Kategorie
Polska

Spacerkiem po Wrzeszczu czyli noblista zza rogu

W książce adresowej Sopotu z lat 1936/37 figuruje, pod adresem Adolf Hitlerstr. 807, Kaufman (kupiec) Leo Filcek. Dom na współczesnej Al. Niepodległości nadal istnieje i na parterze mieści dwa pomieszczenia sklepowe: większe dwuokienne na lewo od wejścia i mniejsze, jednookienne na prawo. Oczywiście, kupiec Filcek nie musiał prowadzić lokalu sklepowego właśnie tutaj. Mógł tu tylko mieszkać, czy prowadzić biuro. Ja jednak lubię wyobrażać sobie jego i pracowników upozowanych przed jednym z tych lokali w sposób popularny przed pierwszą Wojną Światową. Z przodu właściciel wraz z rodziną: małżonką i mniej lub bardziej liczną dziatwą, bywa, że  ukrytą w wózku. Odświętnie ubrani, świadomi swej pozycji, śmiało patrzą w obiektyw. Po bokach lub w drugim rzędzie pracownicy, w schludnych strojach roboczych, poważni i przejęci ważnością chwili. Na skrajach zdjęcia pojawiają się okoliczne dzieci, które zbiegły się na wieść, że fotograf rozstawił przed sklepem swój sprzęt. To element niezainscenizowany, towarzystwo odziane raczej niedbale, bywa, że na bosaka, czasem stroi miny i przybiera dziwne pozy. Sporadycznie, w kadrze pojawi się zaciekawione zbiegowiskiem psisko. Wraz z rosnąca popularnością fotografii i dostępnością sprzętu moda na takie ujęcia przeminęła. Zresztą, im bardziej zwiększał się ruch samochodów, tym trudniej było wykonać dobre zdjęcie uliczne.

Kupiec Donnerstag przed swoim sklepem na obecnej ulicy Jesionowej we Wrzeszczu

Mimo, że nosimy to samo nazwisko, Leo Filcek nie jest ze mną spokrewniony. W każdym razie nie na tyle blisko, bym był tego świadomy. Jednak w sytuacji, gdy ze 165 osób noszących to nazwisko w Polsce, Pomorze zamieszkuje ponad połowa z nich, wszyscy jesteśmy pewnie jakoś powiązani. Nic więc dziwnego, że w liczniejszej kolonii gdańskich Filcków w okresie międzywojnia znajduję dwóch krewnych: stryjecznego pradziadka Bolesława i stryjecznego dziadka Alfonsa (zwanego w niektórych rocznikach książek adresowych Alfredem). Domy, w których mieszkali, zachowały się do naszych czasów, ba, pod jednym z adresów ciągle mieszkają przedstawiciele rodziny. We wspomnieniach i fotografiach rodzinnych przechowały się obrazy spotkań familijnych, plażowania nad Bałtykiem i spacerów uliczkami hanzeatyckiego miasta. Rodzina Podziomka, choć zakorzeniona w Galicji, w latach międzywojennych przeprowadziła desant na ówczesne polskie Pomorze, co skutkuje podobnymi wspomnieniami. Co najważniejsze, Podziomek urodziła się w Gdyni. Wszystko to sprawia, że w Trójmieście czujemy się jak w domu i chętnie tam powracamy. Podczas ostatniej wizyty poświęciliśmy nieco czasu na spacer po Wrzeszczu.

„Było sobie miasto, które (…) miało przedmieście o nazwie Wrzeszcz. Wrzeszcz był tak duży i tak mały, że wszystko, co na tym świecie wydarza się lub mogłoby się wydarzyć, wydarzyło się lub też mogło byłoby się wydarzyć we Wrzeszczu” (G. Grass, Psie lata). Według autora, dzielnica liczyła sobie wówczas 74 tysiące mieszkańców, ale i obecnie podawana liczba 51 tysięcy uzasadnia jej dużomałość. Jej zabudowa wdziera się śmiało na stoki pokrytych bukowym lasem wzgórz. Jak przystało na porządną miejscowość, Wrzeszcz ma własną rzekę, a właściwie strumień o nazwie Strzyża. Jedna z teorii tłumaczących źródła niemieckiej nazwy Langfuhr wywodzi je od konieczności pokonywania w bród tego i innych potoków na drodze z Gdańska do Oliwy. Podczas pierwszego samodzielnego pobytu we Wrzeszczu, gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku, nocowałem w zajeździe Srebrny Młyn. Pokój na poddaszu, podobnie jak wiodący doń korytarz, wyłożone były drewnianą boazerią. Małe mansardowe okienko wychodziło na ogród, przez który Strzyża niosła wezbrane po ulewnym deszczu wody. Ich szum i widok świerków za oknem wywoływał skojarzenia z pobytem w górach. Wrażenia takie nie mogły ulec zatarciu w mej pamięci – przewodnika górskiego. Kilka lat po tej wizycie wezbrana po deszczach Strzyża przerwała wały stawu młyńskiego i zalała ulicę Słowackiego. Grass skrupulatnie wyliczył obiekty stanowiące o specyfice dzielnicy. Szczęśliwy traf sprawił, że nie uległy one niszczycielskiej furii Armii Czerwonej podczas szturmu Gdańska w marcu 1945 roku. Najstarsze zabytki Wrzeszcza sięgają historią zaledwie XVIII wieku. O uroku dzielnicy decyduje jednak ukształtowanie terenu i zachowane kompleksy zabudowy sprzed I Wojny Światowej i z międzywojnia.

Jako rodowita gdynianka Podziomek ma słabość do architektury modernistycznej. W Gdańsku jednak nie znajdziemy wielu jej przykładów. To znaczy, zachowały się budowle w stylu tzw. czerwonego modernizmu, popularnego w Niemczech, gdzie budynki o modernistycznej bryle i technologii wykonania pokrywano czerwoną cegłą licówką. Całość korespondowała nieco z architekturą krzyżackich zamków, przez co była akceptowalna nawet dla ówczesnych konserwatystów i miłośników tradycji. Natomiast tzw. biały modernizm miał w Gdańsku, o ile mi wiadomo, tylko dwa przykłady: Liceum im. Heleny Lange we Wrzeszczu oraz kino UFA Palast przy ulicy Ęlżbietańskiej na Starym Mieście. Ponieważ ta ostatnia dzielnica miała w 1945 roku mniej szczęścia, niż Wrzeszcz, po kinie nie pozostał nawet ślad. Ale szkoła we Wrzeszczu przetrwała, a że jest wymieniana jako czołowy przykład modernizmu w Polsce, chcieliśmy ją zobaczyć. Wiedzieliśmy wprawdzie, że budynek będący od 1947 roku siedzibą Wydziału Farmacji Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, został w latach sześćdziesiątych rozbudowany ze znaczącym zatarciem pierwotnych walorów architektonicznych, ale liczyliśmy, że wprawnym okiem wypatrzymy jakieś ślady dawnej świetności.

Szkoła im. Heleny Lange wkrótce po zbudowaniu

Nic z tego! Od strony ulicy Hallera budynek skryty jest za wysoką i, trzeba przyznać, wypielęgnowaną zielenią. Uczelnia chlubi się prowadzeniem na terenie posesji ogrodu roślin leczniczych, ale nie jest on udostępniony do zwiedzania. Od strony ulicy Reja, poza wysokimi drzewami, widok psuje metaliczny wąż, malowniczo wijącego się ciepłociągu. Za budynkiem jest duże boisko, przydatne uczennicom szkoły, ale niekoniecznie studentom farmacji. Niegdyś zapewniało ono najlepszy widok na główne skrzydło budynku, ale architekci sprzed półwiecza zgrabnie zasłonili go typowym blokhauzem, który obecnie, po ociepleniu, emanuje atmosferą pastelozy. Smutny paradoks, że lata sześćdziesiąte, które w polskiej architekturze charakteryzował powrót do modernizmu, równocześnie z taką dezynwolturą traktowały wcześniejsze przykłady budownictwa w tymże stylu. A może po prostu ta szkoła miała pecha, podlegając brutalnym ingerencjom zarówno architektonicznym, jak i politycznym. Jej patronka, będąca pedagogiem i działaczką ruchu kobiecego w Niemczech, jako symbol emancypacji i liberalizmu, musiała w 1936 roku ustąpić miejsca Gudrun, bohaterce wczesnośredniowiecznego eposu, która trwając w cierpieniu, z samozaparciem znosiła upokorzenia nieugięcie wierząc w wyzwolenie z niewoli. Podsumowując, mamy tu przykład zapomnianej patronki i zapomnianego modernizmu.

Znacznie lepiej los obszedł się z pobliskim budynkiem poczty, będącym przykładem czerwonego modernizmu. Ten budynek, z czasem wynajęty na działalność wszelakich firm niezwiązanych z pocztowością i obrosły pstrokatymi reklamami, został ostatnio zmodernizowany, jako część większego projektu deweloperskiego. Wprawdzie nie ma gwarancji, że jego użytkownicy nie zechcą poinformować świata o swym istnieniu w agresywny wizualnie sposób, ale przynajmniej tymczasem można cieszyć oczy harmonią proporcji i szlachetnością detali tego gmachu.

Poczta na ulicy Mickiewicza

Wrzeszcz to dzielnica dzieciństwa Guntera Grassa. Na placu Wybickiego postawiono ławeczkę, na której zgodnie siedzą: pisarz oraz Oskar Mazerath, karłowaty bohater jego pierwszej powieści – „Blaszany bębenek”. Przez kilkanaście lat Oskar nie  miał towarzystwa. Grass nie uważał za stosowne wznoszenie pomników jeszcze za życia fetowanego bohatera, a władzom miasta wytknął, że lepiej byłoby wydać środki przeznaczone na pomnik na remont pobliskiego domu przy ulicy Lelewela 13, w którym spędził dzieciństwo. Wykonana już figura noblisty powędrowała do magazynu i dołączyła do Oskara dopiero po śmierci pisarza. Ponad 120 letni dom, w którym mieszkał doczekał się remontu w ramach zakrojonej na szerszą skalę rewitalizacji tej części dzielnicy. Wyróżnia go umieszczone koło wejścia tabliczka z cytatem z „Blaszanego bębenka”: „Ulica to kocie łby. Na ubitym piachu podwórza mnożyły się króliki i trzepano dywany. Poddasze (…) ofiarowywało widok, perspektywę i owe piękne lecz złudne poczucie wolności, którego szukają ci wszyscy, co wspinają się na wieże, które z mieszkańców mansard czyni marzycieli”. Tuż za rogiem, na ulicy Aldony, pod numerem 11, stoi równie stary i starannie odnowiony budynek, gdzie mieszkał Bolesław Filcek. Umarł w roku 1928, więc raczej z Grassem (rocznik 1927) nie mijał się na ulicy, ale rodzina mieszkała tu do 1945 roku, więc kuzynki mojego dziadka mogły znać syna właściciela sklepu, w którym robiły zakupy.

Od lewej: Oskar Mazerath i Gunther Grass. Źródło infogdansk.pl

W tym samym 1929 roku, w którym oddano do użytku szkołę Heleny Lange, swoje podwoje dla wrzeszczańskich uczniów otworzyła szkoła Pestalozziego. Cofnięty od ulicy, licowany czerwoną cegłą budynek w jednym skrzydle mieścił szkołę dla dziewcząt, a w drugim dla chłopców. Nad arkadami środkowego ryzalitu ściany przeprute są wysokimi na dwie kondygnacje oknami, za którymi ulokowana jest aula wspólna dla obydwu części szkoły. Prócz wspomnianego ryzalitu, monotonię czerwonych ścian przełamują tylko cztery rzędy dużych, podzielonych szprosami na 12 pól okien oraz ceglany fryz pod okapem dachu. Najsłynniejszym absolwentem szkoły niemieckiej był, oczywiście, Gunther Grass, a polskiego II LO im. dr. Władysława Pniewskiego – premier jednego z rządów RP z lat dziewięćdziesiątych XX w. Jan Krzysztof Bielecki.

Szkoła Gunthera Grassa i Jana Krzysztofa Bieleckiego

Najstarszym budynkiem Dolnego Wrzeszcza, czyli części dzielnicy położonej na wschód od linii kolejowej, jest Dwór Kuźniczki. Przy zabytkach Dolnego Miasta jego historia nie jest długa, sięgając ledwie lat sześćdziesiątych XVIII wieku. Jak wskazuje nazwa, kiedyś była tu kuźnia żelaza, a później przez długie lata prowadzono działalność gastronomiczno-rozrywkową w oparciu o produkty sąsiedniego browaru oraz możliwości, jakie dawał przydworski park. Dzisiaj nadal działa tu restauracja, którą kilkakroć odwiedziłem z grupami ukraińskimi, wizytującymi Gdańsk. Park został zrewitalizowany przez dewelopera sąsiedniego osiedla mieszkaniowego, które wchłonęło i wykorzystało również historyczne zabudownia browaru. Natomiast Staw Browarny, z którego czerpano lód na potrzeby browaru nie miał tyle szczęścia. W jego miejsce powstało centrum handlowe Metropolia. Pozostały po nim wzmianki w „Psich latach” Grassa, już to o ściekach i wyławianych topielcach, już to o polowaniu na żyjące w nim pijawki. Opisane w książce smażenie i spożywanie pijawek było działalnością straceńczą, jako że te sympatyczne stworzonka kumulują w swych ciałach toksyny z zamieszkiwanych wód.

Dwór Kuźniczki. Źródlo fotopolska

Jadąc samochodem, czy autobusem, przez Wrzeszcz trudno odgadnąć, gdzie znajduje się centrum tej dzielnicy. Tymczasem do 1945 roku uważano za takowe Rynek (Markt). Wydłużony plac znakowała wyniosła wieża zegarowa, która do lat osiemdziesiątych XIX wieku przewyższała okoliczne zabudowania w stylu kurortowym. W miarę, jak wokół placu wyrastały wielkomiejskie kamienice, wieża jakby karlała, a na początku XX wieku ustąpiła miejsca skwerowi obsadzonemu po bokach drzewami i zamkniętemu od południa fontanną, a od północy pawilonikiem, gdzie w sprzedawano prasę i wyroby tytoniowe, a w kondygnacji podziemnej ulokowano miejski szalet. Los nie okazał się szczęśliwy dla tej części dzielnicy. Z II Wojny Światowej cało wyszły jedynie te dwa, niepozorne obiekty. Pierzeję zachodnią placu tworzy obecnie centrum handlowe Manhattan, dziedziczące nazwę po dzikim targowisku, które kwitło tu w latach 80-tych i 90-tych XX wieku. Po wschodniej stronie placyk flankuje długaśny budynek mieszkalny z lat 50-tych XX wieku. Choć funkcja handlowa miejsca została zachowana, określenie „Rynek wrzeszczański” przestało istnieć.

Rynek wrzeszczański w latach świetności

Całkiem niedaleko, u początków ulicy Partyzantów, stoi Nowa Synagoga. Ten modernistyczny budynek miał z kolei więcej szczęścia, niż pozostałe świątynie wyznawców judaizmu. Gdy one zostały rozebrane, ta przeznaczona została na magazyn firmy stolarskiej Bernharda Hagemanna. Informacja o przetrwaniu wojny bez większych architektonicznych uszczerbków kłóci się z opinią G. Grassa, który wspominał, że z synagogi zostały tylko wypalone mury. W każdym razie, po okresie użytkowania w charakterze szkoły muzycznej, obiekt wrócił do prawowitych właścicieli i obecnie stanowi centrum życia religijnego i kulturalnego żydowskiej społeczności Gdańska.

Nowa synagoga we Wrzeszczu jeszcze przed remontem

Część Wrzeszcza na zachód od linii kolejowej do Gdyni nosi nazwę Górnego Wrzeszcza, a to ze względu na ukształtowanie terenu, który dźwiga się łagodnie aż do stóp zalesionych wzgórz. Mieszkanie w tej okolicy było na pewno bardziej prestiżowe, niż w Dolnym Wrzeszczu, dzielnicy Grassa i pra-stryja Bolesława. Do dzisiaj zachowało się tu sporo eleganckich kamienic i luksusowych willi. Tu wznosi się też neorenesansowy gmach główny Politechniki Gdańskiej, a dalej ku północy, siedziba straży pożarnej, której neobarokowa, ośmiokondygnacyjna wieża od roku 1906 góruje nad zabudową. Zabytkowy budynek, choć obrósł wątpliwej urody przybudówkami, jest dobrze utrzymany, a na jego podwórzu znajduje się ekspozycja wozów, sikawek i innych sprzętów do gaszenia ognia.

Skrzyżowanie Batorego i Podleśnej – tylko drzewa podrosły

Budynek straży pożarnej – tu doszło do bardziej rozległej modernizacji. Źródło fotopolska
Budynek główny Politechniki Gdańskiej

Ulicami u stóp wzgórz można dotrzeć do koszar elitarnych oddziałów pruskich Leibhuzarów. Ze względu na czarny mundur zwano ich czarnymi huzarami, a ich wysokie, obszyte futrem czaka zdobiła trupia czaszka – symbol pogardy dla śmierci. Jakiekolwiek złe skojarzenia może budzić ten symbol, żołnierze tej formacji, w czasach pokoju przyczyniali się do rozwoju okolicznej infrastruktury, biorąc udział w budowie, np. hipodromu, czy Opery Leśnej w Sopocie. Ostatni cesarz Niemiec – Wilhelm II był nominalnym dowódcą tej formacji, więc nie tylko zamówił do kasyna tych koszar wyposażenie, w tym wielkoformatowe obrazy Wojciecha Kossaka, ale i uczestniczył w ich otwarciu, przyjeżdżał na manewry, oddelegował też tu na służbę następcę tronu. A i sam w trakcie licznych wizyt wdziewał na siebie charakterystyczny uniform. Zachowało się nawet zdjęcie urodziwej księżniczki Wiktorii Luizy w czarnym mundurze, jeno w jego żeńskiej wersji. Wolne Miasto Gdańsk zostało zdemilitaryzowane, huzarzy musieli więc opuścić swe koszary w 1920 roku, zabierając zresztą całe wyposażenie, w tym i dzieła pędzla słynnego polskiego batalisty. Potem koszar używali policjanci Wolnego Miasta i PRL-owscy spadochroniarze. W XXI wieku armia doszła do wniosku, że koszary w centrum miasta nie są już jej potrzebne i opuściła je. Od kilku lat na ich terenie trwa jeden z większych projektów deweloperskich w dzielnicy. Powstaje tu osiedle mieszkaniowe o nazwie Garnizon. Przy okazji zostały też odnowione historyczne budynki koszarowe. W kilku z nich mieszczą się wszelakie instytucje kultury. Przez tę część koszar ciecze jedno z ramion Strzyży, rozlewające się miejscami ku uciesze kaczek i mew, w płytkie stawy. My z Podziomkiem lubimy odwiedzać zmodernizowany Espirit Haus, nie tylko ze względu na dobrą kawę w tamtejszej kawiarni, ale i ofertę, jaką zapewnia ulokowana tam księgarnia. Opuszczamy to miejsce z brzuchami pełnymi wypieków oraz torbą, której zawartość zapewnia kilka tygodni ciekawej lektury.

Plan koszar Leibhuzarów we Wrzeszczu
Parada huzarów ulicami Wrzeszcza
Współczesne funkcje w zespole budynków pokoszarowych. Źródło InyourPocket
Jeden z odrestaurowanych budynków. fot. Panieleszku, lic. CC_BY 3.0
Księżniczka Wiktoria Luiza też nakładała czarny mundur
Sceny batalistyczne pędzla Wojciecha Kossaka w kasynie oficerskim. Źródło muzeumpomorza.pl

Wrzeszcz jest węzłem kolejowym, gdyż od linii Gdańsk-Gdynia odbija tu pnąca się w malowniczych zakosach linia do lotniska w Rębiechowie, a dalej do Kartuz lub Gdyni. Pociągi, po 70 latach przerwy, pojawiły się na niej w 2015 roku. Wcześniej była tu, biegnąca śladem przedwojennej linii ścieżka spacerowa, urozmaicona elementami dawnej infrastruktury, takiej jak np. mostki i wiadukty. Jeden z nich zyskał sławę dzięki poczytności debiutanckiej powieści Pawła Huelle pt. „Weiser Dawidek”, w której akcji odgrywał kluczową rolę. Dla miłośników tej pozycji i lokalnych patriotów obiekt ten stał się miejscem kultowym i został okrzyknięty Mostem Weisera. Kiedy jednak plany odbudowy linii zaczęły się materializować, stało się jasne, że most w dotychczasowej formie nie może przetrwać, jako że przedwojenna linia była jednotorowa, a nowa miała mieć dwa tory. Przedwojenna Kolej Kaszubska biegła przez rzadko zaludnione zachodnie obrzeża miasta, podczas gdy współczesna miał oprócz lotniska obsługiwać burzliwie rozrastające się osiedla tzw. górnego tarasu Gdańska. Protesty zdały się na nic, wydawało się, że brakuje miejsce na jakikolwiek kompromis. Tymczasem strony zdołały się porozumieć. Społecznicy zgodzili się na rozbiórkę, pod warunkiem nadania nowemu wiaduktowi oficjalnej nazwy „Most Weisera” oraz zachowania i upamiętnienia istnienia w tym miejscu wcześniejszej konstrukcji. 27 kwietnia 2013 roku odbyło się, organizowane przez radę osiedla, inwestora i stronę społeczną, plenerowe pożegnanie starego wiaduktu. Zjawiło się kilkaset osób zwabionych loterią z ciekawymi nagrodami. Jeszcze więcej przyszło w czerwcu obserwować popisy rekonstruktorów inscenizujących, nie mające potwierdzenia historycznego, rosyjsko-niemieckie walki o wiadukt. Po pożegnalnym przemówieniu Pawła Huelle, do boju ruszyły uzbrojone w meganożyce koparki. Wszyscy bawili się dobrze, a historia aktywizmu miejskiego w Polsce wzbogaciła się o rzadki przykład osiągnięcia kompromisu przez zwaśnione strony.

Wiadukt Weisera przed rozbiórką, fot. Artur Andrzej, lic. CC BY 4.0
I jego pozostałości. Źródło Ibedeker

Gdańsk jest przesiąknięty historią, zarówno tą wielką, jak i lokalną. Nie wynika to wyłącznie z liczby i jakości zachowanych obiektów historycznych. Ważna jest rola, jaką odegrał i odgrywa w literaturze i filmie. I to nie tylko w sytuacjach, gdy akcja dzieła toczyła się właśnie tutaj, ale też w licznych przypadkach, gdy jego plenery gościły akcję tocząca się w innych miastach i krajach. Całkiem przypadkiem udało mi się ostatnio stwierdzić, że w jednym z odcinków „Stawki większej niż życie” udawał nawet Stambuł. Najfajniejsze w Gdańsku jest jednak to, że tematyka historyczna jest nadal aktualna poprzez zainteresowanie bardzo szerokiego kręgu osób i organizacji. Wystarczy odwiedzić liczne dostępne w Internecie strony, fora i grupy dyskusyjne, by przekonać się, jak żywo i z pasją rozprawia się tam o sprawach miasta i jak silne w tych dyskusjach są odniesienia do jego historii. Ułatwia to niesłychanie zadanie zbierania danych osobom piszącym o Gdańsku. A także odwiedzającym miasto, nawet jeśli spacerują po dzielnicach odległych od szlaków najpopularniejszych wśród turystów.

Więcej o turystyce genealogicznej możecie przeczytać tutaj.

Kategorie
Polska

W cieniu Krakowa, czyli dokąd królowie jeździli na weekend

Przez gęstą mgłę próbowały przebić się promienie porannego słońca. Harry biegł przodem, co chwila nurkując między kępy sitowia porastające brzegi przydrożnych rowów. Przed granicę lasu wysuwały się brzozowe ostrowy atakujące oczy bielą kory i pozostałościami pożółkłych liści. Po zejściu z utwardzanego traktu buty grzęzły w torfowym podłożu. Z głębi lasu dobiegło chrapliwe krakanie i wkrótce ponad drzewami ukazały się dwa krążące kruki. Niebawem dotarliśmy do miejsca, gdzie ślady swej działalności zostawiły bobry: jedna z olch została przewrócona i – w znacznym stopniu – ogołocona z gałęzi, druga była tylko solidnie podgryziona u nasady. Pobliski kanał został przegrodzony tamą zbudowaną przez te zmyślne gryzonie. Powracaliśmy wzdłuż ogrodzonego stawu, gdzie wśród trzcin brodziły czaple. Bliskość zabudowy zwiastowało donośne pianie koguta.

Mieszkaliśmy w bielonej wapnem drewnianej chałupie, której właściciele zmyślnie pogodzili archaiczną formę z nowoczesną ofertą. Za oknami gdakało stadko ozdobnych kur (na przyjazd dostaliśmy porcję ich jajek) oraz biegała para podrośniętych szczeniaków rasy beagle. Leżąc w łóżku widziałem nad głową belkę stropową z datą 1852. Właściciele zapewnili nas, że chałupa stoi tu od zawsze, czyli od dnia ich pierwszej wizyty. Sęk w tym, że okolice przysiółka gdzie jest ulokowana zostały zmeliorowane w latach 90-tych XIX wieku, a wcześniej warunki do zamieszkania i gospodarowania musiały tu być skrajnie trudne. W części salonowej, gdzie jedliśmy posiłki i spędzaliśmy wieczory grając w Scrabble, jedna z belek stropowych nosiła datę 1934. Czyżby więc dopiero wtedy ktoś, kto nabył tu grunt i postanowił się osiedlić przeniósł na to miejsce starą dziewiętnastowieczną chałupę, przy okazji ja powiększając? O przenoszeniu domów mieszkalnych i innych obiektów można przeczytać więcej tutaj.

Nasz Chałupa
Jeden z kanałów podpiętrzonych przez bobry
Miejscowy drób

Staw w pobliżu
Krajobraz Wielkiego Błota
My mieszkaliśmy w warunkach rustykalnych, a właściciele już nowocześnie
Krajobraz Wielkiego Błota

Jako miłośnik gór i pofalowanego krajobrazu zawsze zazdrościłem Krakusom możliwości bliskich wycieczek, czy to w Beskidy, czy też na Jurę. Tymczasem samych granic stołeczno-królewskiego miasta sięga zachodni kraniec Kotliny Sandomierskiej. Dotychczas traktowałem ją jako mało atrakcyjny region, którego pokonanie jest niezbędne, aby dotrzeć do leżących na skraju gór Tarnowa, czy Rzeszowa. Co innego jednak poznawać świat z okien samochodu, a co innego, gdy się w konkretnym miejscu zamieszka, nawet gdy pobyt trwa tylko cztery dni. A trafiło nam się naprawdę ciekawe miejsce. W sercu Puszczy Niepołomickiej, na rozległej polanie, w przysiółku Błoto. Nazwa jak najbardziej na miejscu – obszar Natura 2000 obejmujący całą polanę zwie się wręcz Wielkie Błoto. Nie żeby groziło tam niebezpieczeństwo ugrzęźnięcia – teren został zmeliorowany, ale prawie 350 hektarów torfowiska odległego o 25 km w prostej linii od krakowskiego Rynku, wzbudzać musi zainteresowanie, tak botaników, jak i krajoznawców. Ma się tu wrażenie cudownego przeniesienia skrawka Podlasia, czy wschodniej Lubelszczyzny, o kilkaset kilometrów na południe. Że nie jest to mylne wrażenie, dowodzi mapa rozmieszczenia reliktu polodowcowego, jakim jest brzoza niska, która właśnie na Wielkim Błocie ma w Polsce swoje najbardziej na południe wysunięte stanowisko.

Wielkie Błoto położone jest w zachodniej części Puszczy Niepołomickiej. Jej lasy ciągną się na wschód, prawie do granic doliny dolnej Raby. Drzewostan jest bardzo bogaty. Prócz sosny, budują go buki, graby, wiązy i modrzewie. Ponieważ poszycie jest dosyć rzadkie, a las pocięty został siatką prostych jak strzała duktów, wzrok sięga tu bardzo daleko. Poziom wód gruntowych jest wysoki, miejscami pojawia się ona na powierzchni, szukając odpływu do najbliższych cieków. W centralnej części Puszczy teren zaczyna falować kulminując w najwyższym wzniesieniu Kobylej Głowy. To morena denna, ślad najstarszego na ziemiach polskich zlodowacenia. Jeszcze jeden element geomorfologii, którego trudno spodziewać się u podnóża Karpat.

Dukt w puszczy
Pomnikowy dąb w puszczy
Kapliczka przydrożna w Sitowcu

Kapliczka na miejscu wypadku królowej Bony
Długa Woda jest głównym ciekiem Wielkiego Błota
Cmentarz wojenny z okresu I Wojny Światowej w Sitowcu

Tak duży obszar leśny blisko królewskiej siedziby kusił, by wykorzystać go jako tereny łowieckie. Tu i ówdzie można więc znaleźć pomnikowe drzewa upamiętniające polowania koronowanych głów. A maleńka kapliczka w leśnej osadzie Przyborów przypomina tragiczny wypadek na polowaniu, w wyniku którego, będąca w piątym miesiącu ciąży królowa Bona spadła z konia i przedwcześnie urodziła syna. Malec, nazwany Olbrachtem, nie miał szans na przeżycie. Zaś mająca wielu wrogów królowa bywa oskarżana o przyczynienie się do wygaśnięcia rodu Jagiellonów, co jest o tyle absurdalne, że przecież dała królowi dziedzica, późniejszego króla – Zygmunta Augusta.

Mimo jej położenia niedaleko Krakowa, dotarcie do Puszczy Niepołomickiej we wczesnym średniowieczu wymagało całodziennej wyprawy. Toteż Kazimierz Wielki zarządził postawienie na skraju lasu zamku, w którym mógłby zamieszkać podczas łowów. A że dbał też o potrzeby duchowe swego dworu, ufundował obok kościół. Tym samym dał podwaliny dzisiejszym Niepołomicom. Zamek rozbudowany przez Jagiellonów, był przez nich odwiedzany na tyle często, że uważano go za drugą po Krakowie stołeczną lokalizację Korony. Wraz z kościołem, należy do najważniejszych zabytków miasteczka. Ma kształt mało urozmaiconego czworoboku. Rzeźbiarskie obramowanie bramy wjazdowej jest na tyle bogate, że przykuwa na dłużej wzrok. Jednak dopiero po wejściu na wewnętrzny dziedziniec przenosimy się w całkiem inny świat. Otoczony krużgankami wielce przypomina ten na Wawelu, bo zaprojektowali go i budowali ci sami królewscy architekci, którzy nadali renesansowy sznyt krakowskiemu zamkowi. Po przeniesieniu stolicy do Warszawy królowie pozbyli się jednak zamku. Potem obrabowali go Szwedzi, pełnił funkcją austriackich koszar, a następnie gmachu publicznego z wielką ilością pomieszczeń do wykorzystania, tak na cele mieszkalne, jak i komercyjne. W końcu został porzucony i tak dotrwał do początku lat 90-tych XX wieku, kiedy go skomunalizowano. Liczące wówczas 8 tysięcy mieszkańców miasteczko podjęło się ciężaru renowacji historycznego obiektu, czyli zadania, któremu przez dziesięciolecia nie zdołało podołać Państwo Polskie. I co więcej, w ciągu kilkunastu lat doprowadziło dzieło do szczęśliwego końca! Było to możliwe dzięki przyjętej strategii rozwoju miasta, zakładającej aktywne przyciąganie inwestorów. Dziś swoje siedziby ma tutaj ponad 60 dużych firm, których podatki wspomagają jego budżet. Niektórzy mieszkańcy Niepołomic nadal jeżdżą do pracy w Krakowie, ale chyba więcej krakowian znalazło pracę w Niepołomicach.

Wjazd na zamek niepołomicki
Niepołomicki Wawel
Pomnik założyciela Niepołomic – króla Kazimierza Wielkiego

Brama wjazdowa z widokiem na dziedziniec
Zrekonstruowane ogrody królowej Bony
Kapliczka przed zamkiem

W każdym razie, dzisiaj na zamku działa muzeum, hotel z restauracją i centrum kultury, wykorzystujące zamkowe wnętrza, jako miejsce rozmaitych koncertów i wystaw. Siedziby ma tu też cały szereg organizacji i zespołów, a nadwyżka przestrzeni wystawienniczej była z korzyścią dla miejscowej społeczności wykorzystana do organizowania czasowych ekspozycji zbiorów krakowskich Sukiennic i Muzeum Czartoryskich, podczas remontów ich siedzib. My też wybieraliśmy się na organizowany tam z okazji Święta Niepodległości koncert muzyki poważnej, lecz ostatecznie zatrzymał nas uroczy występ Miejskiej Orkiestry Dętej, odbywający się na rynku i pod pomnikiem w pobliżu ratusza. Zachwyt naszej wycieczki wzbudził, prócz profesjonalizmu zespołu, stojący w pobliżu ekosłupek czyli wskaźnik zanieczyszczenia powietrza sygnalizujący jego stan odpowiednim kolorem. Podczas uroczystego składania wieńców słupek świecił ostrzegawczą czerwienią, co przypisałbym wieczornemu spadkowi temperatury i bezruchowi powietrza. Zaledwie kilka godzin wcześniej, gdy promienie słońca wymuszały ruch cieplejszego powietrza, słupek cieszył nas bowiem zielonym światłem.

Nad niską zabudową niepołomickiego rynku góruje stromy dach kościoła pw. Dziesięciu Tysięcy Męczenników oraz kopuły przylegających doń kaplic Branickich i Lubomirskich. Świątynia ma intrygujące proporcje, gdyż zdaje się być wyższa, niż dłuższa. Opieka króla oraz wspomnianych wyżej rodów magnackich skutkowała częstymi fundacjami wyposażenia, remontami i dobudowami. Dzisiejszy wygląd zewnętrzny, to mieszanka gotyku, manieryzmu, baroku i klasycyzmu (ten ostatni zastosowano przy wznoszeniu dzwonnicy), co zdaje się zapowiadać rozmaitość wrażeń przy zwiedzaniu wnętrza. A tymczasem przyszło nam obejść się smakiem, bo kościół pomiędzy nabożeństwami nie odkrywa swoich podwoi. Pozostaje tylko snuć rozważania na temat pochodzenia wezwania tej świątyni. Upamiętnia ono ofiary prześladowań chrześcijan za czasów cesarza Hadriana. Podobno wojska królewskie w dniu wspominania tych świętych pokonały Litwinów, czy Rusinów, ale spekulacje na ten temat nie są solidnie udokumentowane.

Widok fary od strony rynku
Kaplica Branickich przy kościele farnym

Zespół farny – fronton i dzwonnica
Kościół farny widok od południa

Niepołomice mogą się też pochlubić dwoma realizacjami projektów architekta Jana Sas-Zubrzyckiego, które ogólnie należy przypisać do stylu neogotyckiego. Jako, że projektant był także historykiem i filozofem architektury, noszą one swoiste rysy i są trudne do pomylenia z dziełami innych architektów z przełomu XIX i XX wieku. Wystarczy przyjrzeć się niepołomickiemu ratuszowi i kaplicy cmentarnej, aby znaleźć przykłady śmiałego stosowania kolorystyki i charakterystycznego rozrzeźbienia fasad. U architekta noszącego za młodu wąsiska niczym Salvador Dali należało jednak oczekiwać sporej dozy fantazji i swobody myśli. Miasto posiada także ciekawe i, jak na czasy swego powstania, nowoczesne obiekty szkolne. Wzniesiony przed bez mała stu laty, budynek obecnej szkoły podstawowej nr 1, do dziś nie zestarzał się wizualnie. A na jego zapleczu wznosi się supernowoczesne założenie Młodzieżowego Obserwatorium Astronomicznego. Co ciekawe, jego historia sięga lat 60-tych ubiegłego wieku, a powstało z inicjatywy miejscowych entuzjastów tej dziedziny nauki. Z drugiej strony zamku, w latach 90-tych XX wieku zbudowano kompleks gmachów Zespołu Szkół, mieszczący m. in. miejscowe liceum ogólnokształcące. Choć architekturze z tego okresu można sporo zarzucić, na pewno oddaje ona ambicje szybko rozwijającego się miasteczka. Wybraliśmy się też na wschodnie krańce Niepołomic, aby zobaczyć budynek społecznej szkoły im. Sue Ryder. To najnowszy obiekt tego typu w mieście. Tworzy ciekawą architektonicznie całość, z dużą ilości szkła i drewna w wykończeniu, o bardzo urozmaiconym planie, zapewniającym równomierne doświetlenie wszystkich pomieszczeń. Rozległe tereny parkingowe przy budynku równoważy znaczna ilość stanowisk postojowych dla rowerów. Szkoda, że błąd konstruktorski, skutkujący zagrożeniem katastrofą budowlaną powoduje, że uczniowie nie mogą obecnie korzystać z nauki w tym miejscu.

Ratusz w Niepołomicach
Kapliczka pod Kopcem Grunwaldzkim w Niepołomicach
Młodzieżowe Obserwatorium Astronomiczne
Gmach Liceum Ogólnokształcącego, źródło: www.niepolomice.eu/edukacja/zlota-szkola-2017/
Kaplica cmentarna w Niepołomicach
Przedwojenny budynek szkoły nr 1
Najnowocześniejsza, acz nieczynna – szkoła społeczna im. Sue Ryder

Jako, że Puszcza Niepołomicka podzielona jest między dwa powiaty: wielicki i bocheński, musieliśmy odwiedzić też ich stolice. Obydwa miasta słyną ze swoich kopalni soli. Wiodą nawet spór o to, w której z nich znaleziono pierścień zaręczynowy księżniczki Kingi. Nie zamierzaliśmy jednak zwiedzać podziemi, lecz miejscowe atrakcje, widoczne na powierzchni. Ostatecznie w miejscach, które w średniowieczu generowały 1/3 dochodów ze wszystkich dóbr królewskich, musiały zostać materialne ślady tej prosperity. I tak rzeczywiście jest. Zwłaszcza Wieliczka, w której ulokowany był zarząd żup solnych, obfituje w zabytki. Poza budynkami szybów kopalnianych, mającymi bardzo ciekawe formy architektoniczne, wart zobaczenia jest zamek żupny, który oryginalnie chronił wejście do solnych podziemi. Z pary kościołów – parafialny, pod wezwaniem św. Klemensa, nosi obecnie klasycystyczne szaty, lecz korzeniami sięga końca XIV wieku. Kościół reformatów z początków XVII wieku był natomiast pierwszą murowaną świątynią małopolskiej prowincji tego zakonu. O randze miasta świadczy też obecność miejskich pałaców: rodów Konopków i Przychockich. Przede wszystkim jednak, to bardzo udana urbanistyczna kompozycja, z ciekawymi budynkami publicznymi i starannie utrzymanymi kamieniczkami. Mała architektura wielickiego rynku, prócz wykorzystywanych w większości miast górniczych wózków kopalnianych, składa się z kompozycji rzeźbiarskiej, przedstawiającej grupę gwarków wyłaniających się spod powierzchni ziemi. Aż dziw, że jest ona mniej rozpoznawalna, od spektakularnego pomnika anonimowego przechodnia z Wrocławia.

Wieliczka, szyb Daniłowicza, wejście do kopalni soli
Wieliczka budynek plebanii przy kościele św. Klemensa
Zabudowania szybu Regis i dzwonnica przy kościele św. Klemensa
Zabudowa przyrynkowa

Sztygarówka w Wieliczce, obecnie szkolą muzyczna
Szyb Regis – koniec trasy turystycznej po kopalni
Pałac Przychockich przy Rynku
Grupa gwarków solnych na wielickim rynku
Kamienica narożna przy Rynu

Bochnia długie lata pozostawała w cieniu Wieliczki. Nie dość, że zarząd żup solnych ulokowany był bliżej Krakowa, to jeszcze miasto często niszczyły najazdy wrogich wojsk i klęski żywiołowe. Jedyne, czym przewyższało Wieliczkę, to rola centrum administracyjnego (najpierw cyrkułu, a następnie powiatu) oraz położenie przy głównej magistrali kolejowej z Krakowa do Lwowa. Zwiedzanie tutejszej kopalni dopuszczono dopiero w latach 90-tych XX wieku. Nic więc dziwnego, że turystów nalicza się tu rocznie ponad 10 razy mniej, niż u sąsiadów. Jednak gościom takim, jak my, pozwala to poznawać uroki miasta bez potrzeby przeciskania się w tłumie, a i z parkowaniem, w tym darmowym, nie ma w Bochni żadnych problemów. Miasto leży na kilku wzgórzach. Najwyższe z nich, to Uzbornia, pokryta pięknym bukowym lasem. Jest to miejsce o dosyć smutnej historii. U podnóża wzgórza w grudniu 1939 roku oddziały niemieckie rozstrzelały ponad 50 mieszkańców miasta, w odwecie za napad na posterunek żandarmerii. W ostatnim czasie na jego grzbiecie ulokowano atrakcyjny i nowoczesny kompleks boisk i urządzeń sportowych oraz pawilon z wieżą widokową. Najcenniejszym zabytkiem miasta jest XV-wieczna kolegiata pod wezwaniem św. Mikołaja. Ma ona charakterystyczną, szeroką, a stosunkowo niską, fasadę i mało przypomina inne małopolskie kościoły postawione w stylu gotyckim. Obok wznosi się drewniana dzwonnica, która po pożarze w 1988 roku jest obecnie wyposażona tylko w jeden dzwon. Pozostałe cztery, ze względu na wagę i rozmiary, umieszczono osobno, naprzeciw głównego wejścia do świątyni, na placyku Sanktuaryjnym. We wnętrzu o barokowo-neogotyckim wystroju wyróżniają się dwie kaplice: Matki Boskiej Bocheńskiej i św. Kingi. Drugi ze śródmiejskich kościołów, pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, zbudowano w latach 30-tych XX wieku na planie zbliżonym do kwadratu. Ściany świątyni obłożone są w dolnej części kamieniem, a w górnej licowane cegłą i urozmaicone regularnie rozmieszczonymi ryzalitami oraz płycinami. Nad nimi góruje spłaszczona kopuła. Podziomkowi architektura ta przypominała włoskie kościoły z lat 30-tych XX w., które widzieliśmy na Istrii. Moje pierwsze skojarzenie kierowało się w stronę architektury synagogalnej. Zbudowaną w tym samym okresie synagogę minęliśmy natomiast nie zwracając nań większej uwagi. Budynek poddany został bowiem poważnej przebudowie przez użytkujący go ponad 30 lat bank i dzisiaj tylko sprawne oko wyłowi szczegóły przypominające jego kultową funkcję. Miasto posiada też wiele ciekawych budowli publicznych, ale budowę najciekawszego domu zlecił wybitnemu architektowi – Teodorowi Talowskiemu – w 1895 roku miejscowy doktor o nazwisku Dembowski. Dom wzniesiono z kamienia i cegły, w stylu będącym mieszanką historyzmu i secesji. Ponieważ malowniczy szczyt wieńczy głowa kozła, pochodzenie potocznej nazwy – Koci Zamek pozostaje nieznane. Chyba, że przyjąć, iż mieszkańcy ówczesnej Bochni nie odróżniali wizerunku kozła od kota w artystycznej interpretacji rzeźbiarza Wojciecha Samka.

Kolegiata św. Mikołaja z dzwonnicą i dodatkowymi dzwonami
Bocheński rynek, największy budynek to były klasztor dominikanów, obecnie siedziba muzeum
Park Uzbornia – pomnik na miejscu kaźni
Tężnie solankowe
Budynek synagogi po wyprowadzce banku. fot. Adam Dylewski za sztetl.org.pl/pl
Kaplica św. Kingi w kolegiacie św. Mikołaja

Kościół św. Stanisława Kostki
Gmach Liceum Ogólnokształcącego
Malowniczy las pokrywający zbocza Uzborni
Dworek przy ulicy Orackiej
Koci Zamek
Zabudowa przy ulicy Kraszewskiego

Do Bochni trafiliśmy zachęceni znacznym wyborem (około tuzina) kawiarni i cukierni, podpowiadanych przez Google. To całkiem pokaźna liczba, jak na niespełna 30 tysięcy mieszkańców. W miejscu zamieszkania mieliśmy do dyspozycji nowoczesny ekspres, więc czarny napar przygotowywaliśmy zazwyczaj w domu. Ale warto było porzucić rutynę! Kawiarnia na rynku miała dobrą kawę, przygotowywaną na wiele sposobów. Co do wypieków, to ich rozmaitość mogłaby być jednak większa. Za to, co jest rzadkością w mniejszych miastach, do południa można w niej zamówić śniadanie. Może ten fakt, a może wysoka ocena na Google powodowała, że zdobycie w niej stolika wymagało wykazania się przewodnickim sprytem. Z innych niedogodności, warte wzmianki są drzwi do toalety, pozbawione zamka, z czym trzeba sobie radzić, albo wystawiając wartę, albo zachowując się we wnętrzu wyjątkowo głośno.

Każde z odwiedzanych miast ma szeroką ofertę kulinarną. Restauracja w Wieliczce wyróżniała się monstrualną wielkością porcji i wysokimi cenami, co jednak należy przypisać bliskości wejścia do kopalni soli. W Bochni znaleźliśmy przyjazny lokal z kuchnią azjatycką, ukryty w podwórku. Ten rodzaj kuchni, w przeciwieństwie do kebabowni, kwitnie raczej w dużych ośrodkach miejskich. Tymczasem zjedliśmy tam oryginalny posiłek, a w dodatku poznaliśmy miłych właścicieli.

Dosyć niespodziewanie tytuł atrakcji wyjazdu zdobyła kładka piesza przez Rabę. Zbudowali ją w roku 1947 mieszkańcy parafii w Krzyżanowicach, mającej wiernych także w położonych po drugiej stronie rzeki Proszówkach. Kładka jest podwieszona na liniach zamocowanych do dwóch betonowych filarów, zdobionych symboliką narodową i religijną. Jest tam też tabliczka ku czci inicjatora budowy, ówczesnego proboszcza. Chociaż stalowe liny nośne są grube, to pod ciężarem kilku maszerujących osób konstrukcja zaczęła oscylować wokół swej długiej osi. Pomimo, iż perspektywa wylądowania w mętnej, spływającej z gór rzece, była ciągle odległa, nasze błędniki zostały wystawione na poważną próbę. Aż chciało się zakrzyknąć: „Shrek, ja w dół patrzę!” Niespodziewanie, najmniej niepokoju wykazywał w tej sytuacji Harry. Gdyby nie to doświadczenie, za kulminację wycieczki uznałbym wizytę w klasztorze benedyktynek w Staniątkach. Sama świadomość, że jest się w instytucji działającej nieprzerwanie od 800 lat, budzi szacunek. W listopadowe, mgliste popołudnie, spacer wśród budynków kompleksu klasztornego napawał nas spokojem i harmonią. Zwiedzając kościół nie spotkaliśmy nikogo. Tylko spoza drewnianego parawanu, w miejscu, gdzie w innych kościołach znajdują się organy, dochodziły odgłosy modlitw i czytań prowadzonych przez siostry, których dwunastka nadal zamieszkuje klasztor. We wnętrzu świątyni dominuje styl barokowy, ale w wyposażeniu znajduje sią kilka cennych rzeźb z XIV i XV wieku oraz pochodzący z XVI w. obraz Matki Boskiej Bolesnej, zwanej Smętną Dobrodziejką ze Staniątek. To jednak nie cenny inwentarz, ale panująca w tym miejscu atmosfera, czyni je trudnym do zapomnienia.

Kładka przez Rabę z Proszówek do Krzyżanowic
Kościół klasztorny benedyktynek w Staniątkach
Za tym przepierzeniem modlą się siostry benedyktynki
Gryf – herb fundatorów, którzy później przybrali nazwisko Branickich

Tablica pamiątkowa na filarze wschodnim kładki
Widok w stronę Krzyżanowic, w dali kościół św. Joachima
Budynek klasztorny w Staniątkach
Obraz Smętnej Dobrodziejki ze Staniątek
Staniątki – gotycki krucyfiks w barokowej oprawie

Prócz miejsc, które udało się zobaczyć, z każdego wyjazdu można przywieźć listę obiektów, które chcieliśmy zwiedzić, ale się nie udało. Oczywiście, w epoce solidnych zamków u drzwi oraz strachu przed złodziejami, prym wiodą obiekty sakralne. Prócz niepołomickiej świątyni, nie udało nam się wejść do drewnianych kościołów św. Sebastiana w Wieliczce, kryjącego polichromie autorstwa bohatera Wesela – Włodzimierza Tetmajera oraz do kościoła pod wezwaniem św. Joachima w Krzyżanowicach, choć tam robotnicy pracujący wokół świątyni zapewnili nas, że gdyby tylko proboszcz był na miejscu, to by nas wpuścił. Pocałowaliśmy też klamkę malowniczo wieńczącego wyniosłe wzgórze kościoła św. Marcina w Biskupicach oraz wspomnianej wcześniej świątyni szkolnej w Bochni. Najbardziej spektakularnym niepowodzeniem była jednak próba odwiedzenia kolejnej realizacji Teodora Talowskiego – w Grodkowicach. Pałac rodziny Żeleńskich, zbudowany przez stryja krytyka literackiego, Tadeusza Boya-Żeleńskiego, majaczył nam tylko czerwonymi ścianami i spiczastymi wieżyczkami spomiędzy parkowych drzew. Strona internetowa firmy świadczącej tam usługi gastronomiczno-eventowe ciągle istnieje, ale pałac wyglądał na opuszczony. Cóż, każde niepowodzenie może być kolebką przyszłych sukcesów. Ktoś pewnie dostrzeże potencjał i przywróci życie temu obiektowi, a wtedy i my powrócimy, by go zobaczyć.

W grodkowickim parku wzniesiono krzyż ku pamięci właściciela zabitego podczas rabacji galicyjskiej
Budynek stajni w grodkowickim majątku
Mauzoleum Żeleńskich w sąsiedniej wsi Brzezie

Pałac Żeleńskich w Grodkowicach
Budynek gospodarczy na folwarku w Grodkowicach
Tablica pamiątkowa na ścianie mauzoleum

Kategorie
Polska

Mały czy duży, grunt, że ciekawy

Spacer przez centrum Wilna od katedry po Ostrą Bramę to wyjątkowe przeżycie. Różnorodna architektura, starannie utrzymane kamieniczki, ciekawe zabytki, kawiarenki i bistra pełne wielojęzycznych gości. Do tego liczne ślady wspólnej historii z czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Nic dziwnego, że odpoczywając przy kawie czuliśmy się nieco uwzniośleni. Na gorąco dzieliliśmy się wrażeniami z dotychczasowego przebiegu wycieczki, gdy nagle Podziomek rzuciła: „Nie wydaje wam się, że Wilno to takie Suwałki tylko z wiekszą liczbą mieszkańców, cenniejszymi zabytkami i ogólnie wyższym poziomem życia?” Takie postawienie sprawy wywołało odruchowy sprzeciw. Jak to? Gdzie Rzym, gdzie Krym? Współstolica największego obszarowo państwa Europy porównywana do polskiej stolicy zimna, która nigdy nie dochrapała sie roli większej, niż siedziba gubernatora czy wojewody. Jednak od słowa do słowa zrozumieliśmy, że Podziomek w syntetyczny sposób uchwyciła różnice w urbanistyce na terenach należących niegdyś do Rosji, a tych będących pod władaniem Wiednia czy Berlina.

Gdy odwiedza się miasta w byłym zaborze pruskim, charakter ich zabudowy wywołuje wrażenie, że jest się w w znacznie większym skupisku ludzkim, niż wykazuje to statystyka. Wrażenie, które wywołuje większość miast dawnej Kongresówki, jest dokladnie odwrotne. Porównanie Wilna z drugim, symbolicznym dla wielu Polaków miastem, jakim jest Lwów, pokazuje z kolei różnice pomiędzy urbanistycznym obliczem stolicy rosyjskiej guberni, a głównym miastem austriackiego kraju koronnego – Galicji i Lodomerii. Upraszczając, zabudowa Lwowa jest wyższa, szersza i – mówiąc kolokwialnie – bardziej imponująca. Porównania tego rodzaju można prowadzić nie tylko wobec dziedzictwa rosyjskiej myśli urbanistycznej. „Jakieś skarlałe to miasto” skomentował mój zięć – Mariusz – po wizycie w Krakowie, poprzedzonej wycieczką do Wrocławia.

Plac Ratuszowy w Wilnie, fot. Pudelek (Marcin Szala), lic. CC-BY-SA 3.0
Suwałki – róg Piłsudskiego i Kościuszki, fot. Fotoeksplorer, lic. CC-BY-SA 3.0

Swoiste Déjà vu przeżyliśmy podczas weekendowego wypadu do Płocka. Oczywiście celem naszego przyjazdu do stolicy polskiej chemii nie była próba potwierdzenia obserwacji dokonanych przed laty w Wilnie. Zapragnęliśmy odwiedzić nową wystawę stałą Muzeum Mazowieckiego, poświęconą epoce i sztuce Art Deco. To kolejna próba tego muzeum, wyspecjalizowania się w konkretnym rodzaju sztuki. W 2005 roku, po przeniesieniu się do nowej siedziby, wyeksponowano w niej w pełni największą w Polsce kolekcję sztuki secesyjnej. Teraz również kolekcję umieszczono w nowej siedzibie przy ulicy Kolegialnej. Google Street View umożliwia ocenę, jak wiele pracy włożono w doprowadzeniu tego budynku do obecnego stanu. Na dwóch kondygnacjach umieszczono zbiory wszelkiego rodzaju. Ku naszej radości, najliczniej reprezentowana była architektura wnętrz i sztuka użytkowa. Symbolami wizualnymi kolekcji są: jaskrawoczerwony kabriolet marki Jowett z 1926 roku oraz „Martwa natura” z antyczną rzeźbą autorstwa ikony Art Deco – Tamary Łempickiej. Multimedia w przypadku tej wystawy nie odgrywają większej roli, co nie wydawało się przeszkadzać licznym odwiedzającym ekspozycję. W każdym razie, w muzeum było ich znacznie więcej, niż w sobotnie południe można było spotkać na sąsiednich ulicach, było nie było, w samym sercu miasta.

Plakat zapraszający na wystawę
Nowy budynek Muzeum Mazowieckiego
Jowett model 1926
         Zdjęcia z wystawy Art Deco w Muzeum Mazowieckim

Historyczna część Płocka jest rozciągnięta wzdłuż skarpy doliny Wisły, osiągającej na terenie miasta wysokość 47 metrów ponad poziom rzeki. Poza ulicami zbiegającymi do mostu (historycznie: do przeprawy) przez Wisłę, pozostałe tworzą siatkę regularnie krzyżujących się traktów. Na planie tej części miasta są też cztery równomiernie rozmieszczone place: Stary Rynek na zachodzie, Nowy Rynek na północy, Plac Obrońców Warszawy (dawniej Kolegialny na wschodzie) i plac Narutowicza (dawniej Rynek Kanoniczny) w centrum. Taką regularność założenia miasto zawdzięcza krótkiemu okresowi zaboru pruskiego na przełomie XVIII i XIX wieku, kiedy to przygotowano plan jego rozwoju, który był następnie cierpliwie realizowany przez władze wojewódzkie i gubernialne. Najstarsza część miasta rozciąga się między Starym Rynkiem a Rynkiem Kanonicznym. W XIX wieku miasto rozwinęło się ku wschodowi i północy. Jego ówczesne granice wyznaczały cztery pary klasycystycznych rogatek, spośród których zachowały się trzy – czyli więcej, niż w Warszawie. Kolej dotarła do Płocka dopiero w międzywojniu, co przyczyniło się do rozwoju przyłączonego właśnie do miasta zawiślanego Radziwia. Później zabudowa zaczęła pełzać ku, położonemu 2,5 km na północ od centrum, dworcowi kolejowemu. Cała reszta miasta, to blokowiska z czasów petrochemicznego i wojewódzkiego awansu oraz deweloperka z okresu III Rzeczpospolitej – ważne dla mieszkańców, ale nieistotne turystycznie.

Jak to bywało z miastami obdarowanymi industrializacją w czasach PRL-u, których rozwój gwałtownie przyśpieszył, stare miasto w Płocku popadało stopniowo w niełaskę decydentów. Ilość i klasa zabytków oraz obecność gmachów użyteczności publicznej powodowały, że ciągle się tam bywało, ale w zdekapitalizowanych kamieniczkach mieszkano już tylko z przyzwyczajenia. W rezultacie, w epokę samorządności lokalnej miasto weszło ze zniszczonym centrum, upstrzonym na podobieństwo rodzynek w cieście, znaczną liczbą bardzo ciekawych i – zwłaszcza w przypadku obiektów sakralnych – nieźle zachowanych zabytków. Nawet przestrzenie w założeniu reprezentacyjne, jak zamieniona w deptak, łacząca Nowy Rynek z placem Narutowicza ulica Tumska, czy Stary Rynek z siedzibą władz miejskich, w ostatniej dekadzie XX wieku straszyły opuszczonymi domami i porosłymi chwastami działkami. Wysiłki rewitalizacyjne miasta, obejmujące nie tylko odbudowę starych domów, ale i dogęszczanie dzielnicy nową zabudową mieszkalną spowodowały, że dzisiaj coraz trudniej o takie obrazki, chociaż na Starym Rynku kilka domów ciągle czeka na inwestorów z pomysłem.

Ratusz przy Starym Rynku i dzwonnica kościoła św. Bartłomieja
Ulica Tumska
Dzwonnica przy kościele Dominikanów
Biura konserwatora zabytków w starej baszcie
Kościół św. Bartłomieja
Ulica Tumska
Najstarszy budynek kanonii
Plac Narutowicza
Prokuratura okręgowa w dawnym budynku banku
Pałacyk Ludwika Flatau przy ul. Kolegialnej

W średniowiecznym Płocku za lokalizację prestiżową uchodziła ta na krawędzi skarpy wiślanej. Tam więc stanęły: zamek książęcy, katedra, parafialny kościół św. Bartłomieja, kościół i klasztor Dominikanów, a także kolegiata św. Michała, której gotycka wieża góruje nad kompleksem najstarszej w Polsce szkoły średniej, słynnej Małachowianki oraz kościół św. Trójcy przekształcony z początkiem XIX wieku w nieistniejący już teatr miejski. Lokalizacja była na dłuższą metę ryzykowna, gdyż skarpa podmywana przez rzekę i dodatkowo obciążona wzniesionymi na niej budowlami traciła stabilność i osuwała się do Wisły. Dla ówczesnych włodarzy ważniejsze było jednak, że przynajmniej od jej strony nie musieli obawiać się najścia niepożądanych gości. Dla współczesnego turysty te okoliczności nie mają już znaczenia, natomiast przyczyniły się do powstania jednej z najatrakcyjniejszych panoram miejskich w Polsce. Widok z kratownicowego mostu Legionów Piłsudskiego, czy też z rzuconego w nurt Wisły sierpowatego kształtu mola, jest jedyny w swoim rodzaju. Podobnie zresztą jak z poprowadzonej krawędzią skarpy ścieżki spacerowej, gdzie oprócz wymienionych obiektów można podziwiać zabudowę Radziwia mającą za tło zielony pas lasów rozciągających się na południe od miasta.

Nad dzielnicą dominuje budynek elewatora zbożowego. Gmach postawiono w roku 1950 posługując się planami jeszcze sprzed I Wojny Światowej, dla których inspirację stanowiła renesansowa architektura Gdańska. W rezultacie powstał obiekt na planie krzyża, kryty czerwoną dachówką, o 13 kondygnacjach, z blendami w schodkowanych szczytach. Jak wieść gminna niesie, komunistycznych aparatczyków do nietypowej formy budynku przekonano argumentem, że będzie on w panoramie miasta przeciwwagą dla dominujących na drugim brzegu Wisły wież katedralnych. Radziwski brzeg Wisły różni się także od północnego większym urozmaiceniem. Wcinają się weń dwa kanały: jeden prowadzący do elewatora, a drugi do stoczni rzecznej. Na nabrzeżu tej ostatniej stoi nawet prawdziwy, portowy dźwig.  Tak więc lekceważona, zarówno przez płocczan jak i przyjezdnych, dzielnica po drugiej stronie rzeki posiada kilka znaczących punktów orientacyjnych, mających przy tym ciekawą historię i niezaprzeczalne walory estetyczne.

Sezon żeglarski ciągle trwa
Most Legionów Piłsudskiego
Skarpa wiślana
Molo i marina na Wiśle
Molo, amfiteatr i baseny portowe Radziwia
Basen stoczni rzecznej na Radziwiu
Elewator w stylu gdańskim

Bogiem, a prawdą, wizualne zdystansowanie katedry płockiej jest marzeniem ściętej głowy. Po pierwsze, jest to jedna z największych świątyń wczesnośredniowiecznych w Polsce. Po wtóre, zlokalizowana jest na Wzgórzu Tumskim, które do jej strzelistości dodaje dodatkowe, bez mała 50 metrów wysokości. W końcu, katedra stanowi jeden kompleks z zamkiem książąt mazowieckich. Pod względem funkcjonalnym, już od końca XV wieku najwyższa wieża zamkowa pełniła funkcję katedralnej dzwonnicy, a większość obiektu zaczęła pełnić funkcje sakralne, jako opactwo benedyktynów, w 1538 roku. Katedra i zamek wznoszą się tak blisko siebie, że widziane nawet z nieznacznego oddalenia zlewają się w jeden, imponujący czerwonocegły kompleks, najeżony dwoma gotyckimi wieżami katedry, wieżą Szlachecką zamku w tym samym stylu, renesansową kopułą nad skrzyżowaniem nawy głównej i transeptu katedry oraz wieżą Zegarową zamku zwieńczoną przysadzistym barokowym hełmem. O wyposażeniu katedry możnaby napisać osobną rozprawkę. Wspomnę tu tylko o drzwiach zamówionych w XII wieku u magdeburskich ludwisarzy. Te, które widzimy wchodząc obecnie do katedry, są wykonaną przed 40 laty kopią. Oryginał znajduje się w cerkwi św. Sofii w Nowogrodzie Wielkim i istnieje multum teorii w jaki sposób i kiedy dokładnie tam trafił. Nie trzeba dodawać, że teorie polskie i rosyjskie znacząco się rozmijają, a jeszcze odmienną teorię mają badacze niemieccy, bo wszak jako przedstawiciele kraju pochodzenia drzwi, powinni wiedzieć swoje. Pod północną wieżą katedry znajduje się kaplica zwana Królewską, gdzie w marmurowym czarnym sarkofagu pochowano znalezione w 1825 roku szczątki licznych książąt mazowieckich oraz Władysława Hermana i jego syna, Bolesława Krzywoustego. Tym samym Płock jest kolejnym, obok Gniezna, Krakowa i Warszawy, miejscem pochówku władców Polski. Nie wiadomo tylko czemu w nazwie kaplicy jest określenie Królewska choć żaden z tych władców nie był koronowany na króla. Najlepiej świadczy o tym znajdujący się na szczycie sarkofagu herb książęcy – alabastrowy orzeł, pozbawiony prawa noszenia korony na głowie.

Wzgórze Tumskie
Kopia drzwi płockich
Wieże katedralne i wieża Zegarowa zamku
Sarkofag Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego

Płock chlubi się jeszcze jedną katedrą – Starokatolickim Kościołem Mariawitów. Nie wchodząc w analizę różnic doktrynalnych, mariawici byli ruchem reformatorskim wewnątrz kościoła katolickiego, który po otrzymaniu w 1906 roku papieskiego nakazu odstąpienia od swych poglądów wyewoluował w samodzielną konfesję. Ciekawostką jest, że założycielką ruchu była kobieta – Maria Kozłowska, przełożona Zgromadzenia Sióstr Mariawitek Nieustającej Adoracji Ubłagania oraz, że mistyczne objawienie, które kazało jej tworzyć ten ruch, miało miejsce w Płocku, a pierwszymi stronnikami stali się wykładowcy miejscowego seminarium duchownego. Tak więc mariawici są z pochodzenia najbardziej polskim wyznaniem chrześcijaństwa. Kompleks katedralny zbudowano w stylu neogotyckim, ale ze względu na pokrycie murów szarym, jak mariawickie sutanny, tynkiem oraz bogatą ornamentykę zewnętrznych ścian, ma nieco mauretański charakter. Trzy wyniosłe, a wąskie, wieżyce zdobione są koronami. Liczne okna u podstawy czteropołaciowej kopuły zwieńczonej sceną adoracji hostii przez anioły, zapewniają obfity dopływ światła do wnętrza. Lokalizacja katedry, przez odsunięcie o około 300 metrów od skarpy wiślanej, nie jest tak dramatyczna, jak jej rzymskokatolickiej odpowiedniczki, ale za to duża działka pozwoliła na założenie starannie utrzymanego ogrodu i rabat kwiatowych.

Katedra Mariawitów od frontu
Wirydarz klasztorny
Katedra Mariawitów od ogrodu
Starannie utrzymane rabaty kwiatowe
Wnętrze katedry Mariawitów

Kiedy służbowo odwiedzałem Płock przed ok. 25 laty, miasto nie dostarczało wielu możliwości skorzystania z posiłku, czy odpoczynku przy kawie. Pamiętam, że pewnym wydarzeniem było wtedy otwarcie Zajazdu Rybackiego nad Wisłą. W dziedzinie barystyki (pozwalam sobie zaproponować to słowo, jako poręczniejsze, niż zwrot sztuka zaparzania kawy) miasto i tak było uprzywilejowane, gdyż na deptaku swoją placówkę miał Hortex. Ściśle mówiąc, lokal określał się jako koktajl bar, ale kawę też można było tam dostać. Brak placówek gastronomicznych nie jest jednak problemem współczesnych płocczan. Nam zarekomendowano miejsce przy Grodzkiej, gdzie rzeczywiście można się zrelaksować przy kawie i miejscowych wypiekach. UWAGA: Polecana w niektórych rankingach kawiarnia przy ul. Jerozolimskiej jest mała i nie ma ogródka, więc trudno ją traktować jako miejsce na kawowe posiaduchy. W każdym razie pomysł wpadnięcia na kawę w sobotę po godzinie 14 wydaje się całkiem powszechny wśród mieszkańców i gości Płocka. A jeszcze dwie godziny wcześniej ulice były pustawe. Natomiast po kawie, publika udawała się na przechadzkę po eleganckiej promenadzie wiodącej szczytem skarpy wiślanej. Całkiem godny sposób spędzania weekendowego popołudnia!

50 km na północ od Płocka, nad Wkrą, położony jest Bieżuń. Formalnie jest miastem, ale to miejscowość balansująca na granicy miasta i wsi. Wokół niedotkniętego betonozą rynku wznoszą się domy w różnym wieku i stylach, jako cechę wspólną mające dosyć skromne rozmiary. Tymczasem na rogu ulicy Warszawskiej i rynku wznosi się kamienica przerastająca skalą wszystkie inne w miasteczku. Wystawił ją w 1906 roku kupiec Ludwik Węglewski, który wcześniej prowadził sklep delikatesowo-kolonialny w Warszawie na rogu Kruczej i Wilczej. W budynku wyglądającym niczym przeniesiony z narożnika tych stołecznych ulic, nadal prowadził sklep, ale i restaurację, a na wyższych kondygnacjach mieszkania na wynajem. Obecnie, po rozbudowie, mieści się w nim Urząd Miasta i Gminy. Na rynku, w domu o dworkowej architekturze, znalazło zaś miejsce Muzeum Małego Miasta. Cóż, bieżuniacy nie mają wątpliwości, że pomimo ekspozytury architektury wielkomiejskiej, ich miasto na mapie Polski jest tylko maleńkim punktem.

Największa kamienica Bieżunia, fot. baspan2050
Ulica Kościuszki w Płocku – zabudowa małomiasteczkowa, fot. Krzysztof Lisocki, lic. CC_BY_SA 4.0
Największa kamienica Płocka

A jak pod tym względem sytuuje się Płock? Owszem, secesyjna kamienica bedąca siedzibą muzeum była na pewno, w czasach swego powstania, największym budynkiem mieszkalnym w mieście. Reszta zabudowy skalą przypomina rzeczywiście Suwałki. Pamiętać jednak trzeba, że przed I Wojną Światową oba miasta były podobnej wielkości i pełniły podobną rolę – miasta gubernialnego. Natomiast mnogość zabytków historii, monumentalność budowli, tak świeckich jak i publicznych, obfitość instytucji i inicjatyw w obszarze kultury nie pozostawiają w przypadku Płocka wątpliwości, że Suwałki tylko na pewnym etapie swej historii zbliżyły się do rangi niegdysiejszej stolicy Mazowsza, czego ślady pozostały w podobnej skali architekturze.

Płock, zachował jednak pewne cechy małego miasta. W zgodnej opinii Podziomka i mojej, zamykanie sklepów na 40-50 minut przed oficjalnie zadeklarowanymi godzinami funkcjonowania jest tego wymownym przykładem. Może wynika to jednak z faktu, że w jesienną sobotę płocczanie wolą odwiedzić wystawę lub zaznać ostatnich promieni słońca, zamiast kupować kolejny element garderoby.

Kategorie
Chorwacja

W krainie węży czyli Dalmacja na leniwo

Sosnowy las pachniał żywicą. Powietrze wibrowało od głosów cykad. Ścieżka wiła się wśród powalonych drzew i wychodni skalnych, które niczym żebra poległego olbrzyma w regularnych odstępach wynurzały się z poszycia. Miejscami wieńczyły je murki z drobniejszych kamieni wykonane, nie wiedzieć kiedy i dlaczego, rękami ludzkimi. Wkrótce dotarliśmy do celu. To był nasz kawałek wybrzeża Adriatyku. Nasz, bo sami go odnaleźliśmy, a Podziomek własnymi rękoma oczyścił go ze wszelkiego śmiecia. Za całą infrastrukturę miał drewnianą europaletę, a wejście do wody było utrudnione przez kanciastość i mnogość kamieni i skałek, ale rekompensował to niezwykły widok. Poprzez kanał św. Antoniego widać było imponujące, wznoszące się wprost z wody mury twierdzy św. Michała. Jako, że nasze wybrzeże miało południowo-wschodnią ekspozycję, widzieliśmy też szeroki pas morza dzielący stały ląd od górzystego wybrzeża wyspy Zlarin. Z lewej widok zamykał sztucznie usypany półwysep porośnięty oszałamiająco pachnącymi ziołami i kwieciem. Przy wyższym poziomie wody zamieniał on się w wyspę, śladem czego, przy niższym jej stanie, była obecność oczek wodnych bogatych w stada małych rybek i krabów. Z prawej strony widok ograniczał cypel z białym budynkiem latarni morskiej na końcu. U swej nasady cypel był położony tak blisko poziomu morza, że widać było przemieszczające się za nim maszty i nadbudówki jachtów i statków. Kanał prowadził do ruchliwego portu w Szybeniku, więc panował na nim ciągły ruch jednostek pływających, począwszy od małych rybackich łódek, poprzez wyglądające w sposób tradycyjny lub futurystyczny jachty, aż po wielkie wycieczkowce i promy Jadrolinii. Zegarki można było regulować przy pojawieniu się pracowicie prującego wody zatoki promu Plima, dowożącego mieszczuchów na popularne kąpielisko Jadrija. Nie dziwota, że gdy morze było spokojniejsze, nie chcą tracić tych widoków, nie zdejmowałem do kąpieli okularów optycznych.

Okolice naszej „plaży”
Latarnia morska z 1871 roku
Komfort na wodzie
Ruch na cieśnienie strzeżonej przez twierdzę
Jacht wychodzący w morze
Pracowita Plima, czyli szybenicki tramwaj wodny
Cieśnina między stałym lądem a wyspą Zlarin

Tegoroczny wyjazd na dalmatyńskie wybrzeże Chorwacji różnił się od tych z lat poprzednich, opisanych już na łamach „Za widnokręgiem”. Po pierwsze, wynajęliśmy cały dom na 4 tygodnie. Była to nowość nie tylko dla nas. Zdumieni właściciele kilkukrotnie dopytywali się, czy to na pewno nie pomyłka. Po drugie, byliśmy tam wyjątkowo liczną, pięcioosobową grupą, do czego trzeba dodać dwa psy, gdyż do Harrego dołączył jego pobratymiec Vinyl (o podróżach z tą dwójką i innymi czworonogami pisałem już wcześniej). Po trzecie, nie wszyscy uczestnicy decydowali się na pobyt 28 dniowy, przez co wyjazd zrobił się logistycznym wyzwaniem, a my poznawaliśmy nie odwiedzane wcześniej miejsca, takie jak wypożyczalnie samochodów, czy port lotniczy w Splicie. W końcu, nie wybraliśmy domu z widokiem na morze, lecz na jezioro! Bogiem, a prawdą, Prokljansko Jezero ma wodę słoną jak w Bałtyku, gdyż mieszają się w niej słodkie wody spływającej z Gór Dynarskich rzeki Krki oraz docierające przez szeroki, acz krótki kanał od strony Szybenika wody morskie. Jezioro jest kryptodepresją, tzn. jego dno leży znacznie poniżej poziomu morza. Im więc głębiej, tym wody są w nim bardziej słone, co sprawia, że jezioro zasiedla fauna zarówno morska, jak i słodkowodna.

Prokljansko Jezero z autostrady, fot. Josef Kotulić, licencja CC-BY-SA 3.0
Prokljansko Jezero o zmierzchu

Nasz dom stał na stoku wzgórza w miejscowości Vrulje, będącej częścią miasteczka Bilice. Źródłosłów nazwy naszego miejsca pobytu może mieć coś wspólnego z chorwackim słowem „vruće”, czyli gorące. Przez pierwsze trzy tygodnie było rzeczywiście bardzo gorąco, z temperaturami dochodzącymi w dzień do 38⁰C, a nocą nie spadającymi poniżej 25⁰C. Wymuszało to na nas aktywność poranno-wieczorną, z obowiązkową sjestą i drzemką w klimatyzowanych wnętrzach w środku dnia. Vrulje to całkiem spora, licząca kilkadziesiąt domów, miejscowość. Jest w niej wiele pensjonatów, duża marina, zorganizowane kąpielisko, beach bar i nic poza tym! Po pieczywo do piekarni, zakupy do sklepu, czy posiłek w restauracji, trzeba więc było wybierać się samochodem, albo do centrum Bilic rozciągniętego wzdłuż szosy Szybenik-Knin, albo do najbardziej turystycznie rozwiniętej części tej miejscowości, jaką jest położony nad brzegami sąsiedniej zatoki Stubalj. Bez dwóch zdań, jest to więc miejsce dla turystów zmotoryzowanych. Oczywiście mając samochód ma się w zasięgu 15-20 minutowej przejażdżki wszystkie wielkomiejskie usługi i atrakcje Szybenika.

Holiday Home Oliva od frontu
Nasz ogród

Wysokie temperatury, przeciwskazania medyczne, konieczność pracy zdalnej oraz pewna taka pocovidowa nieśmiałość, gdy chodzi o zbyt częste kontakty z masami turystów zapełniających wybrzeże nadmorskich miejscowości spowodowały, że nie byliśmy tak mobilni, jak zazwyczaj. Upodobniliśmy się wręcz pod względem stylu życia do tubylców. Każdy ranek prócz spaceru z psami oznaczał wizytę w piekarni, skąd wracaliśmy obładowani pachnącymi i jeszcze ciepłymi slanacami, lepinją, pogacem, czy kiflami. Raz, czy dwa, w tygodniu kupowaliśmy burek – znany we wszystkich krajach bałkańskich placek z ciasta typu filo nadziewany mięsem, serem lub jabłkami. To bardzo sycące danie – jeden kawałek szczodrze sformowany przez piekarza może zaspokoić apetyt przeciętnego konsumenta na dłuższy czas. Posiłki jadaliśmy na dziedzińcu ukrytym między ścianami naszego budynku, a ogrodem zdobywającym tarasami wzgórze na zapleczu domu. Podlewaniem ogrodu zajmował się przyjeżdżający od czasu do czasu gospodarz, ale my mogliśmy korzystać z jego płodów takich, jak pomidory, papryki, czy figi. Ponieważ domek był znakomicie wyposażony, w tym w kawiarkę, kawę parzyliśmy sobie sami. No i przynajmniej połowę obiadów także ugotowaliśmy sami – na stole królował makron z duszonymi warzywami. Na owoce morza wybieraliśmy się jednak do restauracji.

Burek, za Wikipedia, lic. CC-BY-SA 2.5

Jeśli już mowa o przybytkach miejscowej gastronomii, do dwóch zdecydowaliśmy się nawet wrócić: konobą Marenda na szybenickiej starówce zarządza twardą ręką chorwacka babcia mająca do pomocy milkliwego małżonka. Nie ma tam menu. Zamiast tego pani babcia objaśnia, także po angielsku, co na dany dzień przygotowała. Zazwyczaj są to cztery dania, z których jedno zmienia się w kolejnym tygodniu. Do tego godne wino stołowe i bardzo przystępne ceny. Prostotę i jakość docenił Żółty Przewodnik Gault&Millau, uwzględniając lokal na swoich stronach. Konobę Dalmatino w Skradinie, miasteczku przy ujściu rzeki Krki do Jezioro Prokljansko nazwaliśmy lokalem u Włocha, gdyż kelnerzy władali sprawnie tym językiem, a z głośników płynęło disco italiano. Obsługa nieco wolna, ale bardzo pomysłowa w przedstawianiu usprawiedliwień tego stanu rzeczy. Jedliśmy tam najlepszą rybę pieczoną tego wyjazdu. A w dodatku na poczekanie serwują bruschetty, a na pożegnanie po kieliszeczku travaricy. Uwaga nocne Marki! Miasteczko położone jest w głębokiej dolinie, a od rzeki ciągnie chłodem. Temperatura jest tam 3-4 stopni niższa, niż na wybrzeżu, więc na wieczorną posiadówkę warto zabrać odzienie z długim rękawem. Konoba Trs w Trogirze cieszy się wyróżnieniem gwiazdką Michelina. Położona tylko 40 metrów od trogirskiej katedry, serwuje fenomenalną pieczoną ośmiornicę i inne pomysłowe dania z owoców morza. W dodatku obsługa jest tam super sprawna. Jeśli cenimy jakość kuchni i obsługi, musimy być gotowi docenić to finansowo. To jedyne miejsce, gdzie rachunek za obiad dla czterech osób przekroczył granicę 1000 kuna. Dosyć nieoczekiwanym plusem tego miejsca jest możliwość ucieczki od tłumów turystów, zalewających wąskie uliczki średniowiecznego miasteczka. Natomiast najlepsze lody w Szybeniku serwują w lodziarni KaGrom, położonej na małym placyku naprzeciwko szybenickiego teatru. W okolicy znajduje się kilka innych lokali serwujących „sladoled”, ale wystarczy ocenić, gdzie stoi najdłuższa kolejka, aby trafić do właściwego.

Nasz gospodarz, Ante, miał swoisty sposób okazywania troski o swoich gości. Gdy zjawiał się w celu podlania ogródka, koniecznie chciał dowiedzieć się czy może nam jakoś pomóc. Ograniczona znajomość angielskiego pozwalała mu jednak tylko na zadanie pytania: Any problem? Ponieważ nasza odpowiedź zazwyczaj była negatywna, Ante przechodził na dzielenie się swoimi problemami. Były nimi: pogoda, początkowo zbyt upalna, a przy końcu pobytu zbyt deszczowa i chłodna, oprócz tego konieczność uprawy ogródka, brak dostatecznej ilości wnuków, duża odległość z naszego domu do sklepu. Wśród tych narzekań groźnie zabrzmiało, że problemem naszego gospodarza są też węże. Przez wiele lat nawiedzania wybrzeża dalmatyńskiego nigdy się na nie nie natknęliśmy. A tym razem i owszem, ale tylko w dwóch przypadkach były to spotkania przyżyciowe. Nieszczęsne gady i to w wieku młodocianym spotykaliśmy, najczęściej, w formie zwłok rozprasowanych na jezdniach. W dodatku były to całkowicie nieszkodliwe zaskrońce. Raz nawet odwiedzając „Plaźe za pse”  dostrzegliśmy zaskrońca zażywającego kąpieli, co zresztą nie wzbudzało zainteresowania, ani obecnych tam czworonogów, ani ich właścicieli.

Zaskroniec, fot. Michał Krawiec, lic. CC-BY-SA 4.0

Kolejnym dowodem, że Prokljansko to jednak jezioro, była znaczna liczebność mew śmieszek, które raczej nie zapuszczają się na pełnosłone wody. W pobliżu domu pomieszkiwała, ku naszemu zaskoczeniu, cała rodzina wilg, których obserwacja ze względu na niskopienność drzew i krzewów była znacznie prostsza, niż w Polsce. Po ścianach wędrowały gekony, do ogrodu zaglądały cykady, modliszki i skorpiony.

Cykada
Skorpion
Modliszka

Nie mogliśmy odpuścić sobie zwiedzenia katedry św. Jakuba, najwspanialszej świątyni i architektonicznego symbolu Szybenika. Jak na chorwackie warunki obiekt z przełomu XV i XVI wieku to młodziak, ale geniusz jego projektanta – Juraja Dalmatinca – spowodował, że jest to jeden z najoryginalniejszych kościołów Chorwacji. Zewnętrzne ściany prezbiterium zdobią, niczym w Sali Poselskiej na Wawelu, dwa rzędy wyrzeźbionych głów ówczesnych mieszkańców miasta. Przez przeozdobny kamienny portal wkracza się do wnętrza, gdzie czysto subiektywnie rekomendujemy wstąpić do niewielkiego, lecz zdobnego w gotyckie ornamenty baptysterium, zatrzymać się przed wstrząsającym wyrazem cierpienia krucyfiksem, oraz znaleźć lwy pilnujące jednego z bocznych ołtarzy. W odróżnieniu od lwów flankujących boczne wejście do świątyni, te są rozmiarów zbliżonych do pekińczyka, co nie ujmuje im swoistego wdzięku.

Katedra św. Jakuba nocą
Wnętrze katedry
Baptysterium
Lewki miniaturki
Ołtarz mojego patrona
Przejmujący krucyfiks
Bocznego wejścia strzegą już lwy pokaźnych rozmiarów
Głowy XVI-wiecznych mieszkańców miasta

Tym razem nie skupialiśmy się jednak na zwiedzaniu, ale staraliśmy się czerpać przyjemność z mniej jednoznacznych odkryć. Jednym z najwspanialszych był widok z drogi wiodącej z położonych na wzgórzach dzielnic, ku leżącej nad morzem starówce. I nie chodziło nawet o nietypową perspektywę, morze czerwonych dachów z wyrastającą ponad nie kopułą katedry oraz górującymi nad zabudową wyniosłymi murami twierdzy, lecz o dalszy widok na Adriatyk poprzecinany pasmami kolejnych wysp. A trzeba wiedzieć, że na wysokości Szybenika, między brzegiem, a otwartym morzem rozciągają się cztery łańcuchy ostrowów. Zdecydowanie było więc na czym zawiesić oczy. W rankingu widoków drugie miejsce zajął ten z tarasu hotelu Panorama, położonego parę kilometrów za miastem przy drodze do Zadaru. Bunkrowatej urody budynek, do którego wejście wiedzie przez rozległy parking, stoi tuż przy moście przerzuconym nad kanałem łączącym Prokljansko z morzem. Mijaliśmy go wiele razy, a architektura i otoczenie nie zachęcały do zatrzymania się. Tymczasem, z przeciwnej strony budynek posiada taras wychodzący na rozległy gaj oliwny. Siedząc przy zimnym drinku, czy filiżance kawy, podziwiać można ponad koronami drzewek i wodami kanału wielce oryginalny, skrótowy widok na Szybenik. Tak nam się spodobał, że przyjechaliśmy tam raz jeszcze, tym razem na obiad, co dało możliwość podziwiania go w wersji nocnej.

Most na trasie Szybenik-Zadar
Szybenicka starówka z zamkiem i katedrą
Uzasadnienie dla nazwy hotelu Panorama

Widok Szybenika od strony Adriatyku wieńczą trzy budowle obronne: najbliżej morza zamek pod wezwaniem patrona miasta – św. Michała Archanioła, a jeszcze wyżej fort pod wezwaniem św. Jana oraz forteca pozbawiona opieki świętego patrona, o nazwie Barone. Służyły one za osłonę miasta przed zagrożeniem ze strony władających Bośnią Turków. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że miasto rozciaga się jeszcze spory kawałek poza linię wzgórz łaczących dwie ostatnie budowle. Jest tam m. in. dzielnica Subicevać, którą regularnie mijaliśmy w drodze do centrum i nad morze. Któregoś dnia zdecydowaliśmy się zapuścić w jej głąb i dokonaliśmy odkrycia obiektu, który w naszym wewnętrznym rankingu konkuruje o miano architektonicznej gwiazdy wyjazdu. Niejednokrotnie na tych łamach krytykowałem pospolitość, czy wręcz brzydotę współczesnej architektury sakralnej. W Chorwacji nie ma wielu nowych kościołów. A współczesna, franciszkańska świątynia pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego na szczęście w niczym nie przypomina upiornej twórczości polskich proboszczów. Cylindryczna, kremowobiała bryła z wyniosłą wieżą góruje nad okoliczną zabudową mieszkalną. Projekt jest nieprzegadany, wykończenie staranne, wpasowanie w otoczenie wręcz idealne. Szyby z kolorowego szkła oraz świetlik pod sklepieniem wypełniają wnętrze tęczowymi barwami. Mozaika zaołtarzowa, duży krucyfiks, stacje drogi krzyżowej oraz wzór płytek posadzkowych nie przytłaczają rozległego wnętrza, ani nie rozpraszają wiernych. A z tarasu przy wejściu, w prześwicie między blokami, można podziwiać nieoczywistą perspektywę fortu św. Jana.

Forteca Barone z widokiem na miasto i archipelag sąsiednich wysp, za Barone Fortress | Amadria Park | Hrvatski
Kościół św. Antoniego Padewskiego
Wnętrze kościoła
Główne wejście
Światło wpada do środka filtrowane przez kolorowe szyby w oknach
Mozaika zaołtarzowa
Licowanie ścian kamieniem współgra z odkrywką skalną w sąsiedztwie świątyni

Czy były jakieś minusy tegorocznego pobytu w Chorwacji? Mam wrażenie, że wybrzeże Adriatyku jest coraz bardziej zaśmiecone. Chodzi tu oczywiście o części dzikie, bo oficjalne plaże są regularnie sprzątane. Część śmieci zostawiają odwiedzający te miejsca wędkarze i zwolennicy plażowania w dzikiej naturze. Znaczna część jest jednak wyrzucana przez morze. To taki ciemny rewers malowniczego obrazu morza pełnego statków i jachtów, opisanego w pierwszym paragrafie tych wspomnień. Załogi i pasażerowie tych jednostek produkują śmieci, których pozbywaja się w nie zawsze legalny sposób. Frakcja pływająca, wcześniej, czy później, ląduje na brzegu. Jaki wpływ ma taka działalność na faunę morską, możemy dowiedzieć się z szeregu doniesień medialnych i ogłoszeń społecznych.

Jechać nad ciepłe morze i narzekać na tłok, to dostarczać świadectwo naiwności i braku zdolności przewidywania. My byliśmy przewidujący i stąd ulokowaliśmy się we Vrulje, a nie nad samym morzem. Szybenik wieczorami bywał zatłoczony, ale to miasto na tyle rozległe, że ucieczka w boczne uliczki dawała chwile wytchnienia. Wizyta w wielce popularnym wśród rodaków Trogirze dostarczyła jednak doświadczeń z rodzaju ekstremalnych. Wąskie uliczki wręcz pękały od przeciskających się tłumów. A w sytuacji, gdy zamknięto kładkę na znajdujące się na wyspie Stare Miasto, dotarcie do jedynego czynnego mostu i jego pokonanie zajmowało dobre kilkanaście minut. Szacuje się, że liczba Polaków odwiedzających w tym roku Chorwację wzrosła w porównaniu do lat ubiegłych o 85%. Zabrakło Brytyjczyków i Rosjan, za to pojawili się Francuzi, Szwajcarzy i Ukraińcy. Wobec wprowadzenia kontroli sanitarnej na granicach państwa kolejki samochodów przy wyjeździe oczekiwały na ich przekroczenie po 7 godzin. Częściowo odpowiedzialność za taki stan rzeczy spada na COVID, ale niewątpliwie Chorwacja jest ofiarą własnego sukcesu.

Tłumy turystów szturmują Trogir
Komercha rządzi!

Podziomek z wszystkich miast Dalmacji najbardziej ceni Split. Fakt, koncepcja wciśnięcia dużej części starówki w mury zewnętrzne pałacu Dioklecjana i harmonijne połączenie zabudowy okresu rzymskiego i średniowiecznego robi wrażenie. Do tego ta szeroka promenada nadmorska, obsadzona kilkoma szeregami palm! Ja jednak pozostaję wierny Szybenikowi. To pierwsze dalmatyńskie miasto, które poznałem. A stara miłość nie rdzewieje! W dodatku, jeśli z każdą kolejną wizytą potrafi zaskoczyć czymś nowym.

Kategorie
Polska

Imieniny w Radomiu, czyli Petersburg z kompleksami

Po zapadnięciu zmroku upał zelżał. Dotarłszy do swego pokoju mogłem rozsunąć zasłony i otworzyć okno. Niebo zaciągnęło się już głębokim granatem i tylko u styku z horyzontem ciągnął się wąski pasek różowawej poświaty. Chłodniejsze powietrze z impetem wdarło się do pomieszczenia niosąc zapach ziół. Powietrze drgało od cykania szarańczaków. Z wysokości szóstego piętra wzrok sięgał daleko, ale miasto ze swoimi zabudowaniami zaczynało się dopiero za rozległym obszarem zieleni porastającej szmat nieużytków. Od zachodu wdzierała się w nie nieśmiało zabudowa jednorodzinna. Dopiero za nią świeciły latarnie wzdłuż ulicy Warszawskiej. Chociaż wiedziałem, że kampus Politechniki Radomskiej od wschodu i północy otoczony był blokowiskami z gierkowskiej wielkiej płyty, to widok z okna zdawał się temu przeczyć.

Pod koniec lat 90-tych XX wieku uczestniczyłem w realizacji szkoleń dla  wolontariuszy Amerykańskiego Korpusu Pokoju, które kilka lat z rzędu odbywały się w Radomiu. Byliśmy zakwaterowani w hotelu asystenta, który górował wówczas nad całkiem niemiejskim sąsiedztwem. Z dzisiejszej perspektywy czasy były heroiczne: zajęcia odbywały się w barakach studium wojskowego, których blaszane ściany i dachy w letnie dni zapewniały kursantom i prowadzącym komfort pieca garncarskiego. Dopiero ostatni  kurs, w 1999 roku, rozpieszczał warunkami w oddanym świeżo do użytku budynku obecnych wydziałów: Finansów i Zarządzania oraz Prawa i Administracji. Po zajęciach rzadko wybieraliśmy się do centrum. Raz, że odbywały się różne podsumowania oraz przygotowania programu na kolejne dni, drugim powodem była niewielka ilość miejsc, do których można było pójść, by coś przekąsić i w spokoju porozmawiać. Za takie uchodziła chińska restauracja Milion Słoni w budynku radomskiego oddziału Naczelnej Organizacji Technicznej. Wizyta w Pizzerii 7, gdzie w zgodnej opinii serwowano najlepszą margheritę w mieście, to była cała wyprawa, gdyż lokal położony był u granic Radomia, przy wylotówce na Warszawę.

Naówczas liznąłem tylko atrakcji radomskich. Późniejsze krótkie postoje w czasie wypraw na południe Polski niewiele poszerzyły moją znajomość grodu nad Mleczną. Wiedziałem, oczywiście, że ulica Żeromskiego jest tutejszą Main street, a Stare Miasto nie leży tam, gdzie się przyjezdnym wydaje. Lepiej jednak znałem chyba topografię okolic ciągu tranzytowych ulic Czarnieckiego i Kieleckiej, ba, zaliczyłem tam nawet stłuczkę i wątpliwą przyjemność spisywania policyjnego protokołu z tego wydarzenia. Mimo wszystko przypuszczam, że moja znajomość Radomia jest większa, niż przeciętnego rodaka, który od czasu zbudowania ekspresowej obwodnicy miasta ma jeszcze mniej okazji, by do niego zajrzeć. Gdzie brakuje wiedzy, tam wchodzą stereotypy, dzięki którym miasto stało się ulubionym przedmiotem zainteresowania twórców prześmiewczych memów. Tymczasem, historia Radomia pod obecną nazwą sięga połowy XII wieku, a że miasto ominęły kataklizmy natury i zniszczenia wojenne, to zasłużyło na posiadanie w Wikipedii osobnego hasła Zabytki Radomia. Wiedząc, że Podziomka zainteresowała wzmianka o wystawie „Historie w torebkach zaklęte” zorganizowanej przez Muzeum im. Malczewskiego, zaproponowałem spędzenia dnia mojego patrona  – św. Krzysztofa – właśnie w Radomiu.

Obecnie tak nazwa jak i logo uczelni są już inne
W tym gmachu uczelni odbywał się kurs w 1999 roku

Muzeum zajmuje dawne kolegium pijarskie i jest jedną z dwóch najbardziej imponujących budowli przy radomskim rynku. Wybitny portyk wsparty na czterech pokaźnych kolumnach stanowi godną oprawę wejścia do tego przybytku kultury. Wystawy o torebkach, choć dla mnie bardzo ciekawej, nie mogę polecać, z prostego powodu, że obejrzeliśmy ją ostatniego dnia przed zamknięciem. Za to zbiór ponad 40 obrazów Jacka Malczewskiego jest na pewno godny zobaczenia. Wybitny przedstawiciel symbolizmu w sztuce malarskiej urodził się w Radomiu i gdy w 1925 roku świętował jubileusz 50-lecia twórczości, miasto za 3000 ówczesnych złotych nabyło od mistrza kilka malunków, które stworzyły zaczątek kolekcji. W czasie naszej wizyty w muzeum odbywał się koncert, co powodowało, że w niedzielne południe było to jedyne miejsce generujące jakikolwiek ruch ludzki na rynku.

Muzeum w gmachu popijarskim
Tablice z przykładami mody z początków XX wieku
Wyposażenie pani modnej
Malczewski często sam się portretował
Katalog wystawy
Torebki, torebeczki …
Tajemnicza pani przy zatrutej studni
Wizja Ezechiela

Rynek jest centralnym punktem Miasta Kazimierzowskiego (chyba łatwo zgadnąć, który król dokonał lokacji) i od połowy XIV do połowy XIX wieku stanowił rzeczywiste centrum miasta. Potem jednak centrum przeniosło się na wschód, w kierunku siedziby władz województwa, a później guberni radomskiej i dzielnica uległa pauperyzacji. Zagłada radomskich Żydów podczas II Wojny Światowej pozwoliła władzom PRL zasiedlić pozostałe domy ludźmi klasyfikowanymi jako „element aspołeczny”, a dla takich mieszkańców nie warto było inwestować. W rezultacie, jak stwierdził specjalista geografii ekonomicznej i społecznej miast prof. Grzegorz Węcławowicz, „w przestrzeni Radomia ukształtował się ogromny, zwarty przestrzennie obszar ubóstwa i szczególnego nasilenia zjawisk patologii społecznej. Teren ten obejmuje praktycznie całą centralną część miasta. Skala i nasilenie zjawisk negatywnych pozwala określić ten obszar jako slumsy”. Miasto od kilku lat usiłuje rewitalizować tę dzielnicę budując nowe i odnawiając stare domy, czego sztandarowym przykładem jest tzw. Pałac Deskurów, położny pomiędzy rynkiem, a kościołem św. Jana Chrzciciela, a przykładem bardziej przyziemnym, nowe nawierzchnie ulic i trotuarów. Okazuje się jednak, że łatki złej dzielnicy pozbyć się jest znacznie trudniej, niż załatać dziury w chodnikach.

Pomnik Czynu Legionowego na Rynku
Pałac Deskurów
Dawny ratusz
Tu zaczyna się Miasto Kazimierzowskie

Jeśli rynek nie jest centrum Radomia, to gdzie można je znaleźć? Odrzucę złośliwe komentarze, że w rozsianych po całym, rozległym obszarze miasta centrach handlowych. Moim zdaniem jest nim położony w środkowej części ulicy Żeromskiego Plac Konstytucji 3 Maja. W każdym razie jest to na pewno mekka miłośników spotkania przy filiżance espresso. Spośród kilku kawiarni my wybraliśmy, kierując się zachwytami w Internecie, Marcus Cafe. W środku utrzymana w stylistyce fin de siècle, serwuje dobrego smaku kawę i przyzwoity wybór słodyczy. Choć byliśmy tam bez naszego najwierniejszego przyjaciela, to doceniliśmy fakt, iż goście z psami dobrze czuli się w kawiarnianym ogródku. Południowa część placu zdominowana jest przez kopułę niegdysiejszej cerkwi, przebudowywanej w latach 20-tych XX w. na garnizonowy kościół św. Stanisława. Ciekawym akcentem jest też modernistyczny niebotyk, czyli 5 kondygnacyjny dom mieszkalny, najwyższy w przedwojennym mieście. Gdyby inwestorowi nie zabrakło kapitału, mógłby też być jedynym w mieście gmachem z zainstalowana windą pasażerską. Północną, mniejszą obszarowo, część placu zdominował pawilon z amfiteatralnym dachem, z którego można podziwiać zainstalowane u jego podnóża fontanny. Plac zamyka efektowny, 170-cio letni budynek Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, remontowany i uzupełniany o nowe skrzydła na potrzeby planowanego tu hotelu. Dysonansem w tym przyjemnym otoczeniu okazał się jednak lekko podpity obywatel agresywnie broniący prawa do uwiecznienia swego wizerunku. Gdyby tylko ktoś chciał go fotografować! W każdym razie nie byłem to ja.

Kościół św. Stanisława
Pomnik radomianina Leszka Kołakowskiego z kamienicą Staniszewskich w tle
Ściana szczytowa domu Podedworskich zdobiona jest fryzem i popiersiami starożytnych postaci
Czworonożny gość Marcus Cafe 1
Radomski niebotyk
Upamiętnienie obuwniczych tradycji miasta
Maszyny do szycia Łucznik też produkowano w Radomiu
Czworonożny gość Marcus Cafe 2

W XIX wieku działki budowlane w miastach zabudowywane były w ten sposób, że najpierw powstawał dom frontowy od ulicy. Z czasem sady i ogrody znajdujące się na jego zapleczu były obudowywane oficynami ciągnącymi się prostopadle do pierzei frontowej. Jeszcze później powstawały oficyny poprzeczne. Na wewnętrzne podwórka wjeżdżało się przez bramę w budynku frontowym. Przy maksymalnym zagęszczeniu zabudowy podwórko z adresem na jednej ulicy łączyło się poprzez budynek oficyny poprzecznej z podwórkiem na ulicy równoległej. W wielkich miastach takich, jak Warszawa, czy Łódź, oficyny osiągały wysokość kamienicy frontowej, tworząc podwórka studnie. W miastach mniejszych oficyny były zazwyczaj niższe, a czasem wręcz budowane z drewna. Podwórka studnie zostały utrwalone w literaturze, jako synonim substandardowych warunków  mieszkaniowych. Faktycznie, mieszkania były tam tańsze, niż od frontu, a do niżej położonych lokali rzadko docierały promienie słoneczne. Sporadycznie wspomina się, że oficyny stanowiły też siedzibę wszelkiego rodzaju działalności wytwórczej i usług. Mieściły się w nich czasami nawet dziesiątki małych firm. W Radomiu, na zapleczu kamienicy przy Lubelskiej 28 (dzisiaj Żeromskiego), od 1823 roku działała drukarnia, w latach późniejszych znana, jako Zakłady Drukarsko-Litograficzne „Jan Kanty Trzebiński”.  Tłoczono w nich „Dziennik Urzędowy Guberni Radomskiej”, ale także „Gazetę Radomską” oraz liczne publikacje książkowe. Za wysoką jakość produkcji drukarnię uhonorowano złotym medalem na Wystawie Rolno-Przemysłowej w Radomiu. Od 1918 roku na cele drukarni, w podwórku, postawiono malowniczy pawilon z czerwonej cegły z łamanych dachem i kamieniarką z beżowego piaskowca, według projektu Adolfa Szyszko-Bohusza, głównego konserwatora zamku  królewskiego na Wawelu. Na Żeromskiego 66 kryje się natomiast dowód, że w oficynach kwitło nie tylko życie gospodarcze, ale i religijne. Nad brama wjazdową od strony podwórka znajduje się tam drewniany wykusz, wsparty na metalowej kolumnie. Jest to pomieszczenie, w którym podczas święta Sukkot, przez okrągły tydzień, mieszkali i modlili się religijni Żydzi. Ponieważ w Polsce święto to zwano Kuczki, taka nazwa przyjęła się też dla miejskich konstrukcji symbolizujących szałasy postawione niegdyś na pustyni.

Budynek drukarni Trzebińskiego
Oficyny na jednym z podwórek
Kuczki na radomskim podwórku

Z licznych radomskich świątyń odwiedziliśmy trzy: parafialny  kościół Miasta Kazimierzowskiego pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, kościół bernardynów u początków ulicy Żeromskiego oraz katedrę Opieki Najświętszej Maryi Panny. Dwa pierwsze mają średniowieczne pochodzenie, a katedra zbudowana jest w stylu neogotyckim, na przełomie XIX i XX wieku. Kościół św. Jana Chrzciciela wyróżnia się tablicą upamiętniającą chrzest Jacka Malczewskiego, licznymi figuralnymi polichromiami z lat 60-tych XX w. oraz tym, że jego wieża domyka perspektywę ulicy Żeromskiego od strony zachodniej. Klasztor bernardynów ma malowniczy dziedziniec oraz urocze ogrody kwiatowe. Od strony ogrodu do klasztoru przylega też pochodzący z XV w. budynek gospodarczy, zwany piekarnikiem, z górującym nad nim masywnym kominem. Nazwa jest zwodnicza, podobno nie wypiekano w nim chleba, jeno warzono piwo. Jest to jedyny budynek o takim przeznaczeniu i wieku, zachowany w Polsce. Do stylu neogotyckiego przywykałem latami, traktując go jako podróbkę, czyli w gruncie rzeczy podrzędną imitację oryginalnego gotyku. Z wiekiem zacząłem jednak ten styl doceniać. Za rozmach, przemyślne łączenie nowoczesnych rozwiązań konstrukcyjnych z tradycyjną formą, a przypadku architektury sakralnej, także za urbanistyczne wpasowanie w istniejącą tkankę miasta. Taka jest właśnie radomska katedra. Wysokie na 72 m wieże przypominające krakowski Kościół Mariacki, górują nad parkiem Kościuszki oddzielającym katedrę od budynku gubernatorstwa, siedziby ówczesnych władz świeckich. Wnętrza są obszerne, ściany pokryte stiukami, światło do wnętrza sączy się przez okna, w których zainstalowano olbrzymie, impresjonistyczne witraże. W niedzielne, letnie popołudnie wnętrze emanowało spokojem i chłodem.

Kościół św. Jana Chrzciciela
Oraz malowidła na ścianach kościoła
Piekarnik na zapleczu klasztoru bernardynów
Grupa ukrzyżowania na ołtarzu kościoła bernardynów
Fronton katedry Opieki Najświętszej Maryi Panny
Polichromie na ścianach katedry
Polichromie na sklepieniu kościoła
Tablica Malczewskiego
Widok na klasztor i kościół bernardynów od strony ogrodu
Renesansowy nagrobek w prezbiterium kościoła
Nawa boczna katedry
Witraże w oknach katedry

Centrum Radomia przez stulecie wędrowało po rozległych przestrzeniach miasta. Zanim przemieściło się z Miasta Kazimierzowskiego na wschód, w X-XI wieku mieściło się na tzw. Piotrówce, na południowy-zachód od rynku. Nazwa pochodzi od wezwania najstarszego, nieistniejącego już kościoła radomskiego. W wieku XII centrum przemieściło się na północ, w okolice obecnej ulicy Stare Miasto i kościoła św. Wacława. Jest to najstarsza radomska świątynia, choć obecny wygląd zawdzięcza regotycyzacji przeprowadzonej w latach 80-tych XX w., po 200 latach użytkowania jako magazyn, więzienie, przytułek i szpital dla psychicznie chorych. Po doprowadzeniu do Radomia kolei żelaznej, w roku 1883, miasto zaczęło rozwijać się ku południowi, w kierunku dworca kolejowego. Proces ten wzmocniło powstanie w tych okolicach, w latach międzywojennych, Fabryki Broni oraz usytuowanych w pobliżu osiedli przeznaczonych dla jej pracowników. Ta część miasta do dzisiaj ma najbardziej wielkomiejski wygląd. Odkryciem naszej ostatniej wizyty była jednak ulica Piłsudskiego. Obudowana ściśle z obydwu stron rzędami eklektycznych, dobrze utrzymanych kamienic o pastelowej kolorystyce, z perspektywą zamkniętą kopułą garnizonowego kościoła św. Stanisława, ma ona iście petersburski klimat. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, że miasto rangi gubernialnej starało się czerpać wzorce ze stolicy imperium.

Ulica Piłsudskiego -widok jak z Petersburga
Ta kamienica wyróżnia się czerwoną cegłą
Imponująca fasada czeka na remont
Odnowiona kamienica zyskałą na elegancji
Gmach Sądu Okręgowego
Piękne żeliwne balkony

Hasło promocyjne Radomia brzmi „Siła w precyzji”. Kilka lat temu magistrat zlecił badania opinii publicznej, w których, miedzy innymi, pytano o odbiór tego hasła. Okazało się, że odpytywani, albo się z nim nie spotkali, albo go nie rozumieli, albo wręcz się z nim nie utożsamiali. Omawiając te wyniki, autorzy podkreślali konieczność zintensyfikowania komunikacji z mieszkańcami oraz szukania ich akceptacji dla proponowanych, a nie już wprowadzonych, rozwiązań. Podczas wizyty w Radomiu zetknęliśmy się z dwoma sytuacjami potwierdzającymi, że komunikacja międzyludzka nie stoi tu na najwyższym poziomie. Przed przyjazdem zastanawiałem się, czy wspomniana już Marcus Cafe otworzyła się po okresie lockdownu zwłaszcza, że ostatni wpis na jej Facebooku datowany był na 20 września 2020 roku. Dwa dni przed wyjazdem wysłałem więc zapytanie, używając facebookowego Messengera. Nie doczekawszy odpowiedzi, zadzwoniłem pod wskazany numer, ale wysłuchałem tylko nagrania, że abonent jest nieosiągalny. Liczyłem się więc z koniecznością szukania innego miejsca, ale kawiarnia była jak najbardziej czynna, tyle że jej kierownictwo zdaje się nie przykładać wagi do korzystania z podstawowych obecnie kanałów kontaktu z klientami. Na ulicy Traugutta budynek starej, 120 letniej elektrowni, po bardzo udanej rekonstrukcji i rozbudowie, przeznaczono na siedzibę Centrum Sztuki Współczesnej. Radom ma bowiem znaczącą kolekcję dzieł współczesnych artystów, której zbieranie rozpoczęto jeszcze za PRL-u. Ze względu na industrialną historię, budynek ten nie stoi frontem do ulicy, a wejście do niego jest dla przechodnia niewidoczne. Za to w oczy rzuca się sporych rozmiarów parking, chroniony automatycznym szlabanem. Brakuje jakiegokolwiek wskazówki jak dotrzeć do wejścia do budynku Centrum. Tylko stali bywalcy oraz wysoce zdeterminowani goście znajdą wejście za parkingiem, ale kierownictwo obiektu w żaden sposób im tego nie ułatwia.

Stara elektrownia zaminiona na Centrum Sztuki Współczesnej
Nowe skrzydło centrum
Aby wejść do środka trzeba pokonać parking
Wspomnienie industrialnej przeszłości budynku
Murale na dziedzińcu centrum

Radom nie jest miastem jednoznacznym. Długa i bogata historia, mnogość historycznych postaci, które przewinęły się przez miasto, zabytki i ciekawa architektura z jednej strony, a recesja, deindustrializacja, bezrobocie i błędy w zarządzaniu, z drugiej. Dlatego trzeba wobec niego wykazać wiele cierpliwości i zrozumienia. Trzeba też wielu wizyt, by zdobyć się na refleksję Marii Dąbrowskiej, ujętą w jej Dziennikach: „Cały czas uderza mnie za poprzedniej bytności niezauważana piękność Radomia. Przestronne ulice, stare, piękne, rozłożyste kamienice, stare zaułki, stylowe kościoły, dużo drzew, koloryt murów żółty, ciepły”. Wszystkim, którzy nie doceniają Radomia, czy uważają go za miejsce pokrzywdzone przez los i rządzących zwracam uwagę, że ta sama Maria Dąbrowska tekstowi o moim rodzinnym Białymstoku z lat 20-tych XX w. nadała znamienny tytuł: „Brzydkie miasto”.