Dzień był pochmurny i nieco dżdżysty. Od niewidocznej z nad rzeki wsi dochodziło, od czasu do czasu, szczekanie psów, czy ryknięcie krowy. Bez większej nadziei wpatrywałem się w unoszący się na wodzie spławik. Otrzymane instrukcje nakazywały zachowanie ciszy. Zerknąłem w kierunku ulokowanego w pobliżu kolegi. Ten nagle począł wymachiwać rękami wskazując palcem ku wodzie. Spojrzałem za wskazaniem jego wyciągniętej ręki. Na powierzchni wody nic nie zauważyłem. Nic, w tym także i spławika mojej wędki. Nagle jednak ukazał się na wodzie, by po chwili zniknąć. Kołowrotek zaterkotał i wtedy zrozumiałem, że godziny marznięcia na brzegami Narwi właśnie zostały wynagrodzone możliwością upolowania godziwej zdobyczy. Przez głowę przemknęły mi gazetowe fotografie z facetami w kaloszach, odzianych w wielokieszeniowe kamizelki, dumnie prezentującymi złowioną “taaaką rybę”! Delikatnie starałem się zatrzymać podwodną ucieczkę mej ofiary. Szczyt wędki lekko się wygiął, żyłka napięła, by nagle odbić i zadyndać bezwolnie w powietrzu. “Uciekła ci”! orzekł kolega Jacek, który postarał się szybko przybyć mi z pomocą.
Tak zakończyła się moja krótkotrwała próba zostania wędkarzem. Ojciec kolegi był doświadczonym rybołowem i próbował swoje hobby zaszczepić synowi. Ten, chyba znudzony długotrwałym sam na sam z rodzicielem, dopraszał na te wypady jeszcze mnie. Nie musiałem mieć swojego sprzętu – wszystko, wraz z instruktażem, zapewniał organizator. Ojciec kolegi był właścicielem samochodu marki Simca, więc moczyliśmy kije w różnych wodach. Najczęściej w Supraśli i Narwi, rzadziej nad Biebrzą. Ryba, która uniknęła wyłowienia, reprezentowała ichtiofaunę narwiańską. Wędkowaliśmy w pobliżu wsi Izbiszcze, a w pamięci utkwiła mi, w szczeniackiej ocenie zabawna, nazwa wsi Konowały.
Zawsze zastanawiam się, czy wędkarska porażka nie była początkiem zainteresowań ornitologicznych. Na pewno w czasie spędzonym z wędką w ręku widziałem więcej ptaków, niż ryb. Nie pamiętam, bym później kiedykolwiek oddawał się wędkarstwu.
Od 1996 roku dolina Narwi na zachód i południowy-zachód od Białegostoku objęta jest ochroną, jako Narwiański Park Narodowy. Jest to jeden z najrzadziej odwiedzanych parków w Polsce. W kategorii parków “bagiennych” nie wyróżnia się wielkością, brakuje w nim znakowanych szlaków turystycznych, a w dodatku, mając kształt długiej i krętej kiszki, nie zapewnia on równie dalekich widoków, jak jego konkurenci. Podejrzewam jednak, że do niedawna brakowało narzędzi do oceny liczby turystów. Zmieniło się to z rozwojem turystyki kajakowej na Narwi (Park dysponuje własną wypożyczalnią sprzętu) oraz z oddaniem do użytku kładki, wraz z samoobsługowymi promami, na trasie Śliwno-Waniewo. Gdyby tylko te ostatnie nie psuły się tak często … Kładka ma tą cechę, że kanalizuje masowy ruch turystyczny, więc dla osób chcących uniknąć nadmiernego towarzystwa, stanowczo zalecane jest zwiedzanie kajakiem. Narew na terenie Parku płynie wieloma korytami, czasami krzyżującymi się ze sobą. Aby zapobiec zagubieniom, na niektórych wodnych skrzyżowaniach ustawiono kierunkowskazy.
Ostatnią wizytę w Parku odbyliśmy w okolicy ostatniego Święta Niepodległości. Listopad, to już nie sezon kajakowy. W planie było więc odwiedzenie Młynarzówki – stosunkowo nowego centrum edukacyjno-biurowego Parku. Składa się ono z odrestaurowanego historycznego budynku mieszkalnego oraz bardzo nowoczesnego aneksu. Niestety, renowacja nie objęła trzykondygnacyjnego, ceglanego budynku po stuletnim młynie motorowym, położonym z drugiej strony drogi. W naszym kraju korzystniej jest jednak zbudować coś od nowa, niż pokonywać formalne i techniczne przeszkody nieodłącznie związane z ratowaniem architektury zabytkowej. Nie dane nam było jednak zobaczyć wnętrz Młynarzówki, gdyż jak sie domyślam, pracownikom dano wolny dzień za przypadający w sobotę Dzień Niepodległości. Oczywiście, strona www Parku nie informowała o tym fakcie potencjalnych odwiedzających. W każdym razie, na cztery dni przed przyjazdem nic na ten temat nie znalazłem. Podejrzewam, że podobne sytuacje zdarzały się wcześniej, gdyż furtka na teren obiektu została uszkodzona złośliwą ręką/nogą, umożliwiając wejście i skorzystanie np. z placu zabaw dla dzieci. Jak widać, może turystów do Narwiańskiego Parku dociera mniej, niż do innych parków, ale ich determinacja do zwiedzania ekspozycji edukacyjnych jest olbrzymia.
Komentując całą sytuację, pracownik firmy remontującej budynek kurowskiego dworu, w którym dotychczas mieściła się dyrekcja Parku, rzucił z pewną zazdrością: “Budżetówka cieszy się przywilejami”. Gdy w końcówce lat 90-tych XX wieku w rozmowie z ówczesnym dyrektorem Parku zapytałem, czy nie grożą im roszczenia restytucyjne, dowiedziałem się, że przedwojenni właściciele zbankrutowali, a majątek przejął za długi bank. Ten z kolei został znacjonalizowany wraz z wszystkim aktywami, więc potomkowie właścicieli mogą się tylko cieszyć, jak pięknie Park zarządza ich niegdysiejszym mieniem. Rzeczywiście, dwór i przyległy park były w dobrym stanie, a w ich okolicy wytyczono ścieżkę przyrodniczą. Minęło jednak parę lat i okazało się, że bank zdążył w 1936 roku sprzedać majątek kolejnym właścicielom i to ich potomkowie na drodze sądowej odzyskali dwór. Koniec końców, dwór został od nich odkupiony i teraz przechodzi kolejny remont. Ciekawe, jaka rola będzie mu przypisana, skoro dzisiaj cała pozaterenowa działalność Parku prowadzona jest pod dachem Młynarzówki.
By nie spisywać wycieczki całkiem na straty, wybraliśmy się na spacer prowadzący groblą przez bagienną dolinę Narwi, ku zachodniemu przyczółkowi zerwanego mostu. Droga, choć tylko półtorakilometrowa, dzieli się na trzy odmienne krajobrazowo odcinki. Pierwsze 300 metrów wiedzie jeszcze wśród pól i łąk, a przed lasem przy drodze rozłożyło się nawet gospodarstwo z malowniczym drewnianym domem. Następnie, grobla prowadzi przez podmokły, olchowy las. Tu zaskoczeniem może być jej mizerna szerokość. Rosnące w pobliżu drzewa i zarośla dosłownie ją zakrywają. W czasie, gdy powstała, w 1903 roku, droga miała wprawdzie status strategiczny, ale ówczesne wojsko wędrowało na piechotę lub konno, a używane pojazdy, w tym pojawiające się z czasem samochody były, w porównaniu z teraźniejszymi, mocno skromnych rozmiarów. Tak, jak współczesne samochody, współczesne drogi są znacznie szersze od poprzedniczek. Ostatni odcinek grobli, po pokonaniu mostem zachodniego ramienia Narwi, zwanego Młynówką, biegnie już przez rozległe trzcinowiska i turzycowiska, aż do betonowego przyczółka, z którego roztacza się daleki widok na dolinę i odległy o ponad 360 metrów wschodni przyczółek mostu. Najciekawszy jest jednak widok ku północy, gdzie Narew zmuszona jest zwrócić się na wschód, by ominąć wyniosły płaskowyż, którym biegnie droga z Białegostoku do Warszawy.
Mostu nie ma tu od 1939 roku, gdyż właśnie wtedy został spalony przez wycofujące się wojsko polskie. Utrudniło to nieco postępy Wehrmachtu, ale czołgi niemieckie i tak by nim nie przejechały. Jego konstrukcja była drewniana, zbudowana na łapu capu w 1928 roku, w efekcie czego obciążona mocno, kiwała się na boki. Przedwojenne autobusy, dla bezpieczeństwa, pokonywały most bez pasażerów, na których czekały z drugiej strony rzeki. Nie wiadomo, czy oryginalny, carski most był stabilniejszy – został zniszczony przez rosyjskich saperów w czasie ofensywy kajzerowskich Niemiec w sierpniu 1915 roku. I tu dochodzimy do narwiańskiej legendy, która mówi, że most został przeklęty i jego budowa w tym właśnie miejscu powoduje, po 11 latach, wybuch światowego konfliktu. Nic dziwnego, że wpisanie do dokumentów planistycznych gminy Choroszczy możliwości postawienia w tym miejscu kolejnej przeprawy przez rzekę, wzbudziło w mieszkańcach okolicznych wsi prawdziwy niepokój. Na szczęście, Park Narodowy stanowczo sprzeciwił się tym nieroztropnym planom. Druga z legend związanych z tą okolicą, mówiąca o tym, że mieszkańcy miasteczka Suraż zapłacili inżynierom nadzorującym budowę kolei warszawsko-petersburskiej łapówkę, aby tylko, przez zmianę przebiegu linii, ziejące dymem i buchające iskrami stalowe potwory nie płoszyły ich dobytku, nie jest już tak oryginalna. Słyszałem ją w wielu, pominiętych przez kolejowych planistów, miejscowościach Polski.
“Mrok właśnie zapadał; było na co popatrzeć. Uwijała się czeladź wszelaka z drzazgami i lontami zapalając lampy stojące nad brzegami jeziora i wiszące na drzewach, okalających altany. Na dzień ten umyślnie sprowadzone z rzeki Narwi wody, puszczone kanałami, na których porobiono kaskady sztuczne, widok przedstawiały istotnie malowniczy. Blaski ostatnie dnia i oświecenie kolorowe parku, wówczas zwanego “dziką promenadą” odbijały się w wodotryskach i wodospadach. Grupy postrojonych pań i panów otaczały stawy, po których łódkami się wielu przejeżdżało. W dali słychać było przegrywające muzyki”.
J. I. Kraszewski Grzechy hetmańskie
Tak świętowanie imienin trzeciej żony hetmana Jana Klemensa Branickiego – Izabeli z Poniatowskich wyobrażał sobie pisarz z perspektywy ponad stu lat od opisanego wydarzenia. Świętowano pod gołym niebem, w ogrodach przy letnim pałacyku Branickich. Tak, jak samo miasteczko jest trudne do zauważenia dla kierowców mknących ekspresówką do lub z Białegostoku, tak barokowy budyneczek mieszczący dziś muzeum wnętrz pałacowych, też nie dominuje w zabudowie Choroszczy. Od centrum miasteczka oddziela go bowiem kompleks dawnej fabryki sukna i kortu, wzniesiony przez rodzinę Moesów. Ta niegdyś największa w całym regionie fabryka, będąca prawdziwym miastem w mieście, po spaleniu w 1915 roku przez Rosjan została zaadoptowana w 1928 roku na nowoczesny, jak na swoje czasy, szpital psychiatryczny. Pałacyk, który podzielił losy fabryki w czasie I Wojny Światowej, nie został jednak odbudowany na potrzeby lecznicy. Bo też, czy dyrektorowi szpitala godziło się mieszkać w rezydencji powstałej na hetmańską miarę i użytkowanej później przez bogatą fabrykancką rodzinę? Szpitalna administracja i księgowość też pewnie nie miały aż takich potrzeb lokalowych, jak ta obsługująca kompleks fabryczny. Tak więc, dopiero po ponad 50 latach od zniszczenia, pałacyk podniesiono z ruin. Odbudowano co prawda tylko główny, najstarszy, korpus założenia. Późniejsze oficyny boczne nie miały już tego szczęścia, chociaż podniszczony, piętrowy budyneczek mijany na dojeździe do rezydencji jest opisywany, jako ich pozostałość. Na przedpolu pałacyku wznoszą się jeszcze rozległe stajnie, których frontowa ściana ozdobiona jest rzeźbami kształtnych końskich główek. Od lat trwają przymiarki do remontu i sensownego wykorzystania tego budynku. Jak na razie – bez widocznych wyników.
Pałacyk jest dosyć zgrabną i harmonijną budowlą (może poza ciężkawą grupą rzeźb wieńczącą tympanon od strony ogrodowej). Uroku dodaje mu położenie na wyspie, na końcu kanału długiego na ponad 300 metrów. Jego oś zamknięta jest wzniesieniem zwanym obecnie Górką Miłości. Z jej szczytu rozciąga się szeroki widok na dolinę Narwi i jej dopływu – Horodnianki. Zabudowa Choroszczy nie jest stąd widoczna i można ulec złudzeniu przebywania na jakimś biebrzańskim grądzie (tak na Podlasiu nazywa się wyniesienia śródbagienne). Kanał biegnący od pałacu nie jest jedyny – w połowie długości przecina go drugi, poprzeczny. Pełen starodrzewia, zdziczały park obramowuje ich brzegi. Nie wybrałbym tego miejsca na świętowanie imienin, ale na obserwację ptaków połączoną z fotosafari, jak najbardziej.

Na drugim miejscu w rankingu miejsc wartych odwiedzenia w Choroszczy, jest na pewno kompleks szpitalny z fabrycznymi korzeniami. Składa się z kilkunastu piętrowych budynków z cegły o nieco koszarowej architekturze, postawionych na przełomie XIX i XX wieku. Teren jest rozległy i bogaty w zieleń. Fasady budynków wyłożono czerwoną i żółtą cegłą, podkreślającą podziały na osie i kondygnacje. Droga przecinająca ten kompleks i zmierzająca do pałacu jest przecięta ogrodzeniem, ale wejście przez główną bramę od strony placu Brodowicza i spacer między szpitalnymi pawilonami chyba są tolerowane. Jedynym budynkiem kompleksu udostępnianym osobom postronnym jest dawna szkoła dla dzieci pracowników, obecnie mieszcząca miejskie centrum kultury. Plac, przy którym jest ulokowane centrum, był niegdyś mniejszy, gdyż wznosił się przy nim kościół luterański ufundowany przez Moesów dla pracowników pochodzących z Niemiec. Uszkodzony podczas II Wojny Światowej i pozbawiony wiernych, został rozebrany w latach 60-tych XX wieku. Jego lokalizację wskazuje obecnie metalowy krzyż.
Historyczne województwo podlaskie zostało aktem Unii Lubelskiej przeniesione z Litwy do Korony. Ale nie Choroszcz. Jej ówcześni właściciele – Radziwiłłowie nie przybyli do Lublina, a brak ich podpisu pod aktem Unii skutkował pozostaniem majątku na Litwie. Zatem, aż do rozbiorów, była to enklawa litewska. A obecnie, jest to podbiałostocka enklawa biznesowa. Dzięki bliskości stolicy województwa oraz drogi ekspresowej S8, w mieście powstały rozliczne przedsiębiorstwa i zakłady. Za nimi poszedł wzrost liczby mieszkańców oraz wszelkiego rodzaju usług dla ludności. Z punktu widzenia architektonicznego ten rozwój niesie jednak pewien bałagan przestrzenny, widoczny tym lepiej, im dalej oddalimy się od rynku. Sam plac rynkowy został zmodernizowany przez pozbawienie drzew i wyłożenie kamiennymi płytami z obowiązkową teraz fontanną bezbasenową. Inwestycję przeprowadzono już w trzeciej dekadzie naszego wieku, przy dosyć głośnej krytyce z pozycji klimatycznych. Inicjatorów dosięgła zresztą swoista karma, bo gdy doszło do uroczystego otwarcie przebudowanego placu, upał był okrutny, a cień drzew był już tylko wspomnieniem. Jedną stronę rynku zamyka zgrabna sylwetka kościoła i klasztoru podominikańskiego, pozostałe, to przegląd budownictwa małomiasteczkowego ostatnich 120 lat. Miejsce jest jednak dosyć senne, bo jeden kebab i jedna lodziarnia, a tym bardziej bank spółdzielczy, nie generują nadmiernego ruchu mieszkańców. W miasteczku godne uwagi są jeszcze – cerkiew prawosławna zbudowana według typowego projektu czasów cara Aleksandra II oraz kilka przykładów białostockiej szkoły muratorskiej, czyli budynków stawianych i zdobionych przy użyciu żółtej i czerwonej cegły.

Wydany w latach 80-tych XIX w. “Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” przy końcu opisu miasta stwierdzał m. in.: “O 30 staj od Choroszczy na południu leży góra Świtkowizna (dziś Sieśkowizną zwana), porośnięta karłowatymi dębami; na tej górze za czasów pogańskich oddawano cześć Światowidowi”. W miejscu tym, zwanym obecnie Babią Górą, z inicjatywy Miejskiego Centrum Kultury ustawiona została w 1998 roku replika figury Światowida wydobytej, w latach międzywojennych, z wód granicznej z Ukrainą rzeki Zbrucz. Z czasem miejsce nabrało znaczenia kultowego dla, zarejestrowanego jako grupa wyznaniowa, Polskiego Kościoła Rodzimowierczego. A to już nie wszystkim się spodobało. Na sesjach Rady Miasta i Gminy składano w tej sprawie pytania i interpelacje, prywatnie formułowano pewnie znacznie ostrzejsze komentarze. Aż pewnego styczniowego dnia 2018 roku, posąg zniknął. Policji nie udało się go odnaleźć, a prokuratora nie podjęła śledztwa, powołując się na niską, ocenianą na 400 zł, wartość zguby.
Rodzimowiercy burzyli się i protestowali, ale w krótkim czasie zamówili pomniejszoną kopię posągu, którą już w marcu 2018 roku umieszczono na działce udostępnionej przez rolnika ze wsi Gajowniki. To raptem niespełna 6 km od oryginalnej lokalizacji. Miejsce jest mniej eksponowane, odsunięte nieco od drogi. Można je przeoczyć. Ma jednak swój urok. Wśród mozaiki lasków i pól, nad brzegami strumienia Horodnianki, otoczone kamiennym kręgiem, w cieniu samotnej sosny, stoi sobie czterogłowe bóstwo. Na drzewie, w kapliczce pełniącej też funkcję karmnika dla ptaków (miód na serce ich miłośnika), jest też miniaturowa figurka słowiańskiej bogini Mokoszy. Całości dopełniają wertykalnie ustawione, zwieńczone daszkami, belki z wyrzeźbionymi symbolami ruchu rodzimowierczego. Surrealistyczne wrażenie, przy braku ogrodzenia, robi bramka, przez którą można wejść w ten światek pradawnych wierzeń. A bardziej cielesnym potrzebom służy miejsce na ognisko oraz drewniana wiata.
Powstanie Styczniowe miało zawsze specjalne miejsce miejsce w moim sercu. Właśnie w sercu, bo ta specyficzna ekscytacja wynikała mniej z wiedzy, a bardziej z percepcji utworów literackich, takich jak “Ballada o wzgardliwym wisielcu” Stanisława Rembeka, czy “Pikieta powstańcza” Jacka Kaczmarskiego. W latach 80-tych XX w. zwykłem w pobliżu Święta Zmarłych włóczyć się po mazowieckich lasach w poszukiwaniu pochylonych krzyży na mogiłach bojowników, co to “poszli w bój bez broni”. Tymczasem, na obrzeżu Choroszczy znajduje się najokazalsze w całym województwie podlaskim upamiętnienie powstańców. Tuż przy drodze do feralnego mostu przez Narew wznosi się wzgórze zwane Szubienica. Nazwa zdradza co tu się wydarzyło w październiku 1863 roku. Nie jest to miejsce bitwy, czy potyczki, lecz kaźni kilkunastu powstańców okrążonych przez wojsko na noclegu w okolicznych lasach. Ciekawa jest historia przywracania pamięci o tym miejscu. W międzywojniu, będącym programowo czasem największej czci dla Powstania i powstańców, miejsce nie było oficjalne wiązane z tymi wydarzeniami. Dopiero w roku 1984, z prywatnej inicjatywy, postawiono tu brzozowy krzyż. Potem pałeczkę przejął Społeczny Komitet Budowy Pomnika, który doprowadził do odsłonięcia w 1989 roku, uzupełnianego w następnych latach kolejnymi elementami (godło, znicz) monumentu. Ponieważ Szubienica stała się miejscem uroczystości rocznicowych, a także przyciągała coraz liczniejszych turystów, władze miasta w latach 2018-19 doprowadziły cały kompleks do obecnego, imponującego wyglądu. Nie byłbym sobą, gdybym pominął tu rolę starego, sosnowego boru stanowiącego naturalne tło pomnika. Bo miejsce pamięci powstańców styczniowych w lesie winno być i basta!
Miasta – satelity nie są najlepszymi miejscami do otwierania biznesów gastronomicznych. Potencjalny gość zbyt łatwo może dostać się do centrum większego miasta, gdzie może wybierać i wybrzydzać do woli. Ta zasada, działająca długie lata w moim powiatowym Pruszkowie, miała też zastosowanie do Choroszczy. Jeśli ktoś nie gustował w nieśmiertelnej triadzie pizza-kebab-sushi, musiał jechać do Białegostoku. Gdy jąłem szukać w Internecie informacji o mieście, zacząłem otrzymywać oferty diety pudełkowej choroszczańskiej produkcji. Umówmy się jednak, nie była to informacja przydatna dla osób, które głód może złapać podczas zwiedzania miasta. A tu, na kilka dni przed wyjazdem, niespodzianka! Na Google Maps znalazłem lokal o atrakcyjnej nazwie, z profesjonalnie wykonaną stroną www oraz ciekawym menu. No i był to strzał w dziesiątkę! Dania były smaczne, obfite i w dodatku stanowiły ciekawy mix innowacyjnego podejścia do kuchni tradycyjnej. Dość powiedzieć, że do domu zabraliśmy pierogi nadziewane marchewką, w pesto pietruszkowym. Restauracja zajmuje jeden z lokali w pawilonie handlowym. Nie jest to miejsce bardzo przytulne, podobnie jak jego otoczenie składające się z bloków mieszkalnych z jednej i przysadzistych domów jednorodzinnych z lokalami usługowymi na parterze, z drugiej strony ulicy. Dla porządku – na piętrze jest kawiarnia, pełniąca też rolę bawialni dla dzieci. Oferta najwyraźniej dostosowana do potrzeb młodych matek i zmęczonych opiekunek, ale niekoniecznie atrakcyjna dla wędrowców pragnących uzupełniać ubytki kofeiny w nastrojowym miejscu.
Północno-wschodnia część Narwiańskiego Parku Narodowego znajduje się w gminie Choroszcz. Sięga do jazu spiętrzającego wody Narwi w miejscowości Pańki, poniżej którego rzeka została zmeliorowana przed prawie 50 laty. Krajobrazowo to, zwłaszcza z perspektywy kajakarza, dwa różne światy. Samo miasto położone jest bliżej tej cywilizowanej, przyczesanej przez działalność człowieka, części doliny. Podobne wrażenie swoistej wieloistości miałem, włócząc się po Choroszczy. Mimo niewielkich rozmiarów, można tu z łatwością wyróżnić kilka stref funkcjonalnych. Typowe podlaskie, nieco uśpione miasteczko wokół rynku, potem strefa mieszkalno-usługowa przypominająca przedmieścia Białegostoku, dzielnica szpitalna, założenie pałacowo-parkowe i – w końcu – rozciągnięta wzdłuż ekspresówki strefa przemysłowa. W gruncie rzeczy, to przykład nowoczesnego podejścia do gospodarki przestrzennej. Zastanawiałem się, czy obecność Choroszczy na liście szybko rozwijających się gmin nie stanie się, w przyszłości, zagrożeniem dla przyrody Parku Narodowego. Jeśli jednak przyjąć, że opisany wyżej stan rzeczy jest rezultatem przemyślanej polityki miejscowych władz, to moje obawy są płonne. A kolejne pokolenia młodych Podlasian będą miały gdzie być zachęcane/zmuszane do zostania wędkarzami.














































