Kategorie
Chorwacja

Co ma płynąć nie utonie, czyli o magnetycznej sile przyciągania Komižy

Pchnąłem drzwi i moje wszystkie zmysły ogarnęła atmosfera wiejskiej gospody: gwar rozmów, ludowa, bawarska muzyka dobiegająca z radiowych głośników, zapach piwa, kiełbasy i, o zgrozo!, nikotynowego dymu. Zebrawszy rozsypane w pamięci niemieckie zwroty poprosiłem o pomoc. Otóż wiejską drogę prowadzącą do wybranego miejsca noclegu flankowal znak drogowy zabraniający wjazdu. Działo się to w Roku Pańskim 1998. Departament Obrony USA dopuścił już wprawdzie system nawigacji GPS do użytku cywilnego, ale dotyczył on głównie statków powietrznych, a telefon komórkowy (którego zresztą jeszcze nie posiadaliśmy) służyły do rozmów głosowych i wysyłania SMS-ów, a nie ściągania lokalizacji z satelity. Byliśmy więc skazani na papierowe mapy i pozyskiwanie informacji od mieszkańców odwiedzanych krajów i regionów. Zabrane naprędce konsylium pokiwało ze zrozumieniem głowami i zawyrokowało, bym nie zwracał uwagi na znaki, bo znaleziona droga jest najwłaściwsza. Moje, podszyte słowiańską niepewnością, wątpliwości rozwiano stwierdzeniem “Przecież wszyscy tak jeżdżą”.

I rzeczywiście, po kilku kilometrach jazdy, podczas której uspokajałem Podziomka, że niemiecka policja w wiejskiej części wschodniej Bawarii po godzinie 20 na pewno odpoczywa w domu przy piwie, dotarliśmy do imponujących rozmiarów Bauernhof-u oznaczonego tablicą z odpowiednią nazwą. Po całym dniu jazdy z chorwackiego Szybenika należał nam się odpoczynek. Noc była ciemna, tylko gwiazdy lśniły na nieboskłonie, chwytał pierwszy październikowy przymrozek. Niestety, dzwonienie, kołatanie, a nawet pohukiwanie “Ist jemand zu Hause?” nie przynosiły rezultatów. Gospodarstwo znajdowało się na uboczu, nie mogliśmy więc liczyć na pomoc sąsiadów. Przyszło więc wrócić do znajomej gospody, która powoli kończyła już dzienną aktywność. Nasz powrót początkowo skwitowano gromkim śmiechem, ale gdy wyjaśniłem, iż pomimo posiadanej rezerwacji nie mogę dostać się do pensjonatu towarzystwo poważnie się zafrasowało. Wśród wygłaszanych komentarzy królowało “Das ist nicht gut”. Próby nawiązania kontaktu telefonicznego z gospodarzami (oczywiście, za pomocą telefonii stacjonarnej) też nie przyniosły powodzenia.

W końcu Pani od obsługi piwnego nalewaka poleciła nam pójść za sobą. Wkrótce dotarliśmy do obiektu wyglądającego na opuszczony pensjonat. Zostaliśmy poinformowani, że należy on do rodziny, ale właściciele wyjechali po sezonie na zasłużony odpoczynek w Hiszpanii. Na czas ich nieobecności załatwili u właściwych władz czasowe zawieszenie działalności. Mieliśmy więc tam nocować na całkowitym nielegalu. Mimo to, jak przekonaliśmy się przy śniadaniu (nielegalnie nie oznaczało wszak odstąpienia od właściwych standardów noclegu), nie byliśmy tam jedynymi gośćmi. Rankiem, po upewnieniu się, że “Jemand ist schon zu Hause” mogliśmy przenieść się do docelowego miejsca noclegu. Przez pozostałe trzy dni pobytu gospodarze byli wobec nas przesadnie grzeczni i każdego ranka wyjaśniali, że ich nastoletni syn Steffl powinien nas wpuścić, ale słuchał głośnej muzyki, a potem zasnął. Winowajca był przy tej okazji wypychany przed front rodziny i zmuszany do złożenia samokrytyki. Pryszczaty nastolatek musiał nas z tego powodu szczerze znienawidzić!

Bauernhof w Bawarii – zdjęcie poglądowe

Wróciłem pamięcią do tej historii gdy, blisko północy, dotarłszy do ulicy, przy której mieliśmy spędzić tydzień naszych chorwackich wakacji utknęliśmy przy znaku zakazu wjazdu. W dodatku możliwość przejazdu ograniczały wetknięte w jezdnię słupki. Klimat był jednak śródziemnomorski, a my bogatsi w doświadczenie. Okazało się, że samochód zmieści się między słupkami. Gospodarz odbierał telefon i wkrótce przybył na skuterze z kluczami. Po kolejnych 30 minutach, rozpakowaniu się i odstawieniu pojazdu na parking mogliśmy więc zacząć nasz tygodniowy pobyt w Komižy na wyspie Vis. Nazajutrz obudził nas krzyk mew. Ponad dachami sąsiednich domów widać było Adriatyk. Opuściliśmy nasz mikroskopijny, acz wystarczający na zespół w składzie dwoje dorosłych plus pies Harry, pokoik, by sprawdzić co do zaoferowania przybyszom ma kolejne dalmatyńskie miasteczko. 

Wyspa Vis należy do najbardziej oddalonych od stałego lądu Chorwacji. Dotarcie tam zajmuje promowi Jadroliniji 2 godziny i 20 minut. To już na tyle długa podróż, że Harry wykazywał zniecierpliwienie, więc większość podróży spędziłem na pocieszaniu go, siedząc  na podłodze. Po prawdzie, wypłynęliśmy ze Splitu o 21 więc nie traciłem wielu widoków. Port promowy znajduje się w miasteczku Vis. Do pokonania jest jeszcze kilkanaście kilometrów drogi, na ostatnim odcinku opadającej gwałtownymi zawijasami ku Komižy. Kościół pw. Św. Mikołaja i dawny benedyktyński klasztor to pierwsze budynki widoczne z tej drogi. Pobudowane z dala od wybrzeża przybrały formę twierdzy mającej chronić zakonników przez atakami od strony morza. Z ciekawostek – świątynia został konsekrowana w roku 1177  przez samego papieża Aleksandra III, którego statek w czasie podróży do Wenecji został zepchnięty przez wiatry na okoliczne skały. Rozbudowywany latami kościół ma obecnie aż pięć naw i znajdziemy w nim ślady wielu stylów architektonicznych od romańskiego przez gotyk aż po barok choć, oczywiście, w wyposażeniu przeważa ten ostatni. Mnie w pamięci utkwiły zwłaszcza boczny ołtarz betlejemski będący w istocie drugą najstarszą, bo pochodząca z 1692 roku, szopką w Chorwacji jak też, przypominająca raczej balkon, ambona. Poniżej wczesno XVII wiecznych bastionów otaczających świątynię rozciąga się cmentarz różniący się od polskich zarówno architekturą poszczególnych nagrobków jak i bardziej efektywnym wykorzystaniem przestrzeni. Wyniosła kościelna wieża stanowi punkt orientacyjny dla zbliżających się do portu jednostek. Z kolei, patrząc z kościelnego dziedzińca ogarnia się wzrokiem całe miasteczko, zatokę nad którą jest ulokowane, pobliską wyspę Biševo, jak i bardziej odległą Svetac.

Kąpieli zażywaliśmy na najbliższej plaży, w północnej części miasteczka. Nie dość, że była dosyć rozległa, tak w części lądowej jak i morskiej, przez co nie miało się wrażenia tłoku, to jeszcze beach bar oprócz kawy i mocniejszych trunków serwował też całkiem pomysłowe owocowo-warzywne smoothie. Nic to jednak wobec widoku na trójszczytową fasadę kościoła NMP od Piratów (Gospa Gusarica) oraz koncertu bicia jego dzwonów w samo południe. Oryginalne wezwanie wiąże się z historią o piratach, którzy mieli podobno złupić kościół i zabrać z niego ikonę NMP. Cóż kiedy nie dali rady odpłynąć z łupami. Udało się to dopiero po wyrzuceniu ikony za burtę, ta zaś, ma się rozumieć, dopłynęła na brzeg tuż przy swoim kościółku. Wciśnięta między plażę, a opadające ku morzu górskie stoki świątynia jest w rzucie szersza niż dłuższa, wskutek czego każda z trzech naw jest z funkcjonalnego punktu widzenia autonomiczna. Uwagę zwraca metalowy krzyż. Mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów skrupulatnie umieszczono na nim wszelakie młotki, gwoździe, cęgi i piki, czyli atrybuty męki Pańskiej. Skromne organy nie byłyby godne wzmianki, gdyby nie umieszczona w opisie kościoła informacja, że pochodzą z warsztatu Stefana Kolarewicza z Krakowa. Wobec braku dowodów, by w drugiej połowie XVII wieku funkcjonował w Krakowie taki warsztat, a równocześnie konstrukcyjną i melodyczną bliskość z instrumentami szkoły wenecko-dalmatyńskiej, historycy skłaniają się, pomijając koncepcję legendy miejskiej, do poszukiwania pochodzenia mistrza z innych miast/regionów o podobnej do Cracovii pisowni lub wymowie. Nie wykluczają przy tym wyspy Krk, która po łacinie zwie się Curicta. Ciekawe, że nikt nie dopuszcza możliwości, iż polskiego pochodzenia organmistrz był mnichem w jednym z licznych chorwackich klasztorów. Organy pochodzą wszak z epoki, gdy łatwiej było wyeksportować człowieka niż tak złożony instrument muzyczny. Vis nie ma naturalnych rzek. Większość źródeł wody pitnej znajduje się w strefie brzegowej. Jedno z nich znajduje się pod kościołem, skąd woda odprowadzana jest rurami do zdobionej płaskorzeźbami studni na dziedzińcu. W epoce przedwodociągowej przy studni zbierali się więc Komižanie, tak w celach praktycznych jak i towarzyskich.

Krzyż z zestawem atrybutów męki Pańskiej

Komiža była centrum rybołówstwa w środkowej Dalmacji. Miejscowi rybacy łowili niegdyś jakieś niespotykane ilości sardynek, a w XIX wieku wyspa stała się centrum połowów i dystrybucji, w tym eksportu, homarów. Działalność ta musiała być wysoce dochodową oceniając po ilości i jakości budynków wzniesionych przez mieszkańców. Cztery kościoły, wielokondygnacyjne kamienice (nasz apartament mieścił się właśnie w takim “drapaczu chmur”), w końcu czuwająca nad wejściem “Komuna”, czyli XVI wieczna wenecki fort mająca bronić portu i komižan przed piratami, którzy ściągali tam gdzie było co złupić. Nota bene, wenecka centrala wyłożyła na budowę tylko połowę potrzebnych środków. Druga połowa została sfinansowana z zysków z handlu rybami. Ot, taki renesansowy poprzednik partnerstwa publiczno-prywatnego. Współczesnę nazwę obiekt ten zawdzięcza przebudowie na siedzibę władz miasta przed 150 laty. Dodano wtedy wieżę zegarową, balkon oraz wykuto w grubych murach otwory okienne. Mimo, że ściany twierdzy nie opadają już wprost do morza, lecz są od niego oddzielone szerokim nabrzeżem to jednak obecność takiego znacznika krajobrazowego z wieżą wznosząca się ponad maszty zacumowanych w pobliżu jachtów dodaje portowi w Komižy swoistego uroku.

A tu widać jak solidna była to konstrukcja

Przetwórstwo ryb to też już historia. W mieście znajdziemy kilka opuszczonych budynków po fabrykach konserw. Jeden z nich od sierpnia do grudnia 2017 roku zajęło na swoje potrzeby kierownictwo produkcji filmu Mamma Mia 2. Miejsca gdzie przebywali aktorzy są skrupulatnie oznaczone, a co poniektórzy przedstawiciele świata usług turystycznych chwalą się znajomością np. z Piercem Brosnanem. Parking, na którym zostawiliśmy nasz pojazd znajdował się też na terenie upadłej przetwórni. Opuszczone hale zajęło kilka mniejszych firm (w tym miejscowy zakład oczyszczania miasta), ale że stoją one wśród śródziemnomorskiego lasu będącego największym obszarem zieleni w mieście, na spacery z Harrym chodziliśmy właśnie tam. Po rybackiej przeszłości pozostał jeszcze jeden relikt. Jest nim olbrzymia ilość kotów i ogólnie pozytywny stosunek mieszkańców do tych stworzeń. Z jednej strony ich obecność dostarcza wielu fascynujących tematów dla fotografów, z drugiej w najmniej spodziewanych momentach człowiek jest alarmowany dzikimi awanturami oraz przeraźliwymi odgłosami wydawanymi przez futrzaki z im tylko znanych powodów. Harry, którego stosunek do kotów jest raczej pozytywny, co i rusz zdumiewał się gdy zza uchylonego okna syczały na niego niczym węże, a czasem pazurzasta łapa wysuwała się zza ogrodzenia by trzepnąć go po ogonie.

W odległości 5 mil morskich od Komižy leży wyspa Biševo. Przy nabrzeżu w Komižy wiele firm oferuje wycieczki na Biševo. Ich program i cena różnią się w zależności od długości wycieczki i liczby oferowanych atrakcji. Każda opcja zawiera wizytę w Błękitnej Jaskini. To jaskinia z podwodnym wejściem, do której dostają się jednak odbite od dna promienie słońca. Aby umożliwić dotarcie doń osobom nieskłonnym do nurkowania użyto dynamitu, ale sklepienie uzyskanego otworu jest na wysokości tylko 1,5 m nad wodą. Powoduje to konieczność przesiadania się na wyspie do niziutkiego czółna oraz pochylanie głów, by nie nabawić się guza. Przy wzburzonym  morzu wpłynięcie do jaskini jest zupełnie niemożliwe. Pomimo ogromnego ruchu, kolejki czółen przed jaskinią i, generalnie, nastrojowi rozszalałej komercji wrażenie z wnętrza jaskini jest niezapomniane. Możliwość podziwiania gry światła na dnie i skałach oraz atmosfera zanurzenia w lazurowej bańce jest warta każdej ceny. 

W środku zapadamy się w świetlistą, błękitną bańkę

Doznania innego rodzaju zapewnia wizyta w Jaskini Niedźwiedziej. Ma ona aż 160 metrów długości, przez co w jej głębi panuje atramentowa ciemność. Szyper naszej łodzi zaproponował udanie się wpław do znajdującej się u jej końca  niewielkiej plaży, ale nam z Podziomkiem wystarczyło spenetrowanie pierwszych 10 metrów skalisto-morskiej szczeliny.

Gdyby w czyichś głowach pojawiło się pytanie skąd wziął się niedźwiedź w nazwie jaskini, spieszę wyjaśnić, że w jej okolicy znaleziono ślady bytowania rzadkiej foki – mniszki śródziemnomorskiej. Pobożni Chorwaci nie zdecydowali się na wprowadzanie akcentów religijnych do nazewnictwa zoologicznego i w ich języku zwierzę to nazwali medvjedić, czyli dosłownie niedźwiadek. Nasza wycieczka zajęła 6 godzin więc zdążyliśmy pobyczyć się dwie godziny w zacisznej zatoce Porat i opłynąć całe Biševo naokoło. Przy stromych, skalistych klifach po południowej stronie wyspy Podziomek dostrzegła niewielkiego sokoła. Chciałoby się wierzyć, że był to gniazdujący tu sokół skalny, zwany bardziej malowniczo w łacinie, angielskim i chorwackim sokołem Eleonory. W bonusie krajoznawczym przepłynęliśmy wolno wzdłuż południowo-zachodniego cypla wyspy Vis gdzie, wśród innych mini plaż, znajduje się też taka o swojskie nazwie Pizdica. Ponieważ nazwa ta oznacza to czego można się domyślić miejscowi przewodnicy snują najdziksze bajania na temat jej etymologii.

Nad dachem naszej kamienicy wyrastał  jeszcze penthouse. Jedno, niewielkie pomieszczenie z sofą, telewizorem i półkami na książki. Nie widziałem jednak, by ktoś z niego korzystał. Co innego otaczający je taras. Byliśmy jego regularnymi gośćmi. Ze względu na mizerność pokojowej wnęki kuchennej przenosiliśmy się tam ze śniadaniami. Wieczorami wpadaliśmy na lampkę (no dobrze, bywało, że i dwie) wina. Widok na ograniczoną górskimi zboczami zatokę, stojące na redzie jachty, czerwone dachy domów, wieże kościołów i “Komuny” nie chciał się nam znudzić. Wieczorami z dołu dochodziły stłumione odgłosy życia miasta, a księżyc w zmieniających się odcieniach żółci i pomarańczy przemieszczał się dostojnie ponad grzbietami gór. Nasza kamienica mogła pomieścić w swoich malutkich pokoikach 9 par spragnionych romantycznych doznań i widoków. Taras ze względu na swoją formę mógł w niekrępujący sposób pomieścić ledwie dwie pary. Mimo to udawało nam się uniknąć tłoku. Może ze względu na doświadczenie, tak życiowe jak i pobytowe: My zajmowaliśmy nasz lokal przez tydzień, gdy pozostali gości rzadko zatrzymywali się na dłużej niż dwie noce. Zawsze udawało nam się przyjść do naszego podniebnego azylu w momencie, gdy przynajmniej jego połowa była do naszej dyspozycji.

Oj, idzie na burzę!

Komiža prócz niewątpliwych wartości krajobrazowo-architektonicznych zaskoczyła nas kilkoma aspektami swojej oferty turystycznej. Choć epidemia zamkniętych kościelnych odrzwi nie jest w Chorwacji tak rozwinięta jak w Polsce, to, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i obiektach nieuznawanych za zabytkowe zdarzało nam się pocałować klamkę. Tymczasem w trakcie ostatniej wizyty zetknęliśmy się z zasadą, iż każda świątynia miała określone godziny zwiedzania. Przy tym na każdej była informacja dotycząca wszystkich kościołów w mieście. Bardzo to ułatwiało planowanie ich odwiedzania. Komiža była też pierwszym miastem tej wielkości, gdzie prócz croissanta do porannej kawy można było zamówić cały zestaw śniadaniowy. W końcu, co też dotychczas było domeną większych miast, w miasteczku funkcjonuje regularna cukiernia, czyli przybytek w potocznej świadomości łączony z atmosferą i ofertą kawiarni w duchu habsburskim, a nie dalmatyńskim. Wszystkie te obserwacje mogą wynikać z wyjątkowości Komižy, ale mogą też być wynikiem zmian zachodzących w społeczeństwie i gospodarce chorwackiej. Przez długie lata sektor turystyczny Dalmacji zasilany był latem przez pracowników sezonowych z głębi lądu i większych miast. W tym roku, po raz pierwszy, zaobserwowaliśmy, że w gastronomii i hotelarstwie coraz więcej pozycji zajmują migranci, często pochodzenia azjatyckiego. Że jest to fenomen nie tylko komižski, ale ogólno chorwacki i ma charakter masowy, przekonaliśmy się podczas krótkiej wizyty na wyspie Krk, gdzie pod logo znanej sieci hotelowej funkcjonował hotel pracowniczy, a wokół niego odpoczywało sporo pracowników o egzotycznej powierzchowności. Cóż, jest to pewnie sposób na utrzymanie w miarę przystępnej oferty cenowej tej sieci.

Pisanie o chorwackiej gastronomii to zadanie miłe, bo karmi ona smacznie i zdrowo, ale równocześnie trudne, bo jak tu wskazać, która restauracja przewyższa inne i w jakim obszarze? W pobliżu naszej kamicy na wysuniętym w morze przylądku znajdowało się skupisko trzech restauracji. Jedna z nich chlubiła się faktem, że kilka scen do filmu Mamma Mia 2 było kręconych właśnie pod jej dachem. Poza tym znajdował się ona w historycznym budynku przechowywania i przygotowania do eksportu złowionych homarów. Nic dziwnego, że stanowią one i dzisiaj podstawę restauracyjnego menu. Po zrobieniu rezerwacji stolika (UWAGA: z dwudniowym wyprzedzeniem!) i my skusiliśmy się na owe frykasy. W ten sposób pobiliśmy życiowy rekord wysokości restauracyjnego rachunku. Czy homar był tego wart? Być może. Natomiast widok na komižski port w promieniach zachodzącego słońca na pewno.

Gdy przed laty jeździliśmy do Chorwacji z małoletnimi córkami zazwyczaj unikaliśmy zatłoczonych plaż szukając dzikich skrawków wybrzeża oddalonych sporo od siedzib ludzkich. Zauważyłem, że w ostatnich latach coraz częściej wystarczają nam plaże miejskie i, o zgrozo!, oznakowane kąpieliska. Stosunkowo nowym zjawiskiem w naszym sposobie letniego wypoczynku jest też wykupywanie dodatkowo płatnych atrakcji. Może po prostu już nas na nie stać, a może zaczęliśmy cenić swój czas i nie chcemy go nadmiernie tracić na samodzielne organizowanie każdej minuty wakacji. Samochód też miał dłuższy odpoczynek. Przez cały tydzień wyjechaliśmy z parkingu tylko raz, by odwiedzić stolicę wyspy – miasto Vis. Trafiliśmy na załamanie pogody, przez co trudno powiedzieć byśmy je dobrze poznali. Za to w odwiedzonej restauracji, gdzie byliśmy jedynymi klientami, nie dość, że pogadaliśmy sobie z panią właścicielką to jeszcze dostaliśmy nie przewidziany w karcie talerz owoców morza, który okazał się przepyszny. To wydarzenie spowodowal, że odżyla we mnie pokusa przyjazdu do Chorwacji poza sezonem letnim, tym samym nawiązując do naszej pierwszej wizyty w tym kraju, tej samej, z której powrotna droga wiodła przez Bawarię i pensjonat zaspanego Steffla.

Kategorie
Litwa

O szynelu rzeźbiarza, heretyku w katedrze oraz Igorze ze Zwierzyńca, czyli szybki powrót do Wilna

Na wileńskim Zarzeczu, mniej niż 100 metrów od przerzuconego nad rzeką Wilenką mostu na granicy samozwańczej republiki artystycznej, na kołku wbitym w ścianę kamienicy wisi płaszcz. Nie jakiś zwykły, tekstylny. Jest to płaszcz metalowy, może wręcz spiżowy. Umieszczona obok trzyjęzyczna tablica wyjaśnia, że jest to szynel Antoniego Wiwulskiego, rzeźbiarza służącego w siłach Samoobrony Wileńskiej. Artysta miał rzekomo przed tym właśnie domem oddać, w styczniu 1919 roku, swój przyodziewek bardziej zmarzniętemu koledze. Niestety, warunki pogodowe nie sprzyjały takim aktom altruizmu. Wiwulski, od lat zmagający się z gruźlicą, przeziębił się, wywiązało się zapalenie płuc i po tygodniu świat kultury i sztuki mógł zacząć o nim mówić w czasie przeszłym. Trwają dyskusje czy ciepłe okrycie rzeźbiarza należy nazywać szynelem (samoobrona była przecież tylko formacją paramilitarną) czy tylko kożuszkiem bądź wręcz płaszczem. Niektórym przedstawicielom mniejszości polskiej w Litwie przeszkadza brak uwypuklenia narodowości artysty czy celów o jakie walczyła Samoobrona. Tymniemniej, Republika Zarzecza zgodnie ze swoją konstytucyjną zasadą “Człowiek ma prawo przynależeć do różnych narodowości” upamiętniła nietuzinkową sytuację i nietuzinkową osobę bez zwracania uwagi jakiej narodowej bajki jest ona bohaterem.

Rzadko zdarza mi się wracać w te same miejsca bez kilkunastoletniej karencji. Tymczasem. Wilno znalazło się na naszej trasie po raz drugi w ciągu roku. Postanowiliśmy zerwać z tą praktyką, gdy po listopadowej wizycie wyszło na jaw, że towarzyszka wielu naszych wypraw, zwana w rodzinie ciocią Kasią, w stolicy Litwy nigdy jeszcze nie była. Do grupy dokooptowano jej brata, w planach była jeszcze jego małżonka, a nawet i pies, ale ostatecznie pojechaliśmy w czwórkę. Z drogi dojazdowej oprócz faktu, że nawigacja poprowadziła nas na zupełnie lokalne przejście graniczne koło Puńska, a potem, już po litewskiej stronie, przez dwa odcinki dróg gruntowych, warte wspomnienia jest, że zahaczyliśmy o Park Regionalny Zakola Niemna rozciągający się wzdłuż meandrującej rzeki od Rumbowiczy (Rumbonys) na południu po Pocuny (Pociūnai) na północy. Wprawdzie przesadnym wydaje się twierdzenie dawnego kronikarza, że flisacy płynący rzeką mogli po całym dniu biwakować przy pozostawionym rano ognisku, ale trzeba przyznać, że Niemen nie mógł się tu zdecydować gdzie właściwie ma pokierować swe wody. Z punktu widokowego w pobliżu Balwierzyszek (Balbieriškis) rzeka robi majestatyczne i paradoksalnie sielskie wrażenie. W uzdrowisku Birsztany (Birštonas) rozłożonym w najwęższym, niespełna dwukilometrowym przesmyku międzyrzecznym obserwowaliśmy czaple i kaczki znad talerzy z naleśnikami i plackami ziemniaczanymi. Do Wilna dotarliśmy około godziny 16, co pozwoliło rozpocząć zwiedzanie jeszcze tego samego dnia.

Nasz program ze względu na zróżnicowane doświadczenie turystyczne uczestników musiał zawierać zarówno wileńskie “must see” jak i miejsca rzadziej odwiedzane przez gości miasta. Wykupiliśmy więc wycieczki z przewodnikiem po uniwersytecie oraz do katedralnych krypt. Ta pierwsza obejmowała biblioteczne sale Smuglewicza i Lelewela oraz wnętrza i wieżę obserwatorium astronomicznego. Oprowadzanie było po polsku. Dwie Koreanki, które dołączyły do grupy miały wprawdzie zainstalowane programy translatorskie w swoich komórkach, ale wobec specyfiki wileńskiej polszczyzny przewodniczki wkrótce ograniczyły się do doznań wzrokowych. Z palety fresków na ścianach zwiedzanych pomieszczeń (barokowe w sali Smuglewicza, art decowskie w sali Lelewela) największe wrażenie, w moim przypadku, wywołały prace Petrasa Repšysa w holu Centrum Studiów Litewskich uniwersytetu. Wykonana w latach 1976-84 kompozycja nosi nazwę Pory Roku. Pełna stworów z litewskiej mitologii i mniej lub bardziej baśniowo oddanych zwierząt jest daleką reminiscencją obrazów Hieronima Boscha. Podobno autor tłumaczył zaniepokojonym cenzorom, że jego sztuka sięga korzeniami tradycji ludowych, a ten argument zamykał usta krytykom, bo wszak ich władza miala także wywodzić się z potrzeb ludu. Mam tylko nadzieję, że jako ilustrator książek dla dzieci, Repšys stosował mniej ekspresyjne techniki malarskie. 

Wycieczka po kryptach odbyła się w grupie anglojęzycznej. Młoda przewodniczka starała się głównie rozbawić jej uczestników. Nie dowiedzieliśmy się więc wiele nowego, choć mnie osobiście ujął jej dystans do kultu Wielkiego Księcia Witolda jaki panuje w Litwie. Wspomniała też bardzo oględnie o współczesnych sporach medialnych i prawnych między odkrywcami i eksploratorami krypt, a zarządcami świątyni i władzami miasta. To przykład swoistego genius loci, bo już w latach trzydziestych XX w., gdy po raz pierwszy penetrowano krypty i znaleziono pochówki królewskie, przedstawiciel strony kościelnej utyskiwał, że klucze do katedry musiał wydawać socjaliście (to o ówczesnym wojewodzie) oraz heretykowi (a to o konserwatorze zabytków). Ponieważ byłem świeżo po lekturze wspomnień osób zaangażowanych w prace archeologiczne w katedrze w latach 30-tych XX wieku, a przed oczami miałem tolkienowski wręcz obraz czaszki Barbary Radziwiłłówny w koronie królewskiej, tak jak ją ówcześnie znaleziono, szczególnie silnie odczuwałem rozdźwięk między atmosferą naszej komercyjno-edukacyjnej tury, a powagą zwiedzanego miejsca.

Barbara Radziwiłłówna, królowa Polski, tak jak ją znaleziono w kryptach katedry w 1931 roku

Kaplicy w Ostrej Bramie po raz kolejny nie udało się zwiedzić, gdyż każda grupa turystyczno-pielgrzymkowa z Polski organizuje tam własne nabożeństwo w porach daleko odbiegających od oficjalnego grafiku. Udało nam się jednak wspiąć na pięterko i z pomieszczenia sąsiadującego z kaplicą ocenić stan prac przy zieleni Ogrodu Ostrobramskiego. Ten ukryty wśród murów czarujący zakątek jest podobno dostępny przez budynek hotelu Domus Maria, ale nie zdecydowaliśmy się skorzystać z tej możliwości. Obejrzeliśmy za to dokładnie zdobienia po południowej, architektonicznie ciekawszej, lecz religijnie neutralnej, stronie bramy.

Świątynie zwiedzaliśmy tak trochę z przypadku. Drzwi były otwarte, a w środku nie odbywało się nabożeństwo, to wchodziliśmy do wnętrza. Wyjątek zrobiliśmy dla katedry (ach ta kaplica św. Kazimierza!), kościoła uniwersyteckiego św. Jana i, oczywiście, kościoła św. Piotra i Pawła na Antokolu. Nadmiar architektury sakralnej potrafi zlać się w taki religijny amalgamat, z którego wspomnienia trudno później przypisać do konkretnego obiektu. Zachowaliśmy jednak umiar dzięki czemu ciągle potrafię skojarzyć szaleństwo stiukowych ornamentów, hiszpańską figurę Chrystusa z prawdziwymi ludzkimi włosami na głowie, czy pokorne wyznanie “Tu spoczywa grzesznik” z antokolską świątynią. Podobnie jak figurę Matki Boskiej Brzemiennej z kościołem pofranciszkańskim, drewnianą architekturę ołtarzy i gotyckie freski z Bernardynami, a portret Stefana Batorego i metalową płaskorzeźbę Kościuszki dłuta Wiwulskiego z kościołem św. Jana. Nie byłbym sobą, gdybym nie powiódł grupy do kościoła luterańskiego, by pokazać jej rzeźbiarski wystrój wnętrz dłuta wileńskiego tytana barokowej rzeźby i architektury – Jana Krzysztofa Glaubitza.

Kolejna wizyta na Rossie utwierdziła mnie w przekonaniu, że cmentarze powinny być zakładane w terenie o pofałdowanej rzeźbie. Niestety, niektórym przypadło w udziale żyć, umierać i być pochowanym na bezkresnych równinach. W każdym razie myślę, że conajmniej połowa uroku cmentarza na Rossie wynika z jego lokalizacji. Z mnogości stylów architektury sepulkralnej najbardziej przemawia do mnie art deco i modernizm. Nota bene, cmentarz wojskowy oraz nagrobek matki Piłsudskiego i serca marszałka to też ten styl. Pomniki na grobach litewskich są ciekawe i robią duże wrażenie, gdy odwołują się do rzeźby ludowej tego regionu. W przeciwnym razie zanurzają się w niebezpieczne otchłanie eksperymentu na granicy dobrego smaku. Na Nowej Rossie znalazłem pomnik w kształcie głowy z ptasim ogonem. Nie był to wszak pomnik ornitologa. Wydłużony element pełnił funkcję przeciwwagi dla niezbyt stabilnego, owalnego czerepu. W morzu pięknych, polskich pochówków trafiają się jednak i potworki, takie jak mająca formę regularnego bunkra kaplica Raduszkiewiczów. Ci to nie oszczędzali na betonie! Wizyta na Rossie dostarczyła też dowodów, że nie zawsze uczymy się na własnym doświadczeniu. Po raz kolejny nie dostaliśmy się do kaplicy z pochówkami Sierakowskiego, Kalinowskiego i innych powstańców styczniowych mimo, że z poprzedniego pobytu powinniśmy zapamiętać, że wstęp do niej możliwy jest tylko w dni powszednie.

Wśród nieoczywistych miejsc odwiedzonych tym razem w Wilnie była hala targowa na rogu ulic Pylimo i Bazilijonu. Obiekt w sumie typowy, pochodzący z pierwszej dekady XX wieku. Podziomek i ja mamy jednak słabość do ówczesnych świątyń handlu, ich architektury i atmosfery. Pochodziliśmy trochę wśród stoisk ciesząc oczy kolorami i zapachami wystawianych na sprzedaż produktów. Udało nam się kupić w przystępnej cenie, tzn. 10 razy niższej niż na ulicy Wielkiej (Didžioji), okulary przeciwsłoneczne, a nawet skorzystać z miejscowej oferty kulinarnej.

Turyści z Polski mają w zwyczaju odwiedzać w Wilnie kościoły katolickie, gdzie mogą znaleźć wiele polskich śladów, pomijają natomiast cerkwie postrzegając je jako element rosyjskiej spuścizny kulturowej. Owszem, w mieście są cerkwie zbudowane za cara i mające wizualnie wyznaczać obszar panowania prawosławia takie jak cerkiew św. Michała i Konstantyna na Pohulance czy cerkiew Znamieńska na zachodnim zamknięciu ulicy Gedymina. Cerkwie staromiejskie są jednak, co do zasady, średniowieczne, co najwyżej rozbudowywane w czasach zaborów. Mało kto kojarzy, że prawosławie przyszło na Litwę przed katolicyzmem, a oficjalnym językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego był, przez długie lata, język staroruski. My odwiedziliśmy tylko centralnie położoną cerkiew św. Paraskewy, ale myślę, że odwiedzenie pozostałych byłoby ciekawym doświadczeniem.

Ikonostas w cerkwii Św. Paraskewy

W czasach Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w Wilnie czynne były tylko trzy kościoły rzymskokatolickie. Pozostałym wyznaczono różne funkcje, z których te muzealne pozwalały na zachowanie maksymalnie dużej ilości wyposażenia wnętrz. Przywrócenie tych świątyń do celów kultowych oraz odtworzenie ich wyposażenia to dzieło wręcz tytaniczne. W kościele pofranciszkańskim dobiega ono już końca, u Bazylianów jest na bardzo wczesnym etapie. Kompleks poaugustiański, choć odzyskany przez Kościół, pozostaje podzielony na liczne pomieszczenia wynajmowane na cele komercyjne. Położony po drodze na Rossę kościół Wniebowstąpienia Pańskiego ma pięknie odnowioną fasadę, ale zdewastowane wnętrze, a pobliski kościół Serca Jezusowego wraz z klasztorem wizytek jeszcze nie podniósł się po latach, w których pełnił funkcje sowieckiego więzienia.

Jeszcze innym celem naszej wizyty były wileńskie parki. W części staromiejskiej nie są one zbyt rozległe. Nazwy zdradzają ich przeszłość. My odwiedziliśmy ogrody bernardyńskie oraz tereny parkowe na dawnych cmentarzach luterańskim i kalwińskim. Wszystkie mają bogatą i starannie wypielęgnowana zieleń. Tym pierwszym uroku dodaje sąsiedztwo rzeki Wilenki, a ich minusem, przynajmniej podczas naszej wizyty, była nadmiernie głośna muzyka dobiegająca z głośników rozmieszczonych przy centralnej części założenia. Po drugiej, wschodniej stronie Wilenki, na stromych stokach doliny rozciąga się za to całkiem dziki las z błotnistym ścieżkami i powalonymi drzewami. Można się stamtąd wdrapać nowymi, jednobiegowymi, metalowymi schodami aż na Bekieszową Górę. Park luterański na Górze Bouffałowej został za czasów sowieckich zdewastowany poprzez wybudowanie na jego terenie monstrualnych budynków już rozebranego pałacu związków zawodowych oraz pałacu ślubów.  Pamięć o przeszłości tego terenu przywrócono ostatnio poprzez powrót z cmentarza na Rossie pochodzących stąd nagrobków i pomników. Stanęły one w okolicy jedynej zachowanej in situ kaplicy cmentarnej chroniącej doczesne szczątki profesora chirurgii Jana Fryderyka Niszkowskiego. Za czasów sowieckich w kaplicy istniało stoisko sprzedaży pamiątek, którego funkcjonowanie z dala od atrakcji Starego Miasta jest na pewno jednym z dowodów na absurdy gospodarki planowej w ZSRR.

Nie zwiedziliśmy wielkiego, ponad 120 hektarowego parku, a właściwie lasu miejskiego, Zakręt (Vingio parkas) gdzie znajdują się ogród botaniczny oraz amfiteatr. Mieliśmy jednak okazję podziwiać jego panoramę z błoni po północnej stronie Wilii, od strony dzielnicy Zwierzyniec. Ta zresztą dzielnica jest moim osobistym odkryciem wyjazdu. Większa i bogatsza krewniaczka białostockich Bojar, zabudowana głównie drewnianymi domami znajduje się obecnie pod konserwatorską ochroną i uznawana jest znowu za dzielnicę prestiżową. Nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania. Dwie świątynie prawosławne i jedna katolicka, karaimska kenesa, zruinowany budynek będący pierwszą siedzibą Polskiego Radia w Wilnie, kilka ambasad, ze trzy restauracje i jedna kawiarnia. Natomiast możliwość spaceru ulicami obramowanymi rzędem drewnianych, otoczonych ogrodami willi w słoneczny, lipcowy dzień, bez towarzystwa tłumu turystów i miejscowych, była naprawde bezcenna. Na nas z Podziomkiem spłynął tam taki spokój, że zupełnie w angielskim stylu, zalegliśmy na trawie na opadających ku Wilii stokach doliny.

Poniżej kilka przykładów architektury mieszkalnej Zwierzyńca

Błonia na skraju Zwierzyńca z mostem wiodącym przez Willię do Lasu Zakręt

W dziale kulinaria naszego wyjazdu staraliśmy się pogodzić wartości smakowe z oryginalną lokalizacją.W pobliżu placu Katedralnego znaleźliśmy ukrytą w podwórku restaurację absolutnie nie wartą wspomnienia, gdyby nie fakt, że oferowane tam jako zakąska paluszki serowe okazały się sześcioma solidnymi (na oko ok. 100 g sztuka) kawałami nabiału zasmażanymi w solidnej pierzynce panierki. Gdy zakąska zapewnia bez mała dzienną porcję kalorii, cóż dopiero mówić o daniach głównych! Restauracja w Zwierzyńcu zachwyciła nas ulokowaniem stolików w rozległym ogrodzie starej drewnianej willi. Miejscowy kelner zdobył tytuł Igora wyjazdu, przyznawany tradycyjnie przez naszą rodzinę najbardziej profesjonalnemu przedstawicielowi tego fachu. Nie dość, że znalazł nam miejsce, choć rezerwacja zrobiona była na dzień kolejny, to jeszcze miło nas zagadywał oraz kompetentnie doradzał przy wyborze dań. Nie dziwota, że kierowani jego uwagami trafiliśmy na same pyszne potrawy. Restauracja na XVII-wiecznym dziedzińcu alumnatu, obecnie wchodzącym w skład staromiejskiego kompleksu uniwersyteckiego, serwowała eleganckie włoskie dania. Młoda, polska kelnerką czarowała nas wymową aktorskiego “Ł”, za to włoski właściciel, który zjawiał się przy stolikach, by pytać gości o ich wrażenia, posługiwał się zabawną śródziemnomorską angielszczyzną. W jednym z pomieszczeń do wynajęcia w klasztorze poagustiańskim umościła się naleśnikarnia prowadzona przez fundację pomagająca osobom z problemami natury psychicznej. Architektura tego pomieszczenia jest wręcz spartańsko industrialna, ale życia i ciepła nadają jej ludzie, tak obsługa jak i liczni goście. Dodatkowo, prawie wszystkie prezenty z Wilna nabyliśmy właśnie w małym sklepiku tej restauracji.

Antoni Wiwulski znany jest głównie z dwóch dzieł w skali XXL: Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie oraz pomnika Trzech Krzyży na wzgórzu położonym na wschód od wileńskiego zamku. Ciekawe, że obydwa pomniki padły ofiarą ideologicznie motywowanych najeźdźców – krakowski został zniszczony przez hitlerowskich Niemców, a wileński przez komunistycznych ludzi radzieckich. Obydwa odbudowano na wzór oryginałów, lecz wprowadzając niewielkie zmiany. Krzyże w Wilnie zostały podwyższone, gdyż stawiane w 1916 roku na wzniesieniu zwanym Łysa Góra nie musiał ścigać się wysokością z okolicznymi drzewami, co ma obecnie miejsce. W Krakowie odtworzony król Jagiełło stanął w strzemionach miast siedzieć w siodle. W pierwotnej formie pozostało tylko kolejne dzieło – kaplica Objawienia Matki Boskiej w Szydłowie (Šiluva) na Żmudzi. Wyciągnięta w pionie, modernistyczna, biała bryła góruje nad małomiasteczkową zabudową. Gdy zobaczyłam jej zdjęcia moje serce, czułe na architekturę powstająca zgodnie z hasłem “Forma wynika z funkcji”, zadrżało. Już wiedziałem, że jeśli zdrowie pozwoli, program następnej wycieczki na Litwę obejmie Żmudź i zachodnią, bardziej oddaloną od Polski, część tego kraju.