Kategorie
Wielka Brytania

Nie dotykaj kota bez rękawicy, czyli gdzie w Highlands spotkać szpiega

Przysiedliśmy na ruinach jakichś zabudowań. Fakt, że niegdyś gospodarowali tu ludzie był podkreślony przez kępę rosnących w pobliżu drzew. Poza tym, otaczała nas rozległe moors – bezdrzewne królestwo wrzosów, traw, wełnianki i paproci orlicy wypełniało wypłaszczenie terenu u zbiegu trzech rzek/strumieni górskich. W pobliżu ciurkał najmniejszy z nich. Zastanawialiśmy się, czy kontynuować wędrówkę w górę rzeki Feshie, poszukać ścieżki wiodącej na sugerowany przez opis w przewodniku szczyt Carn Dearg Mor, czy też odbić w boczną dolinkę ku wschodowi, gdzie przez przełęcz można by dostać się do sąsiedniej doliny Glen Tromie. Nagle uwagę naszą zwróciła postać zbliżająca się od strony górnej części doliny Feshie. Wysportowanej, żylastej, pięćdziesięciolatce w profesjonalnej outdoorowej odzieży towarzyszył pies – beżowy spaniel. Przywitaliśmy się raczej zdawkowo, po czym owa pani ruszyła drogą w kierunku Glen Tromie. Trochę nas to zdziwiło. Doliną Feshie wiodła wprawdzie historyczna przeprawa do doliny rzeki Dee po południowej stronie gór Cairngorms, ale byłaby to nie lada wyrypa. Tym bardziej, wybór doliny Tromie nie stanowił najkrótszej drogi powrotu do cywilizacji.

Po chwili namysłu i my ruszyliśmy w tym kierunku. Drogi na Carn Dearg Mor nie udało nam się znaleźć. Widocznie, jak wiele innych opisanych w tym przewodniku, była wytworem imaginacji autora wędrującego przez góry na przełaj. Nasza droga dźwigała się szparko coraz bardziej zawężającą się boczną dolinką. Wkrótce minęliśmy ostatnią połać lasu, a ze stromych zboczy jęły wystawać mniejsze i większe skałki. Niezadługo oczom naszym ukazał się malowniczy stawek Lochan Ant Sluic. Łagodnie wijąca się droga wznosiła się do niedalekiej przełęczy. Wzmagający się wiatr skutecznie zniechęcił nas do kontynuowania podejścia. Droga powrotna dostarczała oszałamiających widoków na wyższą część Cairngormsów z dwoma munros (szczyty o wysokości ponad 3000 stóp) Meall Dubhag i Carn Bar Mor. W połowie zejścia nagle dogoniła nas wysportowana dama z pieskiem. Zagadnięta, czy widok z przełęczy wart był jej wysiłku, jakoś się zacukała, ale był to początek miłej rozmowie, w trakcie której my poinformowaliśmy, że przyjechaliśmy z Polski i samochód zostawiliśmy na parkingu w dole Glen Feshie, a pani zarekomendowała nam widok z Ponny Bridge w pobliżu. I znowu się rozstaliśmy.

Doliny w górach Cairngorms są długie i nisko położone, a płynące nimi rzeki bogate w wodę i ubogie w przeprawy mostowe. Przez Feshie wiodły niegdyś dwa mosty, ale od czasu zniesienia jednego z nich przez powódź, pozostał tylko ów Ponny Bridge położony, faktycznie, w wielce malowniczym zwężeniu rzeki. Jak to w Wielkiej Brytanii, teren jest prywatny i objęty jedną posiadłością. Ponieważ równocześnie prawo szkockie zapewnia powszechną dostępność dróg i wód, każdy może wejść na teren prywatny w celach turystyczno-rekreacyjnych. Właściciele dostosowując się do tych warunków przygotowują zazwyczaj ofertę turystyczną. W dolinie Feshie istnieją trzy kompleksy domków/willi na wynajem. Około kilometra od ogólnodostępnego parkingu wznosi się zespół budynków pełniący, chyba, rolę centrum administracyjnego tej posiadłości. Biorąc pod uwagę peryferyjność jego położenia żartowałem, że Brytyjczycy znani z wykorzystywania, w tajnych operacjach, wiejskich posiadłości, prowadzą tam szkołę szpiegów. Młodsza o pokolenie część uczestników (córka wraz ze swoim partnerem) przysłuchiwała się z pobłażaniem moim enuncjacjom.

Dolina Glen Feshie, miejsce działania tajemniczej damy z pieskiem

Byliśmy już w połowie drogi powrotnej, gdy usłyszeliśmy odgłos zbliżającego się samochodu. Porządną, choć nie najnowszą, terenówką podróżowała nasza znajoma z pieskiem. Rzuciła przez okno, że jedzie wykąpać psa. Gdy zboczyliśmy z drogi w kierunku Ponny Bridge, zauważyliśmy jej wóz stojący przed zakrętem. Końcowy odcinek naszej trasy wiódł poprzez bujne łąki pokrywające szeroką w tym miejscu dolinę. Zza krzaków i cherlawych sosenek porastających przeciwległe zbocza doliny, wynurzyła się nagle postać z pieskiem. “Wcale Was nie śledzę!” rzuciła nie pytana. Była to jedyna istota ludzka spotkana tego dnia na trasie. “Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, co mieści się w tych budynkach?” rzuciłem retorycznie w charakterze podsumowania.

Po śmierci męża i ojca, bohaterki książki Jane Austen “Rozważna i romantyczna”: pani Dashwood wraz córkami Elinor, Marianne i Margaret zmuszone były opuścić posiadłość w Norlan i i przenieść się do Barton Cottage – domku udostępnionego przez dalekiego krewnego. Domek był znikomych rozmiarów. Posiadał tylko dwa salony, cztery sypialnie i dwa pokoiki na poddaszu. W czasie pobytu w Highlands zatrzymaliśmy się w podobnym, zwanym Cluny Mains. Przez lata wchodził on w skład posiadłości Cluny Castle, będącej siedzibą głowy klanu Macphersonów. Po sprzedaży majątku (ach ta powojenna drożyzna!) pozbyto się też willi, w której obecnie za umiarkowaną cenę może przebywać do 12 osób. Nasza szóstka miała więc, w przeciwieństwie do pań Dashwood, miejsca aż nadto. Wszyscy pokochaliśmy obszerną, niczym z angielskich filmów, kuchnię, która, prócz miejsca do spożywania posiłków i planowania kolejnych wycieczek, była najcieplejszym pomieszczeniem domu, dzięki obecności wielkiego elektrycznego pieca ze schowkami, gdzie pod kopulastymi pokrywami można było chronić w cieple garnki z wcześniej przygotowanymi posiłkami. Gdyby w grupie była kucharka, docenilibyśmy bardziej także tę ostatnią funkcję pieca. Cluny Mains położone jest 5 mil na zachód od miasteczka Newtonmore. Za płotem biegnie szosa, którą zazwyczaj jeździliśmy samochodem, ale raz pokonaliśmy pieszo budząc zdumienie napotkanych kierowców oraz stada kóz, które niczym w Polsce pasło się na poboczach drogi.

Spacer po szosie wieńczył naszą wycieczkę do Glen Banchor. Ciekawostka nazewnicza: W przeciwieństwie do innych znanych nam w Highlands dolin, ta nie nosiła nazwy od płynącej nią rzeki zwanej Calder. Tuż za naszą siedzibą przy szosie, drogę dojścia do doliny wskazywał drogowskaz. Osoby, które posiadły doświadczenie górskie na polskich szlakach powinny wiedzieć, że rzadko rozmieszczone drogowskazy, to jedyne ułatwienie dla wędrowców przemierzających góry Szkocji. Szlaki nie są znakowane. Turystom muszą wystarczyć mapy, bądź opisy w przewodnikach. Jako, że ziemia jest w posiadaniu prywatnym, a najczęstszą formą jej użytkowania jest wypas owiec, co rusz napotyka się na bramki, które należy za sobą starannie zamykać. By dojść do Glen Banchor od Cluny Mains, trzeba najpierw wygodną drogą dotrzeć na niską przełączkę, za którą poprzecznie cięgnie się docelowa dolina. Był to nasz pierwszy dzień i pierwsza wycieczka po Highlands. Może dlatego byliśmy całkiem oszołomieni tamtejszymi krajobrazami. Przede wszystkimi olbrzymie, bezleśne i bezludne, a jak się wkrótce okazało – i bezdrożne przestrzenie. Za całą cywilizację robiły dwa opuszczone domy, z których jeden zachował dach i, od biedy, mógł służyć za schron w razie niepogody. A pogoda bywa zmienna – słońce to chowa się, to wygląda zza chmur. Deszcz to siecze, to mży. Widok tego samego miejsca zmienia się więc po kilka razy dziennie, wraz ze zmianami warunków atmosferycznych. Brak infrastruktury turystycznej skutkuje małą liczbą odwiedzających dolinę ludzi, a to z kolei podoba się przedstawicielom miejscowej fauny. W Glen Banchor spotkaliśmy kuliki, ostrygojady i kruki. Tablica od strony Newtonmore ostrzegała, że dolina może być okresowo zamykana podczas prowadzenia polowań na głuszce i jelenie. Nie natknęliśmy się na imponującego kuraka, a jelenie – i owszem spotkaliśmy, ale w małym zagajniku wzdłuż szosy z Newtonmore do Cluny Mains.

Z wycieczki po Glen Banchor

Podczas licytacji Cluny Castle członkowie klanu Macphersonów wykupili najcenniejsze pamiątki i wkrótce udostępnili je do publicznego wglądu w maleńkim, acz z czasem rozbudowanym, muzeum w Newtonmore. Wstęp bezpłatny, ale oferta sklepiku muzealnego jest na tyle kusząca, że my wydaliśmy tam więcej funtów, niż za wejście do znacznie większych szkockich muzeów. Zwiedzenie wystawy pamiątek tego rodu uświadomiło mi, że szkocki klan, to nie angielski ród arystokratyczny. To znaczy, wśród Macphersonów byli wielcy posiadacze ziemscy, ale byli też crofters czyli dzierżawcy. Nazwisko to nosili artyści, żołnierze, przemysłowcy i lekarze. Trzy życiorysy dobrze pokazują tą różnorodność.

Jamie Macpherson, był owocem namiętności highlanderskiego ojca do pięknej Cyganki. Na przełomie XVII i XVIII wieku został uznany za wyjętego spod prawa. Nie trzeba było być szkockim Robin Hoodem – ówczesne prawo karało śmiercią za włóczęgostwo, a tym bardziej za kradzież koni i bydła. Jamie tak, jak sprawnie władał mieczem, tak i pięknie grał na skrzypkach. Ujęty i skazany na śmierć, skomponował w celi utwór zwany Lamentem Macphersona, pozostający do dziś jednym z najpopularniejszych utworów szkockiej muzyki ludowej.

Szef klanu – Ewen MacPherson of Cluny – aktywnie wspierał pretensje dynastii Stuartów do tronu brytyjskiego. Po porażce jakobitów w bitwie pod Culloden w 1746 roku, przez 9 lat ukrywał się w górach. Po prawdzie, nie miał dokąd wracać, bo siły królewskie (jak wówczas mówiono – hanowerskie) spaliły Cluny Castle. Jednym z miejsc jego ukrycia była jaskinia w zboczach górującego nad Glen Banchor masywu Creagh Dhubh. Wspomina o tym każdy przewodnik, lecz z adnotacją, że jest ona trudna do znalezienia, podobnie jak 280 lat temu. Legenda mówi, że gdy Ewen MacPherson w przebraniu żebraka odwiedzał swoją rodzinę, napotkany dowódca oddziału królewskiego wręczył mu monetę prosząc, by dał znać gdy napotka tego rebelianta Macphersona. W 1755 wyjechał do Francji, gdzie spotkały go nieprzyjemności ze strony pretendenta do tronu – Karola Stuarta, gdyż nie przywiózł ze sobą jakobińskiego skarbca zatopionego rzekomo w głębokim na 90 metrów jeziorze Loch Arkaig.

James Macpherson był szkockim poetą, który zasłynął przetłumaczeniem na język angielski i wydaniem w latach 1761-1763 Pieśni Osjana. Osjan był starogaelickim bardem, o którego przynależność narodową Szkoci wiodą niekończący się spór z Irlandczykami. Choć od początku krytycy i racjonaliści, w rodzaju Davida Hume’a, kwestionowali prawdziwość historii o dotarciu przez Macphersona do rzekomych źródeł pieśni, zyskały one niesłychaną popularność w całej Europie i Ameryce Północnej, przyczyniając się do powstania romantyzmu, jako nurtu literackiego. Gdy Macpherson pracował nad swym dziełem, w Szkocji obowiązywały srogie restrykcje nałożone na rebelianckich górali z północy. Za noszenie kiltu lub grę na kobzie można było trafić na wiele lat do więzienia. Ale wśród wielbicieli Pieśni Osjana znalazło się wielu wpływowych Anglików, ba, nawet wywodzących się z rodziny królewskiej. Restrykcje zostały więc zniesione w latach osiemdziesiątych XVIII wieku, a szkockość stała się modna do tego stopnia, że przedstawiciele angielskich rodów osiadłych w Szkocji zaczęli wdziewać kilty i zatrudniać dworskich kobziarzy. To się nazywa tryumf Apolla nad Marsem.

Motto klanu Macphersonów; fot. Celtus, lic. CC BY-SA 3.0
Tartan klanu Macphersonów; fot. T. Steifer 2006, lic. CC BY-SA 2.5

Objaśniono nam, że renifer jest niedotykalski. Gdy zwierzęta popychają się wzajemnie jest to sygnał, żeby się rozejść. No chyba, że w ręce masz trochę reniferzej karmy, bo stworzenia te przyzwyczaiły się do odwiedzin kolejnych grup karmicieli. Dlatego, gdy gęsiego, po drewnianej kładce, przemierzaliśmy zbocza Airgiod Meall duże stado reniferów wędrowało za nami i obok nas. Wczesnośredniowieczne kroniki wspominają o polowaniach na renifery w Szkocji. Robiono to na tyle skutecznie, że od XIII wieku gatunek ten był już tylko wspomnieniem. W roku 1947, w podróż poślubną w góry Cairngorm wybrało się szwedzko-brytyjskie małżeństwo Mikel Utsi i Dr. Ethel Lindgren. Uderzyło ich podobieństwo krajobrazu i szaty roślinnej do reniferzych pastwisk w laplandzkiej tundrze. Po uzyskaniu stosownych zezwoleń i odbyciu kwarantanny w edynburskim Zoo, siedem pierwszych reniferów zostało wypuszczonych na wolność w okolicach Glenmore. Stado zasilane od czasu do czasu świeżą krwią ze Skandynawii, rozrosło się już do około 200 sztuk. Od lat sześćdziesiątych XX w. organizowane są wycieczki na stoki doliny, gdzie można zapoznać się z życiem tych ciekawych czworonogów. W początkach czerwca, znaczną część stada stanowią matki z cielakami, którym ostrożność nie pozwala na poufałości z nieznajomymi ludźmi, dlatego w karmieniu uczestniczyło mniej reniferów, niż zazwyczaj. Jednak bliskość tych pięknych przeżuwaczy robi doprawdy wielkie wrażenie. Stado z Caingorms jest wolnożyjące, ale pozostaje pod opieką człowieka. Dlatego cielaki chore lub odrzucone przez rodziców są odchowywane przez ludzi. Widać to potem w ich zachowaniu. Mimo, że dawno wróciły do pobratymców, szukają kontaktu z ludźmi, mając większą świadomość korzyści, jakie może im to przynieść. Z reniferzych hal widać już całkiem sporą grupę munros, na których północnych zboczach, mimo początku czerwca, ciągle zalegały płaty śniegu. Niestety, najbliżej położony był szczyt Cairn Gorm (1244 m npm.), którego zbocza pod względem widokowym zepsuła infrastruktura jedynego w tych górach ośrodka narciarskiego.

Z wizytą u szkockich reniferów

Góry Cairgorms od północy obramowuje dolina rzeki Spey. Cieki wodne we wszystkie odwiedzonych przez nas dolinach należą do jej dorzecza. Od przeprowadzenia w 1863 roku linii kolejowej do Inverness, rozpoczął się szybki rozwój turystyczny usytuowanych w dolinie miejscowości. Tymczasem dolina płynącej od południa górskiego masywu rzeki Dee, jest rzadko zaludniona, a góry opadające ku niej – bardziej dzikie. Nic dziwnego, że królowa Wiktoria odwiedzająca z księciem Albertem w 1848 roku te okolice, opisała je jako emanujące wolnością i spokojem. Poskutkowało to kupnem majątku Balmoral i budową nowego pałacu, który stał się ulubioną letnią siedziba Windsorów. Królewscy właściciele spędzają tu każdy sierpień. Pojechaliśmy tam, nie tyle ze względu na potrzebę obejrzenia gargamelowatego w stylu pałacu, lecz zwabieni urodą otaczających go lasów. Podobno królowa Wiktoria właśnie ze względu na chęć zachowania miejscowego starodrzewia wybrała ten majątek. Rzeczywiście, w porównaniu z przeciętnym szkockim lasem, ten robi imponujące wrażenie. Naturalnie, został on wzbogacony nasadzeniami różnych rzadkich, a pięknych gatunków, zgodnie z dziewiętnastowiecznymi trendami sztuki leśno-parkowej. Ze względu na nieobecnego na wycieczce (ach te przepisy o kwarantannie psów) Harrego, odbyliśmy też pielgrzymkę do pomniczka na grobie praojca wszystkich owczarków szkockich, o imieniu Noble. Jako miłośnika tej rasy, ujęło mnie za serce określenie wyryte na pomniku: “Szlachetny (Noble) z imienia i charakteru”. Wizyta w królewskiej posiadłości przyniosła w bonusie obserwację pluszcza nurkującego w wodach Dee oraz poznanie tajemnicy królewskich ogrodników, którzy dla otrzymania bardziej czerwonych i soczystych pędów rabarbaru, ukrywają je pod wielgaśnymi donicami. Nawiasem mówiąc, żeby usłyszeć w sercu Szkocji ludzi mówiących w “standard English”, należy porozmawiać z obsługą królewskich dóbr.

Z przechadzki po parku w Balmoral

Orkiestra kobziarzy w gustownych, czarnych pelerynach, damy w kapeluszach z markowymi torebkami w rękach, gentlemani w kiltach. Wozy transmisyjne BBC Scotland, reklamy ogólnobrytyjskich i lokalnych firm, mobilne lokale serwujące ciepłe i zimne przekąski oraz piwo. Wokół boiska – szczyty górskie sięgające chmur, z których od czasu do czasu padał deszcz lub sączył się kapuśniaczek. Atmosfera wśród publiczności gorąca, choć temperatura nie przekraczała +8 C. W takich warunkach odbywał się finał Pucharu MacTavisha w szkockiej grze zespołowej shinty (camanachd). Jakże daleko wyewoluowała ona od korzeni opisanych w 1839 roku przez jednego z pracujących w Highlands duchownych. Według niego, zabawa polegała na piciu olbrzymich ilości, fundowanej z okazji świąt przez lokalnych właścicieli ziemskiego, whisky, by później w stanie upojenia okładać się kijami po głowach, zamiast uganiać za małą piłeczką. Ma się rozumieć, że tekst kończył się wezwaniem do szlachetnie urodzonych, by zaniechali tej niecnej praktyki. Dodać jeszcze trzeba, że u zarania, shinty nie było grą zespołową. Każdy uczestnik grał przeciw wszystkim innym. Zgodnie z wiktoriańską zasadą nadawania cywilizowanych norm różnym tradycyjnym aktywnościom, reguły gry zostały uporządkowane przez powstałe w 1893 roku Camanchd Association. Gra na pierwszy rzut oka przypomina hokej na trawie, ale różni się szczegółach, np. co do tego, jak wysoko można unieść kij, czy jak wprowadzić piłkę do gry z autu. Shinty najbardziej przypomina irlandzki hurling dzięki czemu, przy zastosowaniu zmodyfikowanego regulaminu, odbywają się regularne mecze międzynarodowe dwóch celtyckich reprezentacji.

Ponieważ prognozy zapowiadały pogodę barową, planowaliśmy początkowo odwiedzić którąś z destylarni whisky. Niestety, żadna z pobliskich nie miała już wolnego terminu. Wtedy zorientowaliśmy się, że ostatniego dnia naszego pobytu w Highlands, Newtonmore będzie gościło finał Pucharu MacTavisha. Rozgrywki obejmują drużyny z północnej Szkocji, a drużyny z Newtonmore i sąsiedniego Kingussie są prawdziwymi dominatorami w tej dyscyplinie. Tym razem Newtonmore odpadło w już półfinale, ale Kingussie przeszło dalej i miało w finale zmierzyć się z drużyną Fort Williams. Bilet obejmował też przedmecz, w którym zagrały drużyny juniorów Newtonmore i Skye. Kibicowanie na meczu shinty, to popularny tu sposób spędzania wolnego czasu. Na stadionie zebrało się pewnie 1000 osób, co było wynikiem zbliżonym do liczby stałych mieszkańców Newtonmore. Na głównej ulicy byliśmy zatrzymywani przez przyjezdnych, którzy pytali o drogę na stadion. Nie będę ściemniał, że wytrzymaliśmy siedem godzin na pozbawionym trybun stadionie. W przerwie meczu juniorów poszliśmy rozgrzać się do kawiarni w miasteczku i wróciliśmy na wielki finał, w którym Kingussie wygrało 3:1. Puchar MacTavisha nie opuścił serca Highlands.

Dzień z shinty, drużyna Kingussie w niebiesko-czerwonych koszulkach

Żeńska część wycieczki obstawała stanowczo przy zamawianiu Fish and chips w każdej odwiedzanej restauracji. Po prawdzie, z tym daniem jest, jak z zupą cebulową we Francji. Składniki niby są te same, ale każdy kucharz przygotowuje je po swojemu. Jako, że lubujemy się w lokalnych smakach, spróbowaliśmy też haggis. Było smaczne, ale dla mnie rozczarowujące. Według przepisu, kiszka barania powinna być wypełniona siekanymi podrobami. Miałem nadzieję, że będą to na tyle duże kawałki, by chrzęściły między zębami. Tymczasem, przy każdym zamówieniu podawano je tak drobno zmielone, że konsystencją przypominały swojską kaszankę, tyle, że polaną sosem z musztardy i whisky. Nie doznałem jednak rozczarowania smakując Cullen skink – gęstą i zawiesistą ziemniaczankę przygotowaną na wędzonej rybie. Śmiałością wyborów kulinarnych przebiła jednak wszystkich nasza córka, która zamówiła i zjadła batonik Mars zapiekany w panierce. Bon appetit!


Mottem klanu Macphersonów jest: “Touch not the cat but a glove”. Zdanie to można rozumieć na wiele sposobów, ja preferuję najprostszy: Nie dotykaj kota bez rękawicy. Miało to oddawać szorstki i nieprzejednany charakter górali z tej rodziny i nawiązywać do faktu, że największym lądowym drapieżnikiem zamieszkującym Góry Cairngorms jest żbik. Trudno go spotkać w naturze, ale jego wizerunek wykonany w technice dowolnej zdobi większość ogrodów i placów w Newtonmore. To rezultat konkursu ogłoszonego przez władze miasteczka. Najbardziej udane podobizny kotów zostały połączone specjalnym szlakiem o nazwie Wildcat Trail. Napotkane kociska są jaskrawo kolorowe lub stonowane, brzydkie i ładne, kiczowate lub atrakcyjne. Żaden z nich nie wygląda jednak dziko i nie wzbudza strachu. Dziki i dojmujący jest w Highlands tylko krajobraz. Ludzie z czasem złagodnieli, a ślady ich dzikości możemy znaleźć już tylko w Muzeum Klanu Macphersonów.

Koty z Wildcat Trail w Newtonmore, ten w prawym, górnym rogu – w barwach miejscowej drużyny shinty.

Kategorie
Wielka Brytania

O wiernym Bobbym, przedkolumbiańskiej kukurydzy i wyższości kolei nad autobusami, czyli za krótka wizyta w Edynburgu

Bezlik wyrzeźbionych postaci świętych, królów, zbrojnych ludzi, zwierząt, bestii, aniołów grających na instrumentach muzycznych, czy też przedstawienia scen biblijnych lub zobrazowanie cnót i przywar. Część z nich do dzisiaj nie została powiązana z religijnym kontekstem miejsca, jak np. 213 kasetonów na sklepieniu i ścianach, zawierających zestaw niezrozumiałych wzorów oraz 110 przedstawień Zielonego Człowieka (Green Man) – oplecionej listowiem ludzkiej głowy. Czternaście filarów wspierających ściany nawy głównej, z których trzy, szczególnie bogate w ornamentalne zdobienia, mają swoje własne nazwy. Zamurowana krypta, do której wejście przez długi czas nie mogło zostać odnalezione. Cóż z tego, że to jeno zakrystia projektowanej na planie łacińskiego krzyża bazyliki. Wraz ze śmiercią fundatora – Williama Sinclair w 1480 roku prace spowolniły i ograniczyły się do dalszego upiększania wnętrz. Opisując dekoracyjność kaplicy, nadużywa się przymiotników z przedrostkiem naj-, ale faktem jest, że elementami wystroju rzeźbiarskiego tej małej świątyni można by obdzielić pewnie z tuzin większych i znaczniejszych kościołów w Szkocji.

Niezrozumienie przekazu ikonograficznego ornamentyki wnętrz kaplicy w podedynburskim Rosslyn, prowadziło do tworzenia legend. Jeszcze w XVIII w. najzdobniejszy z filarów mianowano filarem czeladnika (apprentice) i dorobiono legendę o utalentowanym młodzieńcu, któremu majster zlecił przygotowanie założeń do projektu filara. Zdolny czeladnik poszedł dalej i wykonał cały bogato zdobiony filar, który przyćmił wszelkie dokonania mistrza. Ten zaś w ataku zazdrości twórczej roztrzaskał głowę nieszczęśnika przy pomocy młotka. W połowie XIX w. architekt David Bryce otrzymał zlecenie dogłębnej restauracji świątyni. Jako przekonany wolnomularz, wprowadził do jej wystroju elementy symboliki tego ruchu, co doprowadziło do dzikich spekulacji na temat średniowiecznych korzeni wolnomularstwa na Wyspach Brytyjskich. W końcu, kaplica w Rosslyn zainspirowała Dana Browna i od czasu jego “Kodu Leonarda da Vinci”, do palety fantastycznych konotacji dołączono templariuszy i Świętego Graala. Mnie najbardziej podoba się spekulacja wiążąca (błędne) rozpoznanie jednego z ornamentów roślinnych, jako wizerunku kukurydzy. Poszła za tym teoria, że fundator będący z ramienia króla norweskiego ostatnim Earlem Orkadów musiał, jak na Wikinga przystało, udawać się na morskie wyprawy, podczas których dotarł do Ameryki – ma się rozumieć, że przed Kolumbem. A tam najciekawszym, co zobaczył, była kukurydza – tylko nudni Hiszpanie byli zafiksowani na szukaniu złota – i podzielił się szczegółami tej obserwacji z rzeźbiarzem mozolącym się nad wykonaniem wnętrz świątyni. Ten zaś, a jakże!, włączył kukurydzę do zestawu wykonywanych ornamentów.

Na zwiedzenia miejsca z taką historią i o takim znaczeniu kulturowym musiało nam wystarczyć 10 minut! Personel fundacji organizującej zwiedzanie jest w Rosslyn bezwzględny: Po upływie tego czasu grzecznie, acz stanowczo, przypomniano nam o konieczności opuszczenia obiektu. Dobrze, że chociaż z toalety pozwolili skorzystać po godzinach! Jak do tego doszło? Mieliśmy, zrobioną przezornie, rezerwację obejmująca 90 minutowe okno czasowe. Nasz plan posypał się jednak już poprzedniego dnia, gdy wysiadłszy z samolotu na lotnisku w Glasgow, otrzymaliśmy informację, że z powodu awarii hydraulicznej zarezerwowany apartament pod Edynburgiem jest niedostępny. W trybie awaryjnym znaleźliśmy nocleg w Clydebank w pobliżu lotniska. W Rosslyn mieliśmy być o 15:30 następnego dnia, więc nie było paniki. Nazajutrz dotarliśmy do dworca autobusowego, z którego odprawiano pojazdy do Edynburgu. Podjechał autobus, wpuszczono podróżnych z biletami kupionymi on-line, a potem kolejka się zatrzymała. Kierowca i pracownicy dworca dyskutowali nerwowo, wskazując na kasę fiskalną. Okazało się, że jest ona uszkodzona. Zamieszanie trwało około 30 minut i w końcu kierownictwo firmy podjęło decyzję o zabraniu wszystkich oczekujących, bez biletów. Dotarliśmy więc do miejsca zakwaterowania w Queensferry z odpowiednim wyprzedzeniem, ale czekało nas jeszcze największe wyzwanie. Przejazd z Queensferry do Rosslyn z przesiadką w Edynburgu. Okazało się, że w godzinach szczytu w tym mieście rozkład jazdy i punktualność, to pojęcie względne. W rezultacie, zamiast 100 jechaliśmy 165 minut. Od tego momentu zdecydowaliśmy się unikać usług firmy Lothian Buses na rzecz pociągów ScotRail. Rozbudowany system zniżek powoduje, że bilety są tu w akceptowalnej cenie, a punktualność i czas przejazdu – nie do pobicia.

Stacja kolejowa znajdowała się jednak w znaczniejszej odległości od miejsca naszego zakwaterowania, niż przystanek autobusowy. Wędrując do niej dostaliśmy szansę lepszego poznania Queensferry. Nazwa miasta zdradza jego dawną rolę. Stąd ruszał ufundowany w XI w. przez królową Małgorzatę prom – przez estuarium Firth of Forth do opactwa Dumferline. Królowa podobno pokrywała też koszty przeprawy pielgrzymów, co w połączeniu z innymi pobożnymi uczynkami, zapewniło jej dopuszczenie do grona świętych Kościoła Rzymskokatolickiego. Współcześnie przejazd na północny brzeg zatoki zapewniają trzy mosty: kolejowy otwarty w 1890 roku przez prawie 30 lat dzierżył miano najdłuższego na świecie, a w 2016, po wpisaniu na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, uznany za najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji; drogowy z 1964 i autostradowy z 2017 roku. Jako, że ich wieżyce wznoszą się na wysokość od 110 do 207 metrów nad poziom wody, widać je z daleka, nawet ze wzgórz Edynburga. Jednak najbardziej imponujący widok na mosty mieliśmy spomiędzy domów nadbrzeżnej High Street oraz specjalnego, usytuowanego nad samą wodą punktu widokowego. Wybierając lokal na uroczysty obiad z okazji Dnia Dziecka (była z nami córka ze swoim partnerem, a wiadomo, że wszystkie dzieci, bez względu na wiek, są nasze) postarałem się, by widzieć most kolejowy, gdy tylko podnosiliśmy wzrok znad talerzy.

Most kolejowy – najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji

Jak na 110 tysięcy mieszkańców, kolonia lęgowa głuptaków (Morus bassanus) na Bass Rock w pobliżu North Berwick, jest nadzwyczaj cicha. Bez porównania z rejwachem, który czynią gniazdujące pingwiny, czy np. nasze rybitwy. Do dzisiaj pamiętam pierwsze spotkanie z przedstawicielem tego gatunku w 1981 roku. Przechodząc Tamizę przez któryś z londyńskich mostów, zadarłem głowę do góry i nagle ujrzałem majestatyczne, wąskoskrzydłe ptaszysko z wielgachnym dziobem, tnące przestrzeń w drodze do celu gdzieś w górze rzeki. Teraz zaś miałem przed sobą ich setki, unoszące się nad naszą łodzią spacerową i dodatkowe tysiące okupujące każdy skrawek gruntu i półki skalne na wyspie. Jako, że podpłynęliśmy na jakieś 5 metrów od pionowej skały, widać je było, jak na dłoni. Rzeczywiście zachowywały stoicki spokój, zarówno wobec ludzkich intruzów, jak i najbliższych pierzastych sąsiadów. Opiekę nad kolonią na tej i sąsiednich wyspach, sprawuje Scottish Seabird Centre w North Berwick. Wstęp do kolonii mają tylko osoby prowadzące badania przyrodnicze. Podobno w początkach lat 80-tych XX w., gdy wprowadzano ograniczenia ruchu ludzkiego, Bass Rock zamieszkiwało tylko 7,5 tysiąca głuptaków. Po 35 latach restrykcji liczebność kolonii wzrosła do 150 tysięcy ptaków, by następnie, w wyniku epidemii ptasiej grypy, zmniejszyć się o ⅓. Obecnie następuje powolna odbudowa liczebności kolonii.

Warto zatrzymać się nad kwestią nazwy tego gatunku. W języku angielskim zwie się on “Gannet”, co pochodzi od staroangielskiego “ganot” czyli silny lub męski. Łacińska nazwa rodzajowa Morus znaczy tyle, co głupi, co z kolei odbiło się na polskiej nazwie potocznej – głuptak. Skąd takie deprecjonujące określenie? Otóż swoista obojętność ptaków na wkraczanie ludzi do ich kolonii, budziła w intruzach przekonanie, że mają one coś nie w porządku z głowami. Oczywiście, takie nieuciekające i nieagresywne ptasie głupki można było zabić bez problemu, używając do tego celu zwykłej pałki! Za to łacińska nazwa gatunkowa “bassanus” pochodzi od skały Bass Rock. Czyli dla Linneusza, który pierwszy użył tej nazwy, nasza skała była jakby systematyczną kolebką gatunku. Obecne królestwo ptaków ma jednak długą historię ludzkiej działalności. Jej najciekawszą częścią jest opanowanie znajdującego się na wyspie zamku przez więzionych w nim jakobitów, czyli zwolenników obalonej dynastii Stuartów. Mimo znikomej liczby, nie przekraczającej 20 osób, przez prawie trzy lata, do wiosny 1694 roku, dzierżyli oni warownię organizując łupieżcze wyprawy na wybrzeża Szkocji i odpierając ataki angielskiej floty. W końcu poddali się w zamian za amnestię i możliwość swobodnego wyjazdu do Francji.

Ptasie królestwo Bass Rock

Ornitologiczna wycieczka obejmuje też mniejszą i niższą wysepkę Craigleith. O ile na Bass Rock, obok głuptaków, gnieżdżą się wyłącznie nurzyki pobielałe, o tyle jej mniejszego sąsiada zasiedlają przede wszystkim mewy trójpalczaste. Jednak to nie dla nich podpływają tam wycieczkowe stateczki. Jako magnes służy kolonia lęgowa maskonurów. Te niewielkie, czarno-białe ptaki, przyciągają uwagę masywnym jaskrawo ubarwionym dziobem i ogniście pomarańczowymi łapkami. Niegdyś gnieździło się ich na wysepce do 28 tysięcy, ale ekspansja malwy drzewiastej spowodowała pogorszenie warunków lęgowych i spadek liczby osobników. Prowadzone w okresie zimowym akcje usuwania malwy, skutkują powolną odbudową populacji. Wysepka stanowi też ostoję kormoranów, kormoranów czubatych, nurzyków oraz alki krzywonosej. My mieliśmy też szczęście wypatrzyć edredona, fokę i egzotyczne w tym otoczeniu kaczki krzyżówki. 

Wyspa Creigleith, czyli nie tylko kolonia mew trójpalczastych

Wąska ścieżka zwana Volunteers’ Walk wiodła nas łagodnie wśród bujnych traw ku zamykającej horyzont przełęczy The Hawse. Zbocza po lewej stronie były wyższe i od pewnego miejsca spadały skalnymi uskokami ku dnu doliny. Przeciwległe zbocze było łagodniejsze, tu i ówdzie porośnięte kępkami żółto kwitnących krzewów. Gdzieś niżej wiła się niewielka struga. Nie wiadomo, czy ulokowane w górnej części doliny rozlewisko zwane dumnie Joe Muir Pond, było z nią jakoś powiązane. Pytaniem tym nie zaprzątają sobie głowy żaby i inne płazy składające w jego wodach swój skrzek. Od przełęczy, już bardziej stromą ścieżką, można było wspiąć się na szczyt Arthur’s Seat. My jednak wybraliśmy powrót grzbietem Salibury Crags w kierunku królewskiego pałacu Holyrood. Po kilkunastometrowym urwisku opadającym w stronę miasta wspinali się adepci alpinistyki. Z grzbietu roztaczał się widok na centrum Edynburga, od Southside, przez Stare Miasto, aż do Nowego Miasta. Ponad monstrualnie wielkim trawnikiem Parade Ground (polskim odpowiednikiem tej nazwy powinien być chyba Plac Defilad?), widać było portową dzielnicę Leith i wody zatoki Firth of Forth. Na jednym z licznych głazów przy ścieżce przysiadła dziewczyna w towarzystwie czarnowrona. Tłumaczyła, że chętnie by go czymś poczęstowała, ale miała ze sobą tylko butelkę wody. Ptaszysko łypało na nią bystrym okiem. Jedną lotkę miało ułamaną, czego przyczyną był pewnie silny wiatr, smagający mimo pogodnego dnia, grzbiet Salisbury Crags. Jej brak nie uniemożliwiał lotu, ale pewnie zachęcał do szukania pomocy ludzkiej w zdobywaniu pożywienia.

Widok na parlament, pałac Holyrood oraz wzgórze Calton Hill

Edynburg jest regularną europejską stolicą z wszystkimi atrybutami swej stołeczności. Ze względu na autonomiczny, a nie niepodległy, status Szkocji, ma może tylko mniejszą ilość ministerialnych gmachów. Wielowiekowa historia oraz fakt, że ostatnia bitwa lądowa na terytorium Wysp Brytyjskich odbyła się w roku 1746 powodują, że miasto od dawien dawna nie doznało znacznych zniszczeń i obfituje w zabytki z najróżniejszych epok. Sam edynburski zamek stanowi przegląd architektonicznych stylów i mód, jak również pomysłów na wykorzystanie istniejącej substancji budowlanej, odpowiednio do zmieniających się czasów i  potrzeb. Specyfika reformacji w Szkocji spowodowała, z kolei, konieczność wznoszenia wielkiej ilości świątyń, jako miejsc spotkań i modłów coraz to innych Kościołów mających  z większą pewnością zapewnić wyznawcom szczęście w życiu pozagrobowym. Tak, jak łatwo powstawały związki wyznaniowe, tak szybko przepływali między nimi wierni, którzy w końcu odpłynęli ku bezwyznaniowości. Dlatego wiele budynków powstałych niegdyś na potrzeby sakralne, obecnie pełni wszelkie inne funkcje, spośród których klubowo-gastronomiczna nie należy do najrzadszych. Wspaniałe kamienice, których wieku, jak to w Zjednoczonym Królestwie, trudno się domyślić, tłoczą się wzdłuż edynburskich ulic, a pomniki przypominają żołnierzy, naukowców, filozofów, sprawnych administratorów czy nawet … strażaków związanych z miastem. 

Jednak prawdziwego dramatyzmu krajobrazom edynburskim dodaje ukształtowanie terenu. Najwyższe tutejsze wzgórze – Arthur’s Seat – wznosi się raptem 251 m npm., ale zapewnia doznania jakby żywcem wzięte z wędrówek po znacznie wyższych górach Szkocji. Znacznie niższy Calton Hill jest miejscem usytuowania wielu reprezentacyjnych budowli z czasów szkockiego Oświecenia, w tym obserwatorium astronomicznego, wieży – pomnika Nelsona, rotundowatego pomnika Dugalda Stewarta, czy National Monument of Scotland – w formie nigdy niedokończonej kolumnady – pomnika Szkotów poległych w wojnach napoleońskich. Zamek edynburski sam w sobie nie byłby tak ciekawy, gdyby nie usytuowanie na wyniosłej skale w samym sercu miasta. Oczywiście, te i mniej uczęszczane przez turystów wzgórza, obfitują w wiele miejsc widokowych, z których można dostrzec dzielnice, zaułki i budowle często trudne do wykrycia z bardziej przyziemnej perspektywy. Urozmaicone ukształtowanie terenu powodowało też konieczność prowadzenia co ważniejszych ulic na estakadach i wiaduktach, ponad niżej położonymi częściami miasta.

Okolice cmentarza Greyfriars

Oczywiście, przeszliśmy całą Królewską Milę, skosztowaliśmy espresso na Nowym Mieście, przepychaliśmy się łokciami do atrakcji edynburskiego zamku, wpadliśmy na parę chwil do katedry św. Idziego. Spacery ulicami miasta wywołały liczne refleksje, z których trzy uznałem za godne szerszego omówienia. Stosunkowo niedaleko głównych tras turystycznych miasta położone są mnogie cmentarze. Często mają one swoje lata – trzystu, czy czterystuletnie nekropolie, nie są wyjątkiem. Dawno nie prowadzi się już  na nich regularnych pochówków. Dzisiaj służą jako tereny spacerowe, miejsca kontemplacji, a te rzadziej uczęszczane – także jako siedliska dla wielu gatunków ptaków, królików i lisów. Ich teren jest, przypuszczalnie, chroniony w jakiejś formie przez prawo, gdyż mimo, że często otoczone są gęsta zabudową, nikomu, jak w naszym kraju, nie przychodzi do głowy traktować je, jako wspaniałe lokalizacje dla budynków mieszkalnych i publicznych, czy też kalkulować, o ile minut skróci się czas przejazdu z jednej dzielnicy do drugiej, jeśli ulicę poprowadzi się środkiem cmentarza. Nienaruszalność cmentarzy ma jednak w Zjednoczonym Królestwie swe ciemne strony. Nikt mianowicie nie wykazuje nadmiernej troski wobec, często pięknych i zabytkowych, obiektów architektury cmentarnej. Nikogo więc nie dziwią połamane kolumny i rzeźby aniołów z utraconymi głowami, czy skrzydłami. Ot, czas robi swoje i tyle!

Jednym z odwiedzonych przez nas cmentarzy, był ten przy dawnym kościele franciszkanów (Greyfriars Kirk). Nie mnie oceniać, czy jest to najpiękniejsza historyczna nekropolia Edynburga, ale na pewno najbardziej popularna. Swoją sławę zawdzięcza pieskowi o imieniu Bobby, który po śmierci swego właściciela resztę życia spędził u jego grobu. Opisany jeszcze za życia, wkrótce po swojej śmierci, w 1872 roku, doczekał się realistycznego pomniczka wieńczącego wodopój przy jednej z bram wejściowych. Na samym cmentarzu piesek ma tablicę nagrobną oraz kolejny, powstały w 150 rocznicę urodzin, pomniczek. Oczywiście historia wiernego zwierzaka została opisana w książkach oraz stała się kanwą conajmniej dwóch filmów. Bobby jest taką ikoną miasta, że obsadzenie w jego roli psa rasy West Highland Terrier zamiast, jak uważano za słuszniejsze – Skye Terriera, wywołało powszechne niezadowolenie. 

Mieszkańcy Wysp Brytyjskich są prekursorami humanitarnego traktowania zwierząt. Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals powstało już w 1824 roku, a jego szkocki odpowiednik – w 1839 roku. Działacze tych organizacji nie tylko opiekowali się Bobbym, ale przeprowadzili wiele inicjatyw i projektów na rzecz naszych braci mniejszych. Dlatego, z wielkim zdumieniem i rozgoryczeniem poznałem historię psów z wysp St. Kilda. Te, polożone na Oceania Atlantyckim, ponad 60 km od szkockich Hebrydów Zewnętrznych, wysepki znane są z tego, że całą ich nieliczną populację przeniesiono w 1930 na stały ląd. Wyspiarze hodowali owce, które udało się sprzedać. Na psy pasterskie nie było jednak popytu, zdecydowano więc o utopieniu ich w oceanie. Takiemu bezprzykładnemu aktowi okrucieństwa nie zapobiegła stuletnia tradycja cywilizowania relacji dwunogów i czworonogów! Nikt się nie ujął za psami z St. Kildy, pewno ze względu na peryferyjne położenie miejsca akcji. Ówczesny właściciel wyspy, sir Reginald MacLeod of MacLeod, odnosząc się do ewakuacji ludności powiedział: “Wyprowadzka została przeprowadzona przy dużym wysiłku i kosztach”. Wstyd przyznać, że życie kilkunastu psów było nadmiernym obciążeniem dla budżetu tej operacji.

I Wojna Światowa przyniosła największe straty osobowe w dziejach konfliktów zbrojnych toczonych przez Wielką Brytanię. Straty wśród żołnierzy były dwukrotnie wyższe, niż podczas II Wojny Światowej. Po wojnie odczuwano silną potrzebę upamiętnienia poległych. Uczelnie, zakłady pracy i parafie fundowały niezliczone pomniki ku ich czci. W przeciwieństwie do ofiar konfliktu z Napoleonem, Państwu tym razem wystarczyło środków, by ufundować imponujące mauzoleum. W ten sposób edynburski górny zamek uzyskał czwarte skrzydło zamykające kwadratowy dziedziniec. Oczywiście, z zewnątrz nie odróżnia się ono od średniowiecznych sąsiadów. Od dziedzińca wszakże zdobienia w stylu Art Deco zdradzają czas powstania budowli. Wnętrza zawierają wielkie tablice poświęcone poszczególnym szkockim regimentom, z wyliczeniem strat, jakie poniosły. Drugim panteonem jest katedra św. Idziego. Tu przeważają upamiętnienia indywidualne, a to osób duchownych, a to fundatorki szpitali wojskowych, a to konkretnych żołnierzy. Jako, że wojna lat 1914-18 była konfliktem nowoczesnym jeśli chodzi o użytą technikę uśmiercania i jej skuteczność, ale jeszcze bardzo średniowiecznym, jeśli chodzi o uzasadnienie swego miejsca i roli w tej machinie unicestwienia, na tablicach spotyka się perełki poetyki w rodzaju: ”Dzielny żołnierz, doskonały gentleman, uwielbiany przez wszystkich podkomendnych”. Jeszcze bardziej wzruszające są ufundowane przez zrozpaczonych rodziców upamiętnienia młodziutkich pilotów, czy marynarzy, na które można natknąć się w małych wiejskich kościółkach.

Czwarte skrzydło edynburskiego zamku czyli Scottish National War Memorial
Jednorożec w stylu Art Deco
Katedra św. Idziego
Sklepienie Kaplicy Orderu Ostu
Widok na nawę główną katedry
Aniołofeniks strzeże wejścia do Scottish National War Memorial
Witraże w oknach katedry


Po długim weekendzie w Edynburgu i okolicach mieliśmy w planach pobyt w Highlands. Podróżowaliśmy już wypożyczonym samochodem (żegnajcie, przystanki, gdzie nie sposób doczekać się autobusów!), a droga wiodła przez zwane “Bramą do Highlands” miasto Stirling. Wypadało zatrzymać się na rytualną południową kawę połączona z małym co nie co. Wybór dokonany przez towarzyszącą nam córkę, był strzałem w dziesiątkę, a Stirling okazało się prawdziwym kawiarnianym zagłębiem. Może dlatego, że jest to siedziba uniwersytetu, a uczelniane towarzystwo zawsze stymuluje rozwój lokalnej gastronomii. Nawiasem mówiąc, wielka czwórka szkockich uniwersytetów (St. Andrews, Glasgow, Aberdeen i Edynburg), przez ponad 400 lat miała zagwarantowany monopol na nauczanie na swoim poziomie. Innymi słowy, w Szkocji nie można było założyć kolejnych uniwersytetów. Stirling ma obecnie piąty najstarszy uniwersytet w kraju, liczący sobie jednak ledwie 57 lat historii. Przed wyjazdem z Polski zastanawialiśmy się, który z dwóch zamków mamy zwiedzić: Edynburg czy Stirling – oto było pytanie? W końcu zdecydowaliśmy się na zamek stołeczny. Teraz trochę żałujemy! Oczywiście, w Stirling nie przechowuje się szkockich regaliów, ani Kamienia Przeznaczenia (podczas naszej wizyty niedostępnego dla oczu zwiedzających), ale edynburskie wnętrza zamkowe nie są bardzo oryginalne. Ot, dziewiętnastowieczna wizja rycerskiej siedziby. Podchodząc pod stirlingski zamek mija się ciekawą i zadbaną starówkę, zamkopodobne stare więzienie, kościół św. Krzyża (UWAGA: w szkockim angielskim wezwanie to brzmi Holy Rude, a nie Holy Cross) z otaczającym cmentarzem, który zachwycił moje dalekie od zainteresowań sepulkralnych panie. W końcu dociera się na rozległy parking, nadzorowany przez pomnik szkockiego władcy – Roberta Bruce’a. Widać stąd już doskonale dźwigające się, ku północy, coraz wyższe góry. Po przeciwnej stronie doliny rzeki Forth wznosi się na wysokość 67 metrów wieża – pomnik innego szkockiego bohatera narodowego – Williama Wallace (uwiecznionego w filmie Braveheart). Przez gęsty, mieszany las podeszliśmy do jej podnóża. Dzień był pogodny, z przecinki pod samą wieżą roztaczał się widok na miasto w obramowaniu gór. Nie wiadomo skąd zaczął nagle duć silny, chłodny wiatr, tak że musieliśmy ukryć się po stronie zawietrznej budowli. Tak, Stirling rzeczywiście jest bramą do do Highlands, także w znaczeniu klimatyczno-pogodowym.