Z mego okna widać chmury
Na skalistych grzędach
Przetrę szybę ciepłą dłonią
razem z nimi siędę (…)
Z mego okna widać potok Doliną, doliną, Dumnych smreków las szeroki, Mgły w kosodrzewinach (…)
Te słowa piosenki Orawa Andrzeja Wierzbickiego chodziły za mną podczas czterodniowego wyjazdu do Zawoi pod Babią Górą. Za oknem pensjonatu szumiały wody potoku Jaworzynka, a za nimi mieliśmy “smreków las szeroki”. Natomiast od frontu budynku wysoko, ponad drogą i domami osiedli Podryzowane i Ryzowane widać było, częściowo, główny grzbiet Babiej Góry. Częściowo, bo przez cały pobyt ciążyła na nim pokaźna czapa chmur. Czasami skrywała ona tylko najwyższą w całym paśmie kulminację Diablaka, kiedy indziej rozrastała się na boki lub zjeżdżała po stromych zboczach pasma ku dolinom. Prognozy pogody, niezależnie od ich źródła, raczej się nie sprawdzały. Zapowiadane trzy dni burz skurczyły się do trwających pół godziny grzmotów, a równie długotrwałe deszcze – do 30 minut jednego i 4 godzin kolejnego dnia. W każdym razie, Babia Góra udowadniała nam prawdziwość swoich, popularnych wśród turystów przezwisk, takich jak “Kapryśnica”, czy “Matka Niepogód”.
Na Babią po raz pierwszy wszedłem z ojcem w 1968 roku. I to od razu bez taryfy ulgowej – ze schroniska na Markowych Szczawinach na szczyt Diablaka najśmielej poprowadzoną Akademicką Percią. W pamięci na zawsze pozostał mi szum spadających w dół zboczy rozlicznych strumieni, olbrzymie “na chłopa” paprocie, pod którymi, jako dziewięciolatek, czułem się niby Staś Tarkowski pod palmami, a w końcu skalne półki i uskoki, które pokonywało się przy pomocy łańcuchów i metalowych klamer. Chociaż zauroczony, już wówczas trzeźwo dostrzegłem możliwość obejścia najstromszych partii naokoło, jak też fakt, że stoki ku północy opadały stromo, a ku Orawie łagodnie. Bywałem potem w górach wyższych i o bardziej alpejskim charakterze, ale, że pierwsza miłość nie rdzewieje, dla Babiej Góry miałem już zawsze ciepłe uczucia. Byłem na niej jeszcze kilka razy w latach osiemdziesiątych XX wieku. Potem już tylko jeździłem w okolicy na nartach lub przywoziłem do Zawoi ukraińskie grupy, którym pokazywałem miejscowe rozwiązania z dziedziny ochrony środowiska. Aż do tego roku, kiedy uświadomiłem sobie, że co to za miłośnik Babiej, który nie zaznał nocnej wędrówki, by spotkać wschód słońca na szczycie Diablaka. Podziomek łaskawie odniosła się do mojego kaprysu i zadeklarowała uczestnictwo. W ten sposób trafiliśmy nad potok Jaworzynka w Zawoi.
Nocne niebo nad przełęczą Krowiarki skrzyło się od gwiazd. Nie przesłaniała ich ani jedna chmura. Było 30 minut po północy, kiedy wyruszyliśmy na szlak, pozostawiając samochód na położonym już na orawskich zboczach parkingu. Mimo, że był to środek długiego bożociałowego weekendu, był on prawie pusty. Parking górny, położony na samej przełęczy, był zajęty w większym stopniu. Z jednego z pojazdów wyładowywała się krzykliwa grupka mężczyzn. Przyśpieszyliśmy kroku, by móc cieszyć się odgłosami nocnego lasu niezakłóconymi ludzkimi głosami. Przez poprzednie dwa dni przeczytaliśmy cały, 370 stronicowy kryminał, którego akcja toczy się w Zawoi. Jego bohaterowie, prócz tego, że ginęli spadając w przepaść, co i rusz napotykali dzikie zwierzęta. Musiałem Podziomkowi tłumaczyć, że ludzie ginęli na Babiej głównie z wyczerpania i wychłodzenia, a ruch turystyczny od dawna był na tyle duży, że zmuszał żyjącą tu zwierzynę do bardzo skrytego trybu życia. I rzeczywiście, przez blisko 2 godziny marszu Górnym Płajem do schroniska na Markowych Szczawinach słyszeliśmy tylko pohukiwania puszczyka, pod nogami plątały nam się bezmuszlowe ślimaki pomrowy, a w świetle czołówek przelatywały ćmy i inne owady. Początkowo między drzewami błyszczały światła Policznej i okolic kolejki krzesełkowej na Mosorny Groń. Później jednak zapanowały ciemności przerwane dopiero błyskiem latarek trzech osób przygotowujących się na Zakręcie Ratowników do wejścia na Akademicką Perć. Wkrótce dotarliśmy do schroniska, gdzie urządziliśmy sobie krótki postój. To nowy budynek, oddany do użytku w 2009 roku. Fajnie, że można doń wejść w środku nocy, czy skorzystać z toalety. Wędrowcy mojej generacji brakowało jednak zapachu drewnianych belek (nowy budynek jest murowany), a także pewnej zaciszności charakterystycznej dla dawnych schronisk. Tam, co do zasady, wchodziło się najpierw do świetlicy/stołówki, podczas gdy my znaleźliśmy się w rodzaju betonowego, wysokiego na trzy kondygnacje szybu, u szczytu którego znajduje się suszarnia odzieży. Z rzeczonego szybu dopiero różne korytarze, schody i drzwi prowadzą do pozostałych pomieszczeń schroniska.
Szlak spod schroniska na przełęcz Brona jest najłagodniejszym podejściem od północy na grzbiet pasma babiogórskiego. Jest to rodzaj wyłożonego kamieniami chodnika, w górnej części przechodzącego w schody. Tu nasze tempo zmniejszyło się do wskazanego na kierunkowskazach, bo co chwilę przystawaliśmy dla złapania oddechu. Zanikający szum źródliskowego odcinka potoku Markowego i pojawienie się pierwszych krzaków kosodrzewiny były sygnałem zbliżania się do przełęczy. Postój na niej nie trwał długo, gdyż zaczęły nas omiatać podmuchy dość chłodnego wiatru. Nie mogliśmy z pełnym przekonaniem stwierdzić, czy wilgoć na naszych okularach, to osadzające się kropelki mgły, czy też para unosząca się z naszych rozgrzanych podejściem ciał. W dole widać było długi wąż świateł ciągnącej się doliną Skawicy Zawoi. Gdy jednak pokonaliśmy ostatni stromy uskok doprowadzający nas w rejon Kościółków, widok na wieś zniknął za chmurami. Ciemność od czasu do czasu przeszywał tylko błysk czołówek osób, które wyruszyły na szczyt później od nas. Kościółki, to najbardziej urwista część północnych zboczy Babiej Góry. Brak widoczności nie pozwolił nam jednak na zajęcie stanowiska, czy ich rzeźba jest rezultatem działania lodowca, czy też erozji. Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pokonywać trzeba po skalnym rumowisku. Zajęci wynajdywaniem bezpiecznego oparcia dla stóp prawie przeoczyliśmy, że ciemność ustępuje dniu. Wśród mgły dały się słyszeć głosy, a po chwili dostrzegliśmy też ludzkie sylwetki. Była 4:00 rano, a my, miast w ciepłym łóżku, witaliśmy kolejny dzień na wysokości 1725 m. npm.
Widoczność nie była większa, niż 50 metrów. Mimo to, ulokowawszy się za za kamiennym wiatrochronem, grzecznie czekaliśmy kolejne 35 minut, po których powinien nastąpić wschód słońca. Dopiliśmy resztki herbaty z termosu, zagryzając batonikiem energetycznym. Nałożyliśmy kolejną warstwę odzieży, a nawet przykryliśmy się folią termiczną. Większość zgromadzonych na szczycie osób zachowywała się podobnie. Dysonans stanowili górscy maratończycy, którzy wkrótce po nas pojawili na Diablaku. Ubrani, jak na stadion, z minimalnej wielkości plecaczkami, sprawiali dosyć żałosne wrażenie. Co ciekawe, organizatorzy tego wyczynu zajmowali się wyłącznie mierzeniem czasu, nie dbając zupełnie o zabezpieczenie komfortu energetycznego uczestników. Na szczęście, tak jak znienacka się pojawili, tak szybko znikali. Był to chyba tylko punkt pośredni ich biegu. I dzięki Bogu! Uczestnictwo w akcji ratowania życia, zamiast doznań przy wschodzie słońca, byłoby zmianą naszych planów ze wszech miar niepożądaną!
Świt na szczycie Diablaka
Kierując się ku Sokolicy, najbardziej na wschód wysuniętej kulminacji pasma Babiej Góry, wykazaliśmy się swoistą oryginalnością, bo większość nocnych gości “Królowej Niepogód” wybrała zejście w przeciwną stronę. Na szlaku było więc stosunkowo pusto. Dzięki czemu słychać było głosy siwerniaków, płochaczy halnych, czy kopciuszków, zamieszkujących tę surową krainę. Pomiędzy kamieniami kwitło mnóstwo sasanek alpejskich i zawilców narcyzolistnych. W gęstej mgle grupki skalne na Gówniaku (Wołowych Skałkach) nabierały tajemniczej malowniczości. Wrażenie potęgowało, że nie sposób było ocenić ich wysokość, gdyż podstawa ginęła w mlecznych oparach. Podmuchy wiatru rozrywały od czasu do czasu chmurowy płaszcz, a w jego lukach pojawiały się widoki, a to na Małą Babią (Cyl – 1515 m. npm.), a to na Policę (1369 m. npm.). Tę ostatnią liznęły nawet promienie słońca, które kolejny raz pokazało się tego dnia dopiero ku wieczorowi. Pomiędzy Sokolicą a Kępą, jeszcze w piętrze kosodrzewiny wzdłuż ścieżki rosną osobliwie zdeformowane przez wiatr limby. Są to rezultaty nasadzeń gatunku uznanego za symbol alpejskości (Towarzystwo Tatrzańskie już w 1880 roku wpisało do statutu obowiązek ochrony limby). Ze wszystkich posadzonych na Babiej Górze, najlepiej mają się te przy schronisku na Markowych Szczawinach, gdzie rosną na wysokości poniżej 1200 m. npm. Ekstremalne warunki graniowe raczej im nie posłużyły. Ale przynajmniej żyją walcząc o przetrwaniem, która to sztuka nie udała się pstrągom, którymi swego czasu zasiedlono największy z babiogórskich zbiorników wodnych, bezodpływowy Mokry Stawek przy wschodnim krańcu Górnego Płaju. Ponieważ park narodowy zamknął dla prac konserwatorskich szlak z Sokolicy na przełęcz Krowiarki, przyszło nam jeszcze pokonać 350 metrów w dół, po kamiennych schodach z Sokolicy ku Zakrętowi Partyzantów. Było to spore wyzwanie dla naszych nieco już zmęczonych stawów kolanowych. O ósmej rano dotarliśmy do czekającego na parkingu samochodu. W pensjonacie czekało śniadanie, po którym zaplanowaliśmy kilka godzin snu.
Nie należymy do generacji, która praktykuje nocną podróż samochodem z miejsca zamieszkania w góry, by o świcie znaleźć się już na szlaku, a wieczorem dotrzeć z powrotem do domu. Dlatego przed nocnymi wyczynami zaplanowałem dwie wycieczki aklimatyzacyjno-rozruchowe. Pierwsza, z zawojskiego osiedla Wełcza na Jałowiec, najwyższe wzniesienie Pasma Przedbabiogórskiego (1111 m. npm.), skąd przez Czerniawę Suchą i przełęcz Klekociny wróciliśmy z powrotem do Wełczy. Przyjemna, nie nazbyt stroma trasa wiodła początkowo przez widokowe polany, później przez ładny las bukowy. O ile z podejścia widać było głównie pasmo babiogórskie, o tyle z rozległej polany szczytowej Jałowca otworzyły się dalekie widoki na Pilsko, Romankę i Beskid Śląski. Na polanie tej znajduje się drewniany schron, w którym można przeczekać deszcz, a nawet od biedy przenocować. Znaleźliśmy w nim księgę wejść, o dziwo, obfitująca w bardziej lub mniej rozbudowane wpisy osób odwiedzających Jałowiec. Wydawać by się mogło, że lepszym miejscem na taką inicjatywę byłby szczyt Diablaka, ale tam ze względu na parkowe restrykcje trudno byłoby postawić stosowny schowek, a jego utrzymanie w skrajnych warunkach klimatycznych byłoby też bardziej kosztowne. Las na grzbiecie był bardzo przerzedzony, pewno ze względu na zanieczyszczenie powietrza docierające tu ze Śląska. Natomiast zejście w dolinę Wełczówki pozwoliło nam odświeżyć sprawność dendrologa w rozróżnianiu świerka od jodły.
Druga wycieczka skrajem parku narodowego poprzez kolejne grzbiety i dolinki doprowadziła nas aż do osiedla Czatoża. Na pierwszym z grzbietów, spod spiętrzenia zwanego Kwiatek (to raczej określenie dwóch znajdujących się pod samym grzbietem zabudowań, pewno pochodzące od nazwiska właściciela), powinniśmy mieć widok na cały grzbiet Babiej Góry od Krowiarek na wschodzie, po przełęcz Jałowiecką na zachodzie. Rzeczone przełęcze, rzeczywiście mogliśmy zobaczyć. Pomiędzy nimi natomiast kotłowało się ogromne chmurzyko, które właśnie w tym czasie zdecydowało się wyciągnąć swoje wypustki w kierunku Zawoi. Cóż, pozostały nam widoki ku wschodowi, na Mosorny Groń i całkiem pokaźny Cyl Hali Śmietanowej. Mimo to, bardzo przyjemnie wspominam tę wycieczkę. Raz, że właśnie w jej trakcie natknęliśmy się na jelenia, a to już pierwsza liga polskiej fauny. Dwa, że nasza trasa zahaczała o przykłady ciekawej architektury, w postaci otoczonej ogrodem roślin babiogórskich, drewnianej siedziby parku narodowego w osiedlu Barańcowa oraz zespołu wolnostojących piwniczek i, służącej niegdyś odstraszaniu burz, dzwonniczki loretańskiej w Czatoży. Piwniczki w Czatoży bardzo przypominają te ze Słowacji i Węgier, służące przechowywaniu sprzętu do uprawy winorośli i winobrania. Mimowolnie rozglądałem się po stokach za winnicami zapominając, że na północnych stokach Karpat uprawiano raczej ziemniaki i owies.
Fakt, że do roli architektonicznego symbolu Zawoi urastają obiekty tak utylitarnego przeznaczenia pokazuje, że miejscowość, mimo posiadania od 1927 roku statusu wypoczynkowo-klimatycznego, nigdy nie osiągnęła pozycji Zakopanego, czy Krynicy. Tu do bardzo niedawna podstawą egzystencji była praca na roli i w lesie. Nie znaczy to, że nie znajdziemy tu przykładów ciekawej tradycyjnej architektury mieszkalnej, kurortowej, czy sakralnej (słynne zawojskie kapliczki!), tyle że są one utkane, jak rodzynki, w cieście typowych góralskich, stromodachowych, murowańców. Rosnąca rola turystyki przejawia się w coraz liczniejszej obecności domów na wynajem, z których część stara się pogodzić estetykę domu podhalańskiego górala ze staropolskim dworkiem, zbliżając się niebezpiecznie do poziomu domostwa Gargamela. Ruch budowlany jest w Zawoi całkiem spory. Równocześnie jednak, przykłady pomyłek w biznesplanach, takie jak ośrodek wypoczynkowy Górnik, karczma Koliba, czy hotel Lajkonik, stoją latami opuszczone przy głównej drodze biegnącej przez wieś. W porównaniu z naszym zimowym pobytem w 2006 roku, gdy właściciele miejscowych karczm byli strofowani przez administratora regionalnego portalu za prowadzenie wobec siebie czarnego PR, liczba lokali gastronomicznych jednak wzrosła. Szczególnie dotyczy to ciastkarnio/kawiarni, dzięki czemu mogliśmy, zszedłszy z górskiego szlaku, cieszyć się z posiadówek nad małą czarną.
Rankiem w dniu wyjazdu zawitaliśmy do Mosornego. Położone w bocznej dolince osiedle, ma status jednego z sześciu zawojskich sołectw. Znajduje się tam czarująca drewniana kapliczka, której prawie 120 letnia historia jest pięknym przykładem samodzielności mieszkańców w zaspokajaniu swoich potrzeb duchowych, jak też swoistej autonomii wobec reszty wsi. Powstała z inicjatywy i na gruncie jednego z miejscowych gospodarzy i jest utrzymywana, remontowana i upiększana siłami lokalnej wspólnoty wiernych. Oficjalny kościół zapewnia wyłącznie obsługę liturgiczną. Architektoniczną ciekawostką jest, że fasadę kapliczki zdobią drewniane, ludowe rzeźby znacznie starsze od samego obiektu, bo pochodzące z lat 70-tych XVIII wieku.
W górę doliny potoku Mosornego, w lesie, znajduje się ciekawy wodospad. Jak to w Beskidach, nie imponuje on wysokością (ok. 6 metrów), ani ilością spadającej wody. Za to jego bezpośrednie otoczenie, to prawdziwa brama skalna, wyższa nad poziom uskoku o jeszcze parę metrów. Skała spękana jest poprzecznie, a jej poszczególne elementy są, a to wysunięte, a to zagłębione, sprawiając wrażenie zbudowanej ręka olbrzyma ścianki wspinaczkowej. Jeśli postanowimy dotrzeć do wodospadu od miejsca załadunku drewna na końcu biegnącej przez osiedle drogi, natkniemy się na jeszcze jeden skromniejszy, bo półtorametrowy, wodospadzik. Podobno, ponad główną kaskadą są także pomniejsze stopnie wodne. Tam jednak dotrzeć jest znacznie trudniej. Dla porządku, bo speleologia to nie moje klimaty, trzeba wspomnieć, że w sąsiadującej z Zawoją Skawicy, na stokach Policy, odkryto najdłuższą w Beskidach, ponad 400 metrową jaskinię. Jako, że jej wylot przypomina borsuczą norę, historia jej eksploracji jest stosunkowo krótka, ale na chłopski rozum należało oczekiwać, że tam, gdzie góry wznoszą się najbliżej nieba, tam jaskinie sięgają daleko w głąb ziemi.
Miejscowości położone w polskich górach starają się realizować strategie rozwoju prowadzące, w uproszczeniu, ku uzyskaniu pozycji i roli uzdrowiska, bądź Zakopanego. Uzdrowiskiem nie zostaje się jednak bez zasobów wód mineralnych. Zostaje więc Zakopane, które przeszło drogę od góralskiej wioszczyny do zimowej stolicy Polski. Zawoję ta droga kusi w najbardziej naturalny sposób. Grzbietowo położone osiedle Przysłop bywa zwane zawojską Gubałówką. Prekursor turystyki pod Babią Górą, Hugo Zapałowicz, to zawojski odpowiednik Chałubińskiego, a jego wierny przewodnik Wawrzyniec Szkolnik, to ani chybi Sabała. Za przykładem Zakopanego, działalność turystyczna koncentrowała się w budynku zwanym dworcem babiogórskim. To jednak tylko powierzchowne podobieństwa. Zapałowicz nie wiódł w góry gości przy muzyce góralskiej kapeli. Szkolnik był wiejskim nauczycielem i etnografem amatorem, a nie skrzypkiem – lekkoduchem. W Dworcu Babiogórskim funkcje komercyjne przeważały zawsze nad kulturowymi. Zresztą stolica, nawet zimowa, może być tylko jedna. A rozciągnięta na kilkanaście kilometrów w dolinie Skawicy wieś, nawet z ukształtowania terenu nie nadawała się na miasto. Jednak dzięki temu, że kultura górali babiogórskich nie została inkorporowana przez pełnych admiracji gości, zachowała więcej oryginalnych form, niż w przypadku górali podhalańskich. Jedyne co rzeczywiście upodobnia Zawoję i Zakopane, to pogoda. Niczym w starej anegdocie: “Ostatnie trzy dni spędziłem w Zakopanem. I co tam słychać w Tatrach? Nie wiem, nie widziałem zza chmur”.




































