Kategorie
Polska

Wędrujące zabytki

Figurę siedzącej kobiety odzianej w złote szaty spływające w licznych fałdach na jej kolana i stopy umieszczono w złotym barokowym obramowaniu. Spod błyszczącej korony na przykryte króciutką pelerynką ramiona opadały niezliczonymi lokami kasztanowe włosy. Pucołowata twarzyczka z prostym noskiem i ledwo zarysowana kreską ust emanowała spokojem. Po  obu stronach koronowanej głowy unosiły się dwa bezskrzydłe aniołki okrywające plecy świętej osoby podbitą niebieskim materiałem opończą. Ułożenie rąk i dłoni figury sugerowało, że pierwotnie musiała trzymać w nich jakiś atrybut swojej pozycji. Czerwony bucik wysuwający się spod fałdów sukni spoczywał na pysku przyklękłego przed nią czarnego stwora o wyglądzie mastifa. Na jego widok cała nasza, psiolubna grupa zakrzyknęła „O, Mimsio!” (taki przydomek nosi Vinyl – czarnofutry podopieczny mojej córki i zięcia, o  którym więcej można przeczytać we wcześniejszym wpisie „O urokach podróżowania z psem”).

Św. Małgorzata z cegłowskiego kościoła

W ten sposób świętą Małgorzatę z Antiochi oddał uczeń Wita Stwosza – mistrz Lazarus Gertner z Ulm, który na zamówienie kapituły warszawskiej wykonał w roku 1510 ołtarz do kościoła św. Jana w Warszawie – obecnej katedry warszawskiej. Wraz trzema innymi, bardzo popularnymi w średniowieczu, świętymi niewiastami: Katarzyną Aleksandryjską, Dorotą z Cezarei i Barbarą z Nikomedii, asystuje centralnej scenie pogawędki świętych (Santa Converatione) prowadzonej między Matką Boską, a świętym Janem Chrzcicielem i biskupem Stanisławem ze Szczepanowa. Ciekawy jest już wybór całkowicie żeńskiej asysty umieszczonej na skrzydłach tryptyku, ale na tym nie koniec niespodzianek. Opisana wyżej święta Małgorzata powinna mieć za atrybuty krzyż, liść palmy i smoka. Ten ostatni symbolizuje szatana, który starał się, bezskutecznie, odwieść ją od wiary chrześcijańskiej. Lazarus za symbol poskromionego zła przewrotnie wybrał czarnego psa, który w symbolice średniowiecznej miał jednoznacznie pozytywną konotację z wiernością i służbą.

Odwiedzając katedrę na warszawskim Starym Mieście na próżno będziemy jednak rozglądać się za tym arcydziełem późnogotyckiej snycerki. Już w nieco ponad sto lat po jego wykonaniu uznano, że w podniesionym do rangi stołecznej mieście, główna świątynia zasługuje na bardziej reprezentacyjny ołtarz. Większy i co ważniejsze, wykonany we wchodzącym w modę stylu barokowym. Podjęto wówczas decyzję o przeniesieniu starego ołtarza do kościoła w stanowiącej uposażenie kapituły kolegiackiej św. Jana Chrzciciela, wsi Cegłów, położonej 55 km na wschód od Warszawy.

Cegłowski kościół
Ołtarz mistrza Lazarusa

Kanonicy kapitulni  sprzed 400 lat wykazali się świadomością wartości artystycznej dzieła mistrza Lazarusa lub, po prostu, byli ludźmi praktycznymi, rozumiejącymi, że ciąży na nich obowiązek wyposażenia cegłowskiej świątyni. A po co wydawać środki na sfinansowanie nowych zamówień, skoro w zasobach ma się już gotowy ołtarz. Z grubsza rzecz biorąc takimi motywami, aż po dzień dzisiejszy, kierują się osoby podejmujące decyzje skutkujące migracjami obiektów zabytkowych do nowych lokalizacji.

Stojąc przed cegłowskim ołtarzem starałem się przypomnieć sobie przykłady innych, z założenia nieruchomych obiektów, które jednak przenosiły się, często po kilkakroć, w nowe miejsca. Zdarzało mi się wspominać na łamach „Za widnokręgiem” o przenoszeniu zabytkowych elementów kamieniarki we Wrocławiu, czy w Brukseli, ale zapewne najczęściej przenoszonymi były budowle drewniane. Decydowała o tym prostota, zarówno konstrukcji, jak i demontażu. Powszechność drewnianego budownictwa mieszkaniowego w przedwojennym Białymstoku była tłumaczona tym, że w okresie raptownej industrializacji miasta po Powstaniu Styczniowym ludność okolicznych wsi przenosiła się do pracy w mieście, nie tylko z dobytkiem ruchomym, ale też z dotychczasowym, rozłożonym na pojedyncze belki domem, który następnie starannie odtwarzała na przydzielonym spłachetku miejskiego gruntu. Proces taki musiał być żywiołowy i pozostaje słabo udokumentowany. Z czasem domy takie starzały się, a warunki życia, które zapewniały, coraz dalej odbiegały od oczekiwań kolejnych pokoleń już „miastowych” mieszkańców. Ani mieszkańcy, ani władze, nie widziały w ich historii niczego cennego, więc cały proceder nie został oceniony, ani ilościowo, ani jakościowo, a jego skali możemy się tylko domyślać.

Inaczej rzecz ma się z drewnianymi obiektami sakralnymi, których peregrynacje zostały opisane zarówno w kronikach parafialnych, jak i dokumentacji konserwatorskiej. Podróżując ostatnio przez północno-wschodnie Mazowsze przejeżdżałem przez Krasnosielc. Wznosi się tam skromny, acz harmonijnej architektury kościółek klasycystyczny, zbudowany w końcu XVIII wieku z fundacji Krasińskich. Musiał mu ustąpić miejsca ledwo 50 letni wówczas obiekt drewniany, który zdecydowano się przenieść do pobliskiego Drążdżewa. Tam spędził następnych 200 lat, by po zbudowaniu nowej, murowanej świątyni pójść na dziesięcioletnie „bezrobocie”, by od 2007 roku, po odbyciu 120 kilometrowej podróży, osiąść szczęśliwie w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.

Skanseny wydają się naturalnym miejscem ulokowania zabytkowych obiektów drewnianych, których właściciel nie chce lub nie może utrzymywać w dotychczasowej roli. W ten sposób do Nowego Sącza trafiła cerkiew z Czarnego w Beskidzie Niskim, a do Sanoka, ta z bieszczadzkiego Rosolina. W obydwu przypadkach wspólnoty religijne korzystające z tych świątyń przestały istnieć w wyniku powojennych przymusowych wysiedleń ludności łemkowskiej i bojkowskiej z ich ojcowizny. Skansen to lokalizacja bezpieczna, ale nieco sztuczna, jako że związana ze zmiana funkcji z liturgicznej na wystawową. Dlatego może lepiej, że Górnośląski Park Etnograficzny powstał ostatecznie w Chorzowie, a nie, jak  planowano przed II Wojną Światową, w Parku Kościuszki w Katowicach. Dzięki sprowadzonemu w 1938 roku z Syryni nad Odrą ponad 400 letniemu kościółkowi św. Michała Archanioła Katowice chlubią się posiadaniem zabytku z XVI wieku, a młode pary zyskały malownicze miejsce ceremonii ślubnych, jak też towarzyszących im sesji fotograficznych.

Kościół w Drążdżewie, fot. D. Krzesniak
Cerkiew z Czarnego w Sądeckim Parku Etnograficznym, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze cerkwi z Czarnego, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0

Cerkiew z Rosolina w MBL w Sanoku, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Kościół św. Michała Archanioła w Katowicach
Wnętrze najstarszego zabytku miasta, fot. Paweł Grzywocz, lic. CC-BY SA 2.5 

Pod względem pokonanej odległości żaden z przeniesionych kościółków nie może się równać z kościółkiem Wang. Przebył on trasę z środkowej Norwegii, przez Szczecin i Berlin, do Karpacza, bagatela – ponad półtora tysiąca kilometrów. Jest to też obiekt z najdłuższą historią. W chwili nabycia przez króla Prus Fryderyka Wilhelma IV liczył już sobie ponad 700 lat. Wprawdzie osoba prowadząca prace budowlane w Karpaczu narzekała, że ledwo 15% sprowadzonych z Norwegii części nadawało się do użycia, jednak obowiązująca wówczas praktyka konserwatorska dopuszczała dosyć dowolne uzupełnianie zabytkowego oryginału. W rezultacie światynia w dzisiejszej formie jest, podobnie jak neogotyckie zamki, bardziej staronorweska w wyglądzie, niż jakakolwiek z tych, które pozostały w Norwegii.

Kościółek Wang po przeniesienu do Karpacza, domena publiczna

Kościółek Wang zanim trafił do Karpacza był przeznaczony do muzeum berlińskiego. Król zmienił zdanie w tej kwestii pod wpływem sugestii hrabiny von Reden z Bukowca, posiadaczki posiadłości sąsiadującej z królewskimi Mysłakowicami. Czyli Karpacz był nieplanowaną lokalizacją. Natomiast Kunčice pod Ondřejníkem, położone w Beskidzie Śląsko-Morawskim, gdzie znajduje się kościółek św. Prokopa i Barbary, były lokalizacją przemyślaną. Tam mianowicie miał swój letni dom dyrektor Przedsiębiorstwa Górniczo-Hutniczego w Ostrawie, inż. Śebely. Był on człowiekiem majętnym, a córkę miał wydać za hrabiego Larisch-Monnicha. Jako kochający ojciec chciał, aby uroczystość ślubna miała jak najwspanialszą oprawę. Dlatego, w 1928 roku zakupił na należącym wówczas do Czechosłowacji Zakarpaciu cerkiewkę, którą zlecił zdemontować, przewieźć do Kunčic i ustawić ponownie naprzeciwko swojego domu. Pierwszą uroczystością odbywającą się w tej świątyni był ślub córki inżyniera. Kto jeszcze uważa, że Czechom brakuje fantazji?

Kościół św. Prokopa i Barbary w Kunčicach, fot. Daniel Baránek, lic. CC-BY SA 3.0

Nadnarwiański Tykocin zwany jest barokową perłą Podlasia. Wjeżdżając do miasteczka od północy mija się całkiem udaną rekonstrukcję zamku królewskiego i wkrótce już można zobaczyć górujące nad niską zabudową barokowe szczyty wież kościoła parafialnego oraz stromy dach synagogi. Jak twierdzą najstarsi mieszkańcy, niegdyś aby dotrzeć do miasta, trzeba było pokonać siedem drewnianych mostów, gdyż tyloma ramionami toczyła swe wody Narew. Obecnie, po regulacji biegu rzeki, most jest tylko jeden (nie licząc pomniejszych przepustów), ale za to jaki! Zwieńczony czterema łukami metalowych kratownic, tylko w jednej trzeciej długości biegnie ponad rzeką, a w pozostałej części nad zalewowymi łąkami. W sezonie zawsze można na nim spotkać turystów starających się z tej perspektywy uchwycić najbardziej malownicze ujęcie w obiektywie swoich aparatów fotograficznych. Przyglądając się uważnie elementom metalowej konstrukcji w części północnej mostu, znajdziemy niewielką tabliczkę informującą, że obiekt zbudowała (w oryginale wzmocniła – verstärkt) w roku 1910 firma Beuchelt & Co. z Grünberg, Schl. Ta zielonogórska firma wyprodukowała wprawdzie blisko 500 mostów stalowych, ale znakomita większość z nich stanęła w granicach wilhelmińskiej Rzeszy Niemieckiej (na Śląsku firma miała bez mała monopolistyczną pozycję). Nieliczne mosty jej produkcji poza Niemcami stawiane były w koloniach lub np. na trasie strategicznej dla kajzera inwestycji, jaką była linia kolejowa Berlin – Bagdad. Most w Tykocinie, służący przed I Wojną Światową głównie jako ułatwienie dojazdu ludności wiejskiej na targ w miasteczku, na pewno nie miał takiej rangi. Zresztą nawet w Polsce międzywojennej mosty o trwałej (metalowej, czy żelbetowej) konstrukcji stawiano głównie na liniach kolejowych. Natomiast mosty drogowe, poza dużymi miastami i najważniejszymi szlakami komunikacyjnymi, budowano z drewna. Wziąwszy pod uwagę natężenie ruchu oraz niską średnią masę ówczesnych  pojazdów, było to rozwiązanie zupełnie wystarczające. Jak więc ciekawy przykład architektury mostowej epoki wilhelmińskiej zawitał na podlaską prowincję? Otóż jest to zdobycz wojenna z czasów II Wojny Światowej. Wycofujący się Wehrmacht wysadzał przeprawy mostowe, ale dla utrudnienia ruchu wojsk przeciwnika wystarczało zniszczyć jedno, czy dwa przęsła. Zdobywcom, zwłaszcza na szerszych rzekach, pozostawały jeszcze spore odcinki mostów do wykorzystania. Armia Czerwona demontowała je i wywoziła na wschód, ale zagęszczenie infrastruktury na ziemiach przyłączonych do Polski było tak duże, że wystarczyło i dla nas. W latach 50-tych XX wieku most trafił do Tykocina, niestety bez informacji o pierwotnej lokalizacji. W ostatnich latach w Zielonej Górze i Wrocławiu wyrażano pewne zainteresowanie pochodzeniem mostu tykocińskiego, ale w przeciwieństwie do przewiezionych po wojnie pomników i pomniejszych dzieł sztuki nie zażądano jego rewindykacji.

Most w Tykocinie, po lewej stronie w tle widoczny zamek

W tym samym czasie, choć w mniej dramatycznych okolicznościach, zdecydowano o losach zdemontowanego kilka lat wcześniej mostu w Fordonie koło Bydgoszczy. Ta otwarta w 1893 roku przez cesarza Wilhelma II przeprawa liczyła sobie 1325 m długości (dokładnie tyle, co aleja Unter den Linden w Berlinie) i była najdłuższą w ówczesnych Niemczech. Most składał się z dwóch części: biegnącej nad rzeką oraz nad terenami zalewowymi doliny Wisły. Część nadrzeczna podczas II Wojny Światowej była niszczona przez saperów, już to polskich w 1939 roku, już to niemieckich w 1945 roku. Część lądowa mostu natomiast przetrwała nienaruszona do powojennej odbudowy, kiedy to, ze względów oszczędnościowych, postanowiono most skrócić o 310 metrów. Część trasy poprowadzono po nasypie, a nowy most uzyskał szersze jezdnie. Zdemontowane stare przęsła, po konserwacji, rozdysponowano w następujący sposób: do Brzegu nad Odrą, do Plosek nad Narwią, do Dorohuska i Zosina nad Bugiem, do Jarosławia nad Sanem i wreszcie jedno przęsło otrzymał Czarnków nad Notecią. Byłoby prawdziwym chichotem historii, gdyby most w Tykocinie pierwotnie łączył brzegi Odry w Brzegu (a firma Beuchelt & Co. postawiła nad Odrą aż 42 przeprawy), a następnie powędrował na wschód, zaś na jego miejsce sprowadzono elementy mostu z Fordonu.

Most w Fordonie, przęsłą części nadrzecznej byly łukowato zamknięte
Dwa przęsła części nadzalewowej fordońskiego mostu przeniesiono do Plosek nad Narwią

Mosty przenoszono także w międzywojniu, czego najlepszym przykładem jest ten z Opalenia na Wiśle, kilka kilometrów na południe od Kwidzyna. Zbudowano go w 1909 roku, a swoją przydatność wykazał w pierwszych tygodniach I Wojny Światowej służąc szybkiemu przerzuceniu oddziałów niemieckich do zagrożonych rosyjską ofensywą Prus Wschodnich. W rezultacie Rosjanie zostali pokonani w bitwie pod Tannenbergiem. Jednak Niemcy przegrali całą wojnę i zgodnie z warunkami traktatu wersalskiego musieli oddać Polsce korytarz pomorski, a także dolinę Wisły na wschód od rzeki, aż do wałów przeciwpowodziowych. Ponad kilometrowej długości most znalazł się w całości na terenie Polski, gdzie okazał się niepotrzebny, bo można nim było dojechać co najwyżej do nadrzecznych łąk. W tej sytuacji podjęto decyzje o rozbiórce, przeprowadzonej w latach 1928-29. Z większości pozyskanych przęseł zbudowano most drogowy w Toruniu, a z części także most nad ramieniem Warty w Koninie. W korycie Wisły pozostały, do dzisiaj widoczne, potężne filary, na których wspierała się oryginalna konstrukcja.

Most w Opaleniu przed I Wojną Światową
Most w Toruniu zbudowany z przęseł mostu opaleńskiego, fot. Jacek 767, lic. CC-BY SA 3.0
Filary mostu w Opaleniu

Już w XXI wieku w Poznaniu przeprowadzono spektakularną operację przeniesienia na odległości około jednego kilometra w dół rzeki przęsła nadrzecznego mostu Św. Rocha i osadzenia go, jako kładki pieszo-rowerowej łączącej Ostrów Tumski i Śródkę, w miejscu, gdzie od X wieku, aż do roku 1970, już istniała przeprawa mostowa. Przęsło starego mostu, zbudowanego w roku 1949, trzeba było przewieźć po specjalnie zbudowanych z obu stron rzeki torach oraz przemieścić nad znajdującym się po drodze mostem Mieszka I. Ważące 450 ton przęsło podniesiono w tym celu na wysokość 9 m, przetoczono nad mostem Mieszka I, aby je znowu opuścić na poziom gruntu. W dniu 29 września 2007 roku setki poznaniaków oglądały kulminacyjny moment przetaczania stalowego przęsła po moście. Wprawdzie po przeniesieniu zmienił on nazwę na Most Cybiński, ale nie zmieniły się ryzykowne zwyczaje młodych mieszkańców miasta, którzy spacerują, a nawet próbują przejazdu rowerem po łukach stalowej konstrukcji.

Most Cybiński w Poznaniu z katedrą w tle
Zdemontowane przęsło mostu św. Rocha czeka na przeniesienie w nowe miejsce, fot. Krzysztof Piechota, lic. CC_BY SA 4.0

W latach 60-tych XX wieku większość historycznych budowli Warszawy została już odbudowana. Minął też okres bezmyślnego wyburzania obiektów, które przetrwały hekatombę bombardowań i podpalania, ale stały na przeszkodzie wizji tworzenia nowoczesnego urbanistycznie miasta. Władze chlubiły się przychylnym stosunkiem do zabytków przeszłości oraz wiedzą i umiejętnościami polskich konserwatorów. Gdy więc dochodziło do kolizji planów dalszego rozwoju z szacunkiem do zabytkowej materii miasta kilkakrotnie zdecydowano się na spektakularne przemieszczenie całych wielkogabarytowych obiektów murowanych. Zaczęto w 1961 roku od północnego budynku rogatek grochowskich, co umożliwiło poszerzenie ulicy biegnącej między nimi. Niespełna rok później, o 21 metrów na północ przesunięto cały, ważący 6,8 tysięcy ton, kościół Najświętszej Marii Panny przy warszawskim Lesznie (wówczas al. Świerczewskiego). W końcu, w 1970 roku przeprowadzono najbardziej skomplikowaną, wielotygodniową operację przekręcenia o 74⁰ Pałacu Lubomirskich. Tu przyczyną była chęć wizualnego zamknięcia osi saskiej, pozbawionej na swoim wschodnim końcu nieodbudowanego Pałacu Saskiego. Przy okazji przesunięty obiekt zasłonił wschodni budynek Hal Mirowskich, którego neogotycka architektura nie cieszyła się naówczas uznaniem władz. W tej samej dekadzie przesunięto jeszcze, choć bez zbytniego rozgłosu, wartownię numer 1 na Westerplatte w Gdańsku. Obiekt, kluczowy punkt oporu polskiego w pierwszych dniach września 1939 roku, musiał ustąpić miejsca poszerzonemu kanałowi portowemu. Po 30 letniej przerwie moda na przemieszczanie zabytków powróciła. W zmienionych warunkach ustrojowych nie decydowali już o tym politycy, ale konserwatorzy zabytków. W 2001 roku los północnej sąsiadki podzieliła południowa rogatka grochowska. Ponieważ z biegiem lat coraz młodsze obiekty zyskiwały status zabytków, wśród tych przeniesionych znalazły się również niemieckie bunkry z okresu II Wojny Światowej. Czasem też o przeniesieniu zabytku decydowano wbrew woli właścicieli. Tak było podczas budowy linii szybkiego tramwaju w Szczecinie Zdrojach. Premodernistyczną willę Grüneberga przesunięto w 2014 roku o 45 metrów, eksmitując z niej właścicieli. Otaczający ją ogród nie został jednak odtworzony, a sam budynek do dzisiaj pozostaje niezagospodarowany.

Przygotowania do przesunięcia kościoła NMP w Warszawie
Cztery fazy przesunięcia kościoła NMP w Warszawie, dom. publ.
Pałac Lubomirskich, sierpień 1970. Na zdjęciu widać odciete i rozebrane oficyny tylne pałacu. PAP/CAF/Adam Urbanek
Westerplatte – wartownia nr 1, fot. Jan Jerszyński, lic. CC-BY SA 2.5

Przesunięcia obiektów historycznych utrwaliło w naszej powszechnej opinii przekonanie o Polsce, jako kraju, który wyjątkowo troszczy się o los zabytków. Prezentowane bywa nawet stanowisko, że jako jedyny kraj posiadamy umiejętności i odpowiednie kadry dla przeprowadzania takich operacji. Tymczasem, już w 1930 roku w Indianapolis przesunięto ośmiopiętrowy budynek poczty o wadze 11000t. U naszych wschodnich sąsiadów przesunięto w 1939 roku o 80 metrów kompleks budynków Sawińskie Podworie w Moskwie, o wadze 23000 ton. Łącznie  w latach 1936-1941 w Moskwie przesunięto 22 budynki o całkowitej kubaturze 300 tys. m3. Specyfiką rosyjską było przesuwanie budynków wraz z ich mieszkańcami/użytkownikami, którzy obowiązkowo powinni byli się uśmiechać i wyrażać dumę z osiągnięć radzieckiego inżyniera i robotnika. Dla Rosjan dodatkowym bodźcem do tych działań była chęć pobicia parametrów przesuniętego budynku z Indianapolis. Jak by to obecnie źle nie brzmiało, przykład takich operacji przyszedł więc do nas ze wschodu, a ich rozmachem nigdy nie prześcignęliśmy pierwowzoru.

Willa Grunebergów – widoczna po lewej stronie – należała do rodziny producentów organów
Willa Grunebergów po przesunięciu, fot. Hoa binh, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze willi Grunebergów, fot. Kapitel CC-BY SA 4.0

Decyzje o przeniesieniu zabytku umieszczone są zawsze w kontekście szeroko rozumianych trendów modernizacyjnych oraz w taktyce godzenia i priorytetyzacji wartości. Przenoszone obiekty przestawały wystarczać potrzebom estetycznym, czy użytkowym, w dotychczasowym miejscu lokalizacji, ale spełniały je w nowym miejscu, wśród nowych użytkowników. Chyba tylko Pałac Lubomirskich przeniesiony został z motywów wyłącznie estetycznych. Czego nie mogli przewidzieć mocodawcy przeniesień to faktu, że nowa, mniej prestiżowa, lokalizacja mogła się też okazać bezpieczniejszą. Ołtarz zesłany do Cegłowa, zastąpiony został w latach 1611-18 z fundacji króla Zygmunta III Wazy przez wczesnobarokowy, z obrazem weneckiego malarza Jacopo Palmy Młodszego, który zdobił kolegiatę, a później katedrę warszawską przez ponad 300 lat. Według niektórych źródeł został on uznany za tak cenny, że po 1806 roku przeniesiono go do Muzeum Napoleona w paryskim Luwrze. Tym samym byłby jedynym, obok gdańskiego Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga, dziełem sztuki z Polski wartym takiej podróży. Na szczęście Kongres Wiedeński decydował nie tylko o restytucji rodów królewskich, ale i o przynależności dóbr kultury. Dlatego ołtarz mógł udać się w drogę powrotną z Paryża do Warszawy. Biorąc pod uwagę przebytą odległość, zostawił za sobą nawet epicką podróż kościółka Wang. Niestety, nie był ognioodporny i nie przetrwał zniszczenia katedry przez Niemców w 1944 roku. Znamy go więc  tylko z opisów i starych fotografii. Tymczasem św. Małgorzata ze swymi gotyckimi towarzyszkami przetrwała bezpiecznie do naszych czasów w Cegłowie, stając się dumą miasteczka i magnesem ściągającym doń coraz liczniejszych turystów.

Zniszczony barokowy ołtarz główny w Katedrze św. Jana Chrzciela w Warszawie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *