informacji o wyposażeniu wnętrza świątyni. Ot poprawny artystycznie barok i rokoko, nie nadmiernie rozszalały – wszak to nie Dolny Śląsk – ale jak na pn-wsch. Polskę, całkiem bogaty. Ciekawostkę stanowi srebrna sukienka zdobiąca niegdyś ikonę, oprawiona w ramy i powieszona na ścianie lewej nawy. Inną, acz na co dzień niedostępną, jest istniejąca pod kościołem krypta fundatorów: Szczęsnego i Eufrozyny Tyszkiewiczów. W otoczeniu kościoła wznosi się kilka ciekawych i schludnie utrzymanych obiektów takich, jak szkoła, dawna plebania, cerkiew zimowa (tak, tak! przed wynalezieniem centralnego ogrzewania życie, także religijne, w zimie przenosiło się do mniejszych, łatwiejszych do ogrzania pomieszczeń), klasztor prawosławny mieszczący dzisiaj internat, oryginalny klasztor podominikański czy, jakby żywcem przeniesiony z Rosji, drewniany dom gościnny – ze względu na kolor zwany zielonym. Za PRL-u w większości z nich funkcjonowała szkoła rolnicza. W tym okresie powstało też kilka budynków mieszkalnych i warsztatowych. Trochę obawiałem się, w jakim są stanie, ale wszystko jest zadbane i jakimś cudem, mimo tak różnej historii i genezy, tworzy harmonijną całość.

Bazylika Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w Różanymstoku
Kopia cudownej ikony
Studnia w ogrodach klasztornych
Cerkiew zimowa
Brama do kompleksu klasztornego
Widok na bazylikę od strony transeptu
Ołtarz główny bazyliki
Dawna sukienka ikony
Klasztor mniszek prawosławnych służy obecnie jako internat
Zielona willa – niegdyś dom gościnny prawosławnego klasztoru

Położony na północnej krawędzi doliny Biebrzy Krasnybór, choć liczy tylko 165 mieszkańców, może pochwalić się dwoma zabytkowymi kościołami. Jeden z nich, ponad 400 letni kościół pw. Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, jest nie tylko najstarszy na całej Suwalszczyźnie, ale i zbudowany w – w zasadzie nieobecnym w tej części Polski – stylu gotycko-renesansowym. Najciekawsze jednak, a odczuwalne najmocniej po wejściu do środka, jest wrażenie cerkiewności jego architektury. Bowiem świątynia postawiona jest na planie krzyża greckiego, z ramionami krótkimi w stosunku do swojej wysokości. Wieża zakłócająca regularność krzyża została dobudowana jako ostatni element układanki. Od strony wejścia nawa otoczona jest korytarzykiem otwierającym się na świątynię dwiema parami zakratowanych okien. To ani chybi miejsce przeznaczone dla kobiet uczestniczących w nabożeństwach, czyli tzw. babiniec. Wrażenie nie jest mylne – pierwszymi gospodarzami, na przełomie XVI i XVII wieku, byli tu uniccy bazylianie. Po zdziesiątkowaniu wiernych tego wyznania przez jakąś zarazę, wyprowadzili się oni do Grodna. Zastąpili ich rzymskokatoliccy bernardyni, którzy też nie zagościli w Krasnymborze na długo, a tych z kolei – dominikanie, którzy podzielili w XIX wieku los swych współbraci z Różanegostoku. Swoją drogą ciekawe, że powodzenie egzystencji wspólnoty zakonnej wcale nie było niegdyś gwarantowane. Oprócz pobożności, trzeba było chyba mieć wiele innych zdolności, o odrobinie szczęścia nie wspominając. Drugą refleksją na bazie historii krasnoborskiej jest pewne zdumienie, że ostatecznie w warunkach rustykalnego pogranicza koroniarsko-litewskiego najlepiej radzili sobie dominikanie, czyli zakon powstały jako wspólnota żebracza, pierwotnie lokująca swoje domy zakonne w miastach i pracująca w środowisku mieszczańskim. 

We wnętrzu kościoła, w głównym ołtarzu, znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Różańcowej z XVII w., pokryty srebrną i złotą szatą. Wyposażenie w przeważającej części jest dziełem lokalnych twórców, z nutą chwytającego za serce prymitywizmu. Nas zachwycił naturalnej wielkości anioł z puszką na datki i Bóg Ojciec dynamicznie polatujący nad krucyfiksem.

Krasnybór – kościół Zwiastowania Najświętszej Marii Panny zbudowano na planie krzyża greckiego
Ołtarz główny z elementami iluzjonistycznymi
Okienka z babińca do wnętrza kościoła
Pani krasnoborska – Matka Boska Różańcowa
Brama i wieża kościelna
Anioł kwestarz
Dynamiczny Bóg Ojciec podlatuje nad krucyfiksem

Pleban krasnoborski urzędował pierwotnie w kościółku św. Rocha na cmentarzu i dopiero po kasacie zakonu przeniósł się do godniejszej siedziby po drugiej stronie wiejskiej drogi. Obecny, powstały w 1871 roku kościół wyróżnia się wyglądem – jego ściany licowane są kamieniem – oraz dobudowaną przed trzema dekadami, pokrytą blachą, wieżą w kształcie graniastosłupa. Do tej świątyni wyjątkowo się nie dostaliśmy, ale za to spędziliśmy więcej czasu na cmentarzu. Ponieważ jest on położony na krawędzi doliny Lebiedzianki, dopływu Biebrzy,  roztaczają się z niego dalekie widoki. Wśród nagrobków wyróżniają się te, zwieńczone krzyżami odlanymi w pobliskiej hucie sztabińskiej. Znajdziemy tu też pomniki ku czci ofiar obławy augustowskiej i powstańców styczniowych, ale i absolutny rarytas – grób krasnoborzanina, który stracił życie jako żołnierz amerykański na froncie zachodnim I Wojny Światowej.

Kościół św. Rocha w Krasnymborze
Krzyż na grobie proboszcza także wyprodukowano w Sztabinie
Pomnik ofiar obławy augustowskiej
Wyrafinowany produkt huty sztabińskiej
Pomnik na grobie powstańców styczniowych
Inskrypcja na krzyżu pracowników „instytucji sztabińskiej”

Okolice górnej Biebrzy upstrzone są też bunkrami tzw. linii Mołotowa. W latach 1939-41 te ziemie były zaanektowane przez ZSRR, a za Augustowem zaczynała się już Rzesza. Towarzysze radzieccy postanowili więc skryć się przed Niemcami za linią betonowych umocnień. Nigdy nie odegrały one jednak znacznej militarnie roli, po części dlatego, że nie wszystkie ukończono do wybuchu konfliktu dwóch totalitarnych liderów. Przede wszystkim jednak, ZSRR chyba nie wypracował efektywnej koncepcji ich użycia. Wiktor Suworow twierdzi, że nie miały one służyć obronie, lecz osłonić koncentrację oddziałów Armii Czerwonej przed przewidywanym atakiem na III Rzeszę. Nie należę do miłośników turystyki fortecznej, ale rozumiem, że obecność tych bunkrów musi cieszyć przedstawicieli niektórych gatunków miejscowej fauny, np. nietoperze. 

Pamiątka po ZSRR – bunkier linii Mołotowa
Bunkry były często rozmieszczone blisko siebie

Domek, w którym mieszkaliśmy w Trzyrzeczkach, miał w pełni wyposażoną kuchnię. Mogliśmy więc przygotowywać posiłki, co było istotne zwłaszcza z punktu widzenia porządku dnia najmłodszej uczestniczki wyjazdu. Okolica nie jest kulinarną pustynią, ale do kategorii ambitniejszej kuchni można przypisać tylko menu serwowane w suchowolskiej pensjonatowej restauracji, która nie może zdecydować się, pod jaką nazwą promować się w Internecie. W każdym razie zamówiliśmy tam specyfik kuchni podlaskiej, a mianowicie soczewiaki. Według definicji wziętej z Wikipedii soczewiaki, to rodzaj bułeczek z ciasta ziemniaczanego, nadziewanych mielonymi nasionami soczewicy. Te suchowolskie opisałbym, jako puree ziemniaczane zawierające soczewicę, uformowane w kartaczo-podobne kluchy, lekko przysmażone na patelni. W każdym razie smakowały lepiej, niż brzmi to w powyższym opisie. Internet naprowadził nas też na pizzerię w Dąbrowie Białostockiej. Mogę potwierdzić, że pracują tam przemiłe panie. My zamówiliśmy ich produkty na wynos, ale przy odbiorze zdążyliśmy zauważyć, że w lokalu nie było żadnych gości. I nic dziwnego – estetyka wnętrza była dojmująco nijaka. Pozostanie tam na okres dłuższy, niż potrzebny do wydania pizzy i uregulowanie rachunku, groziło popadnięciem w poważne stany depresyjne. Sama pizza miała odchylenie w kierunku obfitości sera. Margherita, w mojej ocenie, powinna dla jasności zwać się  “Extra cheese”. Najedliśmy się do syta, ale na trawienie trzeba było przeznaczyć “Extra time”.

Każda wizyta na Podlasiu jest jak łyk świeżego powietrza. Oprócz atrakcji obiektywnych i oczywistych, dostarcza wzruszeń zupełnie subiektywnych. W moim przypadku była to możliwość zlokalizowania wszystkich trzech rzeczek, które dały nazwę naszej miejscowości. Jedna przepływała tuż przy naszym gospodarstwie, zasilając widoczny z okna staw rybny. Druga opływała wieś od wschodu, po drodze do Lasu Trzyrzeczki. Najtrudniej było znaleźć tę trzecią. Z mapy wiedziałem, że powinienem jej szukać po zachodniej stronie wsi. Bezskutecznie chodziłem w tym kierunku każdego ranka z psami. Dopiero, gdy wybrałem się tam po zmroku, stojąc na rozdrożu traktów do Zwierzyńca Wielkiego i Małowistej usłyszałem dobiegające gdzieś spod drogi cichutkie bulgotanie wody. Strumień ukryty w gęstej zieleni spływał stromą dolinką ku północy. Jego źródło znajdowało się nie dalej, niż 20 metrów od skrzyżowania dróg, w zagłębieniu terenu schowanym za przydrożną stodołą. Etymologia nazwy Trzyrzeczki okazała się być osadzona w lokalnej hydrografii. Co należało i udało się udowodnić!

Kapliczka, krzyż i bociany – stały motyw podlaskiego krajobrazu, fot. Katarzyna Janiec