Kategorie
Wielka Brytania

O wiernym Bobbym, przedkolumbiańskiej kukurydzy i wyższości kolei nad autobusami, czyli za krótka wizyta w Edynburgu

Bezlik wyrzeźbionych postaci świętych, królów, zbrojnych ludzi, zwierząt, bestii, aniołów grających na instrumentach muzycznych, czy też przedstawienia scen biblijnych lub zobrazowanie cnót i przywar. Część z nich do dzisiaj nie została powiązana z religijnym kontekstem miejsca, jak np. 213 kasetonów na sklepieniu i ścianach, zawierających zestaw niezrozumiałych wzorów oraz 110 przedstawień Zielonego Człowieka (Green Man) – oplecionej listowiem ludzkiej głowy. Czternaście filarów wspierających ściany nawy głównej, z których trzy, szczególnie bogate w ornamentalne zdobienia, mają swoje własne nazwy. Zamurowana krypta, do której wejście przez długi czas nie mogło zostać odnalezione. Cóż z tego, że to jeno zakrystia projektowanej na planie łacińskiego krzyża bazyliki. Wraz ze śmiercią fundatora – Williama Sinclair w 1480 roku prace spowolniły i ograniczyły się do dalszego upiększania wnętrz. Opisując dekoracyjność kaplicy, nadużywa się przymiotników z przedrostkiem naj-, ale faktem jest, że elementami wystroju rzeźbiarskiego tej małej świątyni można by obdzielić pewnie z tuzin większych i znaczniejszych kościołów w Szkocji.

Niezrozumienie przekazu ikonograficznego ornamentyki wnętrz kaplicy w podedynburskim Rosslyn, prowadziło do tworzenia legend. Jeszcze w XVIII w. najzdobniejszy z filarów mianowano filarem czeladnika (apprentice) i dorobiono legendę o utalentowanym młodzieńcu, któremu majster zlecił przygotowanie założeń do projektu filara. Zdolny czeladnik poszedł dalej i wykonał cały bogato zdobiony filar, który przyćmił wszelkie dokonania mistrza. Ten zaś w ataku zazdrości twórczej roztrzaskał głowę nieszczęśnika przy pomocy młotka. W połowie XIX w. architekt David Bryce otrzymał zlecenie dogłębnej restauracji świątyni. Jako przekonany wolnomularz, wprowadził do jej wystroju elementy symboliki tego ruchu, co doprowadziło do dzikich spekulacji na temat średniowiecznych korzeni wolnomularstwa na Wyspach Brytyjskich. W końcu, kaplica w Rosslyn zainspirowała Dana Browna i od czasu jego “Kodu Leonarda da Vinci”, do palety fantastycznych konotacji dołączono templariuszy i Świętego Graala. Mnie najbardziej podoba się spekulacja wiążąca (błędne) rozpoznanie jednego z ornamentów roślinnych, jako wizerunku kukurydzy. Poszła za tym teoria, że fundator będący z ramienia króla norweskiego ostatnim Earlem Orkadów musiał, jak na Wikinga przystało, udawać się na morskie wyprawy, podczas których dotarł do Ameryki – ma się rozumieć, że przed Kolumbem. A tam najciekawszym, co zobaczył, była kukurydza – tylko nudni Hiszpanie byli zafiksowani na szukaniu złota – i podzielił się szczegółami tej obserwacji z rzeźbiarzem mozolącym się nad wykonaniem wnętrz świątyni. Ten zaś, a jakże!, włączył kukurydzę do zestawu wykonywanych ornamentów.

Na zwiedzenia miejsca z taką historią i o takim znaczeniu kulturowym musiało nam wystarczyć 10 minut! Personel fundacji organizującej zwiedzanie jest w Rosslyn bezwzględny: Po upływie tego czasu grzecznie, acz stanowczo, przypomniano nam o konieczności opuszczenia obiektu. Dobrze, że chociaż z toalety pozwolili skorzystać po godzinach! Jak do tego doszło? Mieliśmy, zrobioną przezornie, rezerwację obejmująca 90 minutowe okno czasowe. Nasz plan posypał się jednak już poprzedniego dnia, gdy wysiadłszy z samolotu na lotnisku w Glasgow, otrzymaliśmy informację, że z powodu awarii hydraulicznej zarezerwowany apartament pod Edynburgiem jest niedostępny. W trybie awaryjnym znaleźliśmy nocleg w Clydebank w pobliżu lotniska. W Rosslyn mieliśmy być o 15:30 następnego dnia, więc nie było paniki. Nazajutrz dotarliśmy do dworca autobusowego, z którego odprawiano pojazdy do Edynburgu. Podjechał autobus, wpuszczono podróżnych z biletami kupionymi on-line, a potem kolejka się zatrzymała. Kierowca i pracownicy dworca dyskutowali nerwowo, wskazując na kasę fiskalną. Okazało się, że jest ona uszkodzona. Zamieszanie trwało około 30 minut i w końcu kierownictwo firmy podjęło decyzję o zabraniu wszystkich oczekujących, bez biletów. Dotarliśmy więc do miejsca zakwaterowania w Queensferry z odpowiednim wyprzedzeniem, ale czekało nas jeszcze największe wyzwanie. Przejazd z Queensferry do Rosslyn z przesiadką w Edynburgu. Okazało się, że w godzinach szczytu w tym mieście rozkład jazdy i punktualność, to pojęcie względne. W rezultacie, zamiast 100 jechaliśmy 165 minut. Od tego momentu zdecydowaliśmy się unikać usług firmy Lothian Buses na rzecz pociągów ScotRail. Rozbudowany system zniżek powoduje, że bilety są tu w akceptowalnej cenie, a punktualność i czas przejazdu – nie do pobicia.

Stacja kolejowa znajdowała się jednak w znaczniejszej odległości od miejsca naszego zakwaterowania, niż przystanek autobusowy. Wędrując do niej dostaliśmy szansę lepszego poznania Queensferry. Nazwa miasta zdradza jego dawną rolę. Stąd ruszał ufundowany w XI w. przez królową Małgorzatę prom – przez estuarium Firth of Forth do opactwa Dumferline. Królowa podobno pokrywała też koszty przeprawy pielgrzymów, co w połączeniu z innymi pobożnymi uczynkami, zapewniło jej dopuszczenie do grona świętych Kościoła Rzymskokatolickiego. Współcześnie przejazd na północny brzeg zatoki zapewniają trzy mosty: kolejowy otwarty w 1890 roku przez prawie 30 lat dzierżył miano najdłuższego na świecie, a w 2016, po wpisaniu na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, uznany za najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji; drogowy z 1964 i autostradowy z 2017 roku. Jako, że ich wieżyce wznoszą się na wysokość od 110 do 207 metrów nad poziom wody, widać je z daleka, nawet ze wzgórz Edynburga. Jednak najbardziej imponujący widok na mosty mieliśmy spomiędzy domów nadbrzeżnej High Street oraz specjalnego, usytuowanego nad samą wodą punktu widokowego. Wybierając lokal na uroczysty obiad z okazji Dnia Dziecka (była z nami córka ze swoim partnerem, a wiadomo, że wszystkie dzieci, bez względu na wiek, są nasze) postarałem się, by widzieć most kolejowy, gdy tylko podnosiliśmy wzrok znad talerzy.

Most kolejowy – najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji

Jak na 110 tysięcy mieszkańców, kolonia lęgowa głuptaków (Morus bassanus) na Bass Rock w pobliżu North Berwick, jest nadzwyczaj cicha. Bez porównania z rejwachem, który czynią gniazdujące pingwiny, czy np. nasze rybitwy. Do dzisiaj pamiętam pierwsze spotkanie z przedstawicielem tego gatunku w 1981 roku. Przechodząc Tamizę przez któryś z londyńskich mostów, zadarłem głowę do góry i nagle ujrzałem majestatyczne, wąskoskrzydłe ptaszysko z wielgachnym dziobem, tnące przestrzeń w drodze do celu gdzieś w górze rzeki. Teraz zaś miałem przed sobą ich setki, unoszące się nad naszą łodzią spacerową i dodatkowe tysiące okupujące każdy skrawek gruntu i półki skalne na wyspie. Jako, że podpłynęliśmy na jakieś 5 metrów od pionowej skały, widać je było, jak na dłoni. Rzeczywiście zachowywały stoicki spokój, zarówno wobec ludzkich intruzów, jak i najbliższych pierzastych sąsiadów. Opiekę nad kolonią na tej i sąsiednich wyspach, sprawuje Scottish Seabird Centre w North Berwick. Wstęp do kolonii mają tylko osoby prowadzące badania przyrodnicze. Podobno w początkach lat 80-tych XX w., gdy wprowadzano ograniczenia ruchu ludzkiego, Bass Rock zamieszkiwało tylko 7,5 tysiąca głuptaków. Po 35 latach restrykcji liczebność kolonii wzrosła do 150 tysięcy ptaków, by następnie, w wyniku epidemii ptasiej grypy, zmniejszyć się o ⅓. Obecnie następuje powolna odbudowa liczebności kolonii.

Warto zatrzymać się nad kwestią nazwy tego gatunku. W języku angielskim zwie się on “Gannet”, co pochodzi od staroangielskiego “ganot” czyli silny lub męski. Łacińska nazwa rodzajowa Morus znaczy tyle, co głupi, co z kolei odbiło się na polskiej nazwie potocznej – głuptak. Skąd takie deprecjonujące określenie? Otóż swoista obojętność ptaków na wkraczanie ludzi do ich kolonii, budziła w intruzach przekonanie, że mają one coś nie w porządku z głowami. Oczywiście, takie nieuciekające i nieagresywne ptasie głupki można było zabić bez problemu, używając do tego celu zwykłej pałki! Za to łacińska nazwa gatunkowa “bassanus” pochodzi od skały Bass Rock. Czyli dla Linneusza, który pierwszy użył tej nazwy, nasza skała była jakby systematyczną kolebką gatunku. Obecne królestwo ptaków ma jednak długą historię ludzkiej działalności. Jej najciekawszą częścią jest opanowanie znajdującego się na wyspie zamku przez więzionych w nim jakobitów, czyli zwolenników obalonej dynastii Stuartów. Mimo znikomej liczby, nie przekraczającej 20 osób, przez prawie trzy lata, do wiosny 1694 roku, dzierżyli oni warownię organizując łupieżcze wyprawy na wybrzeża Szkocji i odpierając ataki angielskiej floty. W końcu poddali się w zamian za amnestię i możliwość swobodnego wyjazdu do Francji.

Ptasie królestwo Bass Rock

Ornitologiczna wycieczka obejmuje też mniejszą i niższą wysepkę Craigleith. O ile na Bass Rock, obok głuptaków, gnieżdżą się wyłącznie nurzyki pobielałe, o tyle jej mniejszego sąsiada zasiedlają przede wszystkim mewy trójpalczaste. Jednak to nie dla nich podpływają tam wycieczkowe stateczki. Jako magnes służy kolonia lęgowa maskonurów. Te niewielkie, czarno-białe ptaki, przyciągają uwagę masywnym jaskrawo ubarwionym dziobem i ogniście pomarańczowymi łapkami. Niegdyś gnieździło się ich na wysepce do 28 tysięcy, ale ekspansja malwy drzewiastej spowodowała pogorszenie warunków lęgowych i spadek liczby osobników. Prowadzone w okresie zimowym akcje usuwania malwy, skutkują powolną odbudową populacji. Wysepka stanowi też ostoję kormoranów, kormoranów czubatych, nurzyków oraz alki krzywonosej. My mieliśmy też szczęście wypatrzyć edredona, fokę i egzotyczne w tym otoczeniu kaczki krzyżówki. 

Wyspa Creigleith, czyli nie tylko kolonia mew trójpalczastych

Wąska ścieżka zwana Volunteers’ Walk wiodła nas łagodnie wśród bujnych traw ku zamykającej horyzont przełęczy The Hawse. Zbocza po lewej stronie były wyższe i od pewnego miejsca spadały skalnymi uskokami ku dnu doliny. Przeciwległe zbocze było łagodniejsze, tu i ówdzie porośnięte kępkami żółto kwitnących krzewów. Gdzieś niżej wiła się niewielka struga. Nie wiadomo, czy ulokowane w górnej części doliny rozlewisko zwane dumnie Joe Muir Pond, było z nią jakoś powiązane. Pytaniem tym nie zaprzątają sobie głowy żaby i inne płazy składające w jego wodach swój skrzek. Od przełęczy, już bardziej stromą ścieżką, można było wspiąć się na szczyt Arthur’s Seat. My jednak wybraliśmy powrót grzbietem Salibury Crags w kierunku królewskiego pałacu Holyrood. Po kilkunastometrowym urwisku opadającym w stronę miasta wspinali się adepci alpinistyki. Z grzbietu roztaczał się widok na centrum Edynburga, od Southside, przez Stare Miasto, aż do Nowego Miasta. Ponad monstrualnie wielkim trawnikiem Parade Ground (polskim odpowiednikiem tej nazwy powinien być chyba Plac Defilad?), widać było portową dzielnicę Leith i wody zatoki Firth of Forth. Na jednym z licznych głazów przy ścieżce przysiadła dziewczyna w towarzystwie czarnowrona. Tłumaczyła, że chętnie by go czymś poczęstowała, ale miała ze sobą tylko butelkę wody. Ptaszysko łypało na nią bystrym okiem. Jedną lotkę miało ułamaną, czego przyczyną był pewnie silny wiatr, smagający mimo pogodnego dnia, grzbiet Salisbury Crags. Jej brak nie uniemożliwiał lotu, ale pewnie zachęcał do szukania pomocy ludzkiej w zdobywaniu pożywienia.

Widok na parlament, pałac Holyrood oraz wzgórze Calton Hill

Edynburg jest regularną europejską stolicą z wszystkimi atrybutami swej stołeczności. Ze względu na autonomiczny, a nie niepodległy, status Szkocji, ma może tylko mniejszą ilość ministerialnych gmachów. Wielowiekowa historia oraz fakt, że ostatnia bitwa lądowa na terytorium Wysp Brytyjskich odbyła się w roku 1746 powodują, że miasto od dawien dawna nie doznało znacznych zniszczeń i obfituje w zabytki z najróżniejszych epok. Sam edynburski zamek stanowi przegląd architektonicznych stylów i mód, jak również pomysłów na wykorzystanie istniejącej substancji budowlanej, odpowiednio do zmieniających się czasów i  potrzeb. Specyfika reformacji w Szkocji spowodowała, z kolei, konieczność wznoszenia wielkiej ilości świątyń, jako miejsc spotkań i modłów coraz to innych Kościołów mających  z większą pewnością zapewnić wyznawcom szczęście w życiu pozagrobowym. Tak, jak łatwo powstawały związki wyznaniowe, tak szybko przepływali między nimi wierni, którzy w końcu odpłynęli ku bezwyznaniowości. Dlatego wiele budynków powstałych niegdyś na potrzeby sakralne, obecnie pełni wszelkie inne funkcje, spośród których klubowo-gastronomiczna nie należy do najrzadszych. Wspaniałe kamienice, których wieku, jak to w Zjednoczonym Królestwie, trudno się domyślić, tłoczą się wzdłuż edynburskich ulic, a pomniki przypominają żołnierzy, naukowców, filozofów, sprawnych administratorów czy nawet … strażaków związanych z miastem. 

Jednak prawdziwego dramatyzmu krajobrazom edynburskim dodaje ukształtowanie terenu. Najwyższe tutejsze wzgórze – Arthur’s Seat – wznosi się raptem 251 m npm., ale zapewnia doznania jakby żywcem wzięte z wędrówek po znacznie wyższych górach Szkocji. Znacznie niższy Calton Hill jest miejscem usytuowania wielu reprezentacyjnych budowli z czasów szkockiego Oświecenia, w tym obserwatorium astronomicznego, wieży – pomnika Nelsona, rotundowatego pomnika Dugalda Stewarta, czy National Monument of Scotland – w formie nigdy niedokończonej kolumnady – pomnika Szkotów poległych w wojnach napoleońskich. Zamek edynburski sam w sobie nie byłby tak ciekawy, gdyby nie usytuowanie na wyniosłej skale w samym sercu miasta. Oczywiście, te i mniej uczęszczane przez turystów wzgórza, obfitują w wiele miejsc widokowych, z których można dostrzec dzielnice, zaułki i budowle często trudne do wykrycia z bardziej przyziemnej perspektywy. Urozmaicone ukształtowanie terenu powodowało też konieczność prowadzenia co ważniejszych ulic na estakadach i wiaduktach, ponad niżej położonymi częściami miasta.

Okolice cmentarza Greyfriars

Oczywiście, przeszliśmy całą Królewską Milę, skosztowaliśmy espresso na Nowym Mieście, przepychaliśmy się łokciami do atrakcji edynburskiego zamku, wpadliśmy na parę chwil do katedry św. Idziego. Spacery ulicami miasta wywołały liczne refleksje, z których trzy uznałem za godne szerszego omówienia. Stosunkowo niedaleko głównych tras turystycznych miasta położone są mnogie cmentarze. Często mają one swoje lata – trzystu, czy czterystuletnie nekropolie, nie są wyjątkiem. Dawno nie prowadzi się już  na nich regularnych pochówków. Dzisiaj służą jako tereny spacerowe, miejsca kontemplacji, a te rzadziej uczęszczane – także jako siedliska dla wielu gatunków ptaków, królików i lisów. Ich teren jest, przypuszczalnie, chroniony w jakiejś formie przez prawo, gdyż mimo, że często otoczone są gęsta zabudową, nikomu, jak w naszym kraju, nie przychodzi do głowy traktować je, jako wspaniałe lokalizacje dla budynków mieszkalnych i publicznych, czy też kalkulować, o ile minut skróci się czas przejazdu z jednej dzielnicy do drugiej, jeśli ulicę poprowadzi się środkiem cmentarza. Nienaruszalność cmentarzy ma jednak w Zjednoczonym Królestwie swe ciemne strony. Nikt mianowicie nie wykazuje nadmiernej troski wobec, często pięknych i zabytkowych, obiektów architektury cmentarnej. Nikogo więc nie dziwią połamane kolumny i rzeźby aniołów z utraconymi głowami, czy skrzydłami. Ot, czas robi swoje i tyle!

Jednym z odwiedzonych przez nas cmentarzy, był ten przy dawnym kościele franciszkanów (Greyfriars Kirk). Nie mnie oceniać, czy jest to najpiękniejsza historyczna nekropolia Edynburga, ale na pewno najbardziej popularna. Swoją sławę zawdzięcza pieskowi o imieniu Bobby, który po śmierci swego właściciela resztę życia spędził u jego grobu. Opisany jeszcze za życia, wkrótce po swojej śmierci, w 1872 roku, doczekał się realistycznego pomniczka wieńczącego wodopój przy jednej z bram wejściowych. Na samym cmentarzu piesek ma tablicę nagrobną oraz kolejny, powstały w 150 rocznicę urodzin, pomniczek. Oczywiście historia wiernego zwierzaka została opisana w książkach oraz stała się kanwą conajmniej dwóch filmów. Bobby jest taką ikoną miasta, że obsadzenie w jego roli psa rasy West Highland Terrier zamiast, jak uważano za słuszniejsze – Skye Terriera, wywołało powszechne niezadowolenie. 

Mieszkańcy Wysp Brytyjskich są prekursorami humanitarnego traktowania zwierząt. Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals powstało już w 1824 roku, a jego szkocki odpowiednik – w 1839 roku. Działacze tych organizacji nie tylko opiekowali się Bobbym, ale przeprowadzili wiele inicjatyw i projektów na rzecz naszych braci mniejszych. Dlatego, z wielkim zdumieniem i rozgoryczeniem poznałem historię psów z wysp St. Kilda. Te, polożone na Oceania Atlantyckim, ponad 60 km od szkockich Hebrydów Zewnętrznych, wysepki znane są z tego, że całą ich nieliczną populację przeniesiono w 1930 na stały ląd. Wyspiarze hodowali owce, które udało się sprzedać. Na psy pasterskie nie było jednak popytu, zdecydowano więc o utopieniu ich w oceanie. Takiemu bezprzykładnemu aktowi okrucieństwa nie zapobiegła stuletnia tradycja cywilizowania relacji dwunogów i czworonogów! Nikt się nie ujął za psami z St. Kildy, pewno ze względu na peryferyjne położenie miejsca akcji. Ówczesny właściciel wyspy, sir Reginald MacLeod of MacLeod, odnosząc się do ewakuacji ludności powiedział: “Wyprowadzka została przeprowadzona przy dużym wysiłku i kosztach”. Wstyd przyznać, że życie kilkunastu psów było nadmiernym obciążeniem dla budżetu tej operacji.

I Wojna Światowa przyniosła największe straty osobowe w dziejach konfliktów zbrojnych toczonych przez Wielką Brytanię. Straty wśród żołnierzy były dwukrotnie wyższe, niż podczas II Wojny Światowej. Po wojnie odczuwano silną potrzebę upamiętnienia poległych. Uczelnie, zakłady pracy i parafie fundowały niezliczone pomniki ku ich czci. W przeciwieństwie do ofiar konfliktu z Napoleonem, Państwu tym razem wystarczyło środków, by ufundować imponujące mauzoleum. W ten sposób edynburski górny zamek uzyskał czwarte skrzydło zamykające kwadratowy dziedziniec. Oczywiście, z zewnątrz nie odróżnia się ono od średniowiecznych sąsiadów. Od dziedzińca wszakże zdobienia w stylu Art Deco zdradzają czas powstania budowli. Wnętrza zawierają wielkie tablice poświęcone poszczególnym szkockim regimentom, z wyliczeniem strat, jakie poniosły. Drugim panteonem jest katedra św. Idziego. Tu przeważają upamiętnienia indywidualne, a to osób duchownych, a to fundatorki szpitali wojskowych, a to konkretnych żołnierzy. Jako, że wojna lat 1914-18 była konfliktem nowoczesnym jeśli chodzi o użytą technikę uśmiercania i jej skuteczność, ale jeszcze bardzo średniowiecznym, jeśli chodzi o uzasadnienie swego miejsca i roli w tej machinie unicestwienia, na tablicach spotyka się perełki poetyki w rodzaju: ”Dzielny żołnierz, doskonały gentleman, uwielbiany przez wszystkich podkomendnych”. Jeszcze bardziej wzruszające są ufundowane przez zrozpaczonych rodziców upamiętnienia młodziutkich pilotów, czy marynarzy, na które można natknąć się w małych wiejskich kościółkach.

Czwarte skrzydło edynburskiego zamku czyli Scottish National War Memorial
Jednorożec w stylu Art Deco
Katedra św. Idziego
Sklepienie Kaplicy Orderu Ostu
Widok na nawę główną katedry
Aniołofeniks strzeże wejścia do Scottish National War Memorial
Witraże w oknach katedry


Po długim weekendzie w Edynburgu i okolicach mieliśmy w planach pobyt w Highlands. Podróżowaliśmy już wypożyczonym samochodem (żegnajcie, przystanki, gdzie nie sposób doczekać się autobusów!), a droga wiodła przez zwane “Bramą do Highlands” miasto Stirling. Wypadało zatrzymać się na rytualną południową kawę połączona z małym co nie co. Wybór dokonany przez towarzyszącą nam córkę, był strzałem w dziesiątkę, a Stirling okazało się prawdziwym kawiarnianym zagłębiem. Może dlatego, że jest to siedziba uniwersytetu, a uczelniane towarzystwo zawsze stymuluje rozwój lokalnej gastronomii. Nawiasem mówiąc, wielka czwórka szkockich uniwersytetów (St. Andrews, Glasgow, Aberdeen i Edynburg), przez ponad 400 lat miała zagwarantowany monopol na nauczanie na swoim poziomie. Innymi słowy, w Szkocji nie można było założyć kolejnych uniwersytetów. Stirling ma obecnie piąty najstarszy uniwersytet w kraju, liczący sobie jednak ledwie 57 lat historii. Przed wyjazdem z Polski zastanawialiśmy się, który z dwóch zamków mamy zwiedzić: Edynburg czy Stirling – oto było pytanie? W końcu zdecydowaliśmy się na zamek stołeczny. Teraz trochę żałujemy! Oczywiście, w Stirling nie przechowuje się szkockich regaliów, ani Kamienia Przeznaczenia (podczas naszej wizyty niedostępnego dla oczu zwiedzających), ale edynburskie wnętrza zamkowe nie są bardzo oryginalne. Ot, dziewiętnastowieczna wizja rycerskiej siedziby. Podchodząc pod stirlingski zamek mija się ciekawą i zadbaną starówkę, zamkopodobne stare więzienie, kościół św. Krzyża (UWAGA: w szkockim angielskim wezwanie to brzmi Holy Rude, a nie Holy Cross) z otaczającym cmentarzem, który zachwycił moje dalekie od zainteresowań sepulkralnych panie. W końcu dociera się na rozległy parking, nadzorowany przez pomnik szkockiego władcy – Roberta Bruce’a. Widać stąd już doskonale dźwigające się, ku północy, coraz wyższe góry. Po przeciwnej stronie doliny rzeki Forth wznosi się na wysokość 67 metrów wieża – pomnik innego szkockiego bohatera narodowego – Williama Wallace (uwiecznionego w filmie Braveheart). Przez gęsty, mieszany las podeszliśmy do jej podnóża. Dzień był pogodny, z przecinki pod samą wieżą roztaczał się widok na miasto w obramowaniu gór. Nie wiadomo skąd zaczął nagle duć silny, chłodny wiatr, tak że musieliśmy ukryć się po stronie zawietrznej budowli. Tak, Stirling rzeczywiście jest bramą do do Highlands, także w znaczeniu klimatyczno-pogodowym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *