Karol May pisząc powieści o Winnetou i jego przyjacielu Old Shatterhandzie nie znał Ameryki. Pierwszy raz odwiedził USA w roku 1908 – 26 lat po pojawieniu się na rynku pierwszej książki o przygodach, jak określono to w pierwszych recenzjach, “czerwonoskórego gentlemana”. Realistyczne opisy prerii, gór i kanionów były więc wytworem jego bujnej wyobraźni wspartej, jak się wydaje, studiami nad dostępnymi materiałami źródłowymi. Bohaterowie powieści Maya na długie lata zawładnęli wyobraźnią setek tysięcy czytelników na całym świecie. W postać ulubionych bohaterów wcielali się młodociani odbiorcy pod każdą szerokością i długością geograficzną. Na pewno było ich wielu także w dawnej Jugosławii, a nowe ich rzesze pozyskano po wejściu na ekrany w połowie lat 60-tych XX wieku serii niemieckich filmów o przygodach dwóch przyjaciół, do których zdjęcia kręcono w malowniczej scenerii okolic Benkovaca w Chorwacji.
“O, tam znajdowało się obozowisko Apaczów!” powiedział wznosząc rękę nasz przewodnik. Chłopak mógł mieć dwadzieścia parę lat i nie należał już do pokolenia, które wolne chwile spędzało malując sobie twarz w czerwone wzory i próbując trafić z łuku do ruchomego celu. Wiedział jednak, że legenda Winnetou jest wiecznie żywa i można ją zręcznie zdyskontować w opowieściach dla turystów zebranych na pokładzie spacerowej łodzi. Płynęliśmy od ujścia, w górę rzeki Zrmanje. Wokół piętrzyły się skaliste zbocza, między którymi rzeka wiła się malowniczo. Miejscami, na płyciznach, pojawiały się trzcinowiska, a na wypłaszczeniach stoków – kępy krzaków. Wbrew podświadomym oczekiwaniom, zza zakosów rzeki nie pojawiły się czółna pełne indiańskich wioślarzy. Tylko w okolicach miejsca oznaczonego na mapie, jako “parking Winnetou” (sic!), na krawędzi kanionu, zauważyliśmy niewielkie – z tej odległości – figurki ludzkie. Zastanawiałem się przez chwilę, czy w duchu przewodnickiego braterstwa nie sprzedać naszemu cicerone historii o Janosikowym skoku. Po minimalnych przeróbkach rzekę Zrmanję pokonywać tym sposobem mógłby wszak i Winnetou. Ale, że legendy lubią obrastać kolejnymi nieprawdopodobnymi historiami, liczę, że sam kiedyś coś podobnego wymyśli.

Kanion rzeki Zrmanje - filmowa kraina Apachów
Zrmanje uchodzi do rozległej zatoki zwanej Morzem Novigradskim. Na północy łączy się ona z Adriatykiem cieśniną Novsko ždrilo, a na południu – poprzez cieśninę Karinsko ždrilo – z kolejnym, mniejszym, Morzem Karinskim. Chorwaci, ze względu na powierzchnię sięgającą tylko 5,5 km kw., lubią nazywać to ostatnie najmniejszym morzem świata. Nad drugą z cieśnin rozsiadła się miejscowość Ribnica, w której spędziliśmy sierpniowy tydzień. Choć to jeno 40 km od Zadaru, była to nieco inna Chorwacja, niż na wybrzeżu. Wciąż spotyka się tam zagranicznych turystów, woda w zatoce, choć mniej przejrzysta, jest podobnie słona, są hotele, restauracje, a nawet “beach bar”, ale rano budziło nas pianie koguta, w krzakach pod domem spotykaliśmy żółwie, wśród drzew latały wilgi, a po zapadnięciu zmroku – nietoperze. Gospodarze pozwalali gościom zrywać w ogródku to, na co mieli ochotę, a wokół zabudowań panował swojski nieporządek. Ku naszemu utrapieniu, nie było tam piekarni, miejscowy spożywczak nie oferował świeżych (ani nawet sczerstwiałych) “slancy”, ani lodów – zamiast w lodziarni, trzeba ich było szukać w regularnych restauracjach. Poważną niedogodnością było też częste nieakceptowanie kart płatniczych, podczas gdy najbliższy bankomat znajduje się w odległości prawie 8 km. Za to w zasięgu spaceru mieliśmy odcinki wybrzeża tylko dla siebie. Najczęściej korzystaliśmy ze Stipan’s Beach, gdzie w porze naszego przybycia żegnaliśmy tylko parę starszych wiekiem Chorwatów, a gdy zbieraliśmy się do domu, witaliśmy jedną niemiecką rodzinę z dwójką dzieci.
Kilka widoków Ribnicy
Rzeka Zrmanje w swoim środkowym biegu pokonuje serię wodospadów. Odwiedziliśmy najbliższy z nich – Slapovi Zrmanje. Jedzie się tam wśród rozległych połaci makii, z pięknymi widokami na pasmo Velebitu. Wodospad nie jest wysoki, woda spada z wysokości jakichś 6-7 metrów, ale rzeka jest pełnowodna i szeroka, spada więc kilkunastoma większymi i mniejszymi kaskadami poprzedzielanymi pasami zieleni. Przyroda i krajobraz robią duże wrażenie. Niestety, łatwość dojazdu spowodowała zwiększoną presję inwestycyjną człowieka. A że planowanie przestrzenne nie jest tu w najwyższej cenie, wodospady obrosły chaotyczną infrastrukturą: restauracje, pensjonaty, pole namiotowe, parkingi, dacze. Taras jednej z restauracji jest wręcz nadwieszony nad skrajną siklawą. Ludzie kręcą się wśród namiotów, słuchają muzyki, palą ogniska, grają w siatkówkę plażową, a nawet pieką jagnię na rożnie! Tymczasem, trzysta metrów w górę rzeki rozciągają się żyzne, zielone łąki, obrzeżone pasem wysokich drzew. Zrmanje spokojnie toczy swe przezroczyste, głębokie wody, ponad którymi od czasu do czasu przelatuje zimorodek. Co za kontrast między naturą w swej wspaniałości, a dosyć tandetną naleciałością cywilizacji! Chorwaci bardzo nie lubią, gdy określa się ich kraj przymiotnikiem “bałkański”. Cóż, kiedy właśnie odczucie bałkańskości – w duchu Emira Kusturicy – miałem patrząc, jak zagospodarowano okolice wodospadów. Może to był jednak relikt po nieboszczce Jugosławii, bo samochody stojące na parkingu nosiły tablice rejestracyjne, praktycznie wszystkich, państw powstałych w wyniku jej rozpadu.
Najniższa kaskada wodospadów na rzece Zrmanje i jej okolice
Podejście na szczytowe spiętrzenie Świętego Ilji wiedzie skalistym zboczem poprzerastanym pasmami roślinności zielnej i – z rzadka – większymi krzewami, czy drzewami. Ku południowi, ponad rozległą kotlinką, otwierał się widok na skąpaną w słońcu Korculę. Od północnego wschodu, gdzie grzbiet opadał stromszymi stokami, wiało jednak chłodem. W dolince poniżej kłębiły się chmury z wolna przelewające się na naszą stronę grzbietu. Gdy dotarliśmy na oznaczony kopczykiem kamieni i niewielkim drewnianym krzyżem szczyt, ogarnęły i nas. Przypomniało mi się, jak często z kąpiącego się w promieniach słońca Orebica obserwowałem szczyt Świętego Ilji ukryty pod czapą obłoków, a czasem też spoza jego urwistych południowych zboczy słychać było odgłosy gromów. To samo wspomnienie musiało dręczyć Podziomka, gdyż stanowczo odmówiła przejścia dodatkowych 100 metrów do punktu widokowego na skraju południowego urwiska. Tym razem jednak Ilja Gromownik, który na terenach z wcześniejszymi wpływami kultury helleńskiej przejął rolę i atrybuty pogańskiego Zeusa, był dla nas łaskawy. Chmurzyska dotarłszy do szczytu wyraźnie wytraciły impet. Najpierw podzieliły się na kilka strumieni, a potem niepostrzeżenie wzniosły jeszcze wyżej i rozproszyły. Zanim do tego doszło, w przerwach między chmurami udało mi się wykonać kilka nastrojowo-dramatycznych zdjęć. Gdy ruszyliśmy w drogę powrotną, znowu przyświecało nam słońce.
Wycieczka na Świętego Ilję była pomysłem Krysi. Góra wznosi się na wysokość 961 m npm, ale w jej przypadku wysokość względna równa się rzeczywistej, gdyż istotnie zdobywać ją trzeba od poziomu morza. Góruje ponad wypoczynkową miejscowością Orebic oraz kanałem oddzielającym ją od Korculi. Jest najwyższym szczytem archipelagu przybrzeżnych wysp chorwackich, do których, przynajmniej z geologicznej perspektywy, należy też Półwysep Peljesac. Gdy przed kilkunastu laty byliśmy dwukrotnie w Orebicu, mała jeszcze wówczas Krysia, przytłoczona ogromem góry i skalistością jej zboczy, bardzo poważnie obawiała się, że tatuś kiedyś zrealizuje swoje obietnice i pogoni całą rodzinkę na jej szczyt. Choć do tego nie doszło, dziecko dorastało dźwigając na barkach przekleństwo Świętego Ilji. W końcu, okrzepłszy mentalnie, postanowiło się z nim zmierzyć i zameldowało mi gotowość do odbycia górskiej wycieczki. Tak trafiliśmy po raz kolejny do Orebica, a ściśle biorąc, sąsiedniej wioseczki – Perna.
Pogoda nam sprzyjała. Po tygodniach męczących, sięgających blisko 40 C upałów, przeszedł front atmosferyczny niosący opady i temperatury o ponad 10 C niższe. Mimo to, postanowiliśmy wyruszyć ze wschodem słońca i zaopatrzeni w odpowiednie zapasy wody. Po drodze nie ma żadnych źródeł, ani strumieni, lecz ostatnie deszcze zostawiły po sobie sporo kałuż, z których skwapliwie korzystał Harry – czworonożny turysta górski. Jedynym zastosowanym przez nas ułatwieniem było pokonanie pierwszych 150 metrów przewyższenia samochodem, który zostawiliśmy na parkingu przy klasztorze franciszkańskim, górującym nad miasteczkiem. Sumienie mieliśmy czyste, gdyż już wcześniej odwiedziliśmy go na piechotę. Pierwszy kilometr trasy biegnie jeszcze po asfalcie, potem skręca się na kamienistą ścieżkę dźwigającą się szparko w górę po południowych zboczach masywu. Ekspozycja nie jest nadmierna, więc nawet osoby z umiarkowanym lękiem przestrzeni nie powinny mieć problemu. W niektórych miejscach ścieżka jest na tyle wąska, że w przypadku mijanki trzeba użyć wyobraźni i zasad górskiego savoir-vivre. Przy wczesnym wymarszu prawdopodobieństwo spotkania turystów schodzących w dół jest jednak minimalne. W przeciwieństwie do polskich, miejscowe kierunkowskazy wskazują bardzo krótki czas przejścia danego odcinka. Dość powiedzieć, że nam wejście zajęło 4 godziny, a zejście 3, podczas gdy sugerowany czas wejścia, to 2 godziny i 50 minut. Po prawdzie, przy podejściu zostaliśmy wyprzedzeni przez kilka osób, podczas gdy my nie wyprzedziliśmy nikogo. Ale też mało kto zatrzymywał się na odpoczynek przy “Planinarskim domu”, choć to miłe, widokowe miejsce na skraju lasu i skalnych połonin. Może gdyby domek był otwarty, byłoby więcej chętnych do postoju.
Impresje z prawdziwie górskiej wycieczki i Harry, pierwszy turysta wśród psów
Wędrowcy będący pod wrażeniem surowości zboczy opadających ku Orebicowi mogą zostać zaskoczeni bujnością i rozmaitością szaty roślinnej i krajobrazu na szlaku. Mnie urzekł zwłaszcza trawers zboczy suchej doliny opadającej ku miejscowości Kuciste. Rosnące tam sosny o parasolowatej formie wynoszą się ponad krzaczaste zarośla makii. Rozległe wypłaszczenie, przy którym schodzą się szlaki z Orebica i Viganj, porasta natomiast gęsty, wysokopienny las podobny do tych, które widziałem w niższych partiach rumuńskich Karpat. W opisach podejścia na Świętego Ilję często wspominane są spotkania z końmi pasącymi się tu bez nadzoru człowieka. My nie mieliśmy tego szczęścia, natknęliśmy się tylko na odchody, które równie dobrze mogły być owcze, jak i muflonie, gdyż ten gatunek zamieszkuje górzyste wnętrze półwyspu. Największymi napotkanymi zwierzętami pozostały więc psy, które dość często towarzyszyły, ku uciesze Harrego, dwunożnym zdobywcom szczytu. W miarę pokonywania kolejnych poziomic, otwierały się przed nami coraz dalsze widoki. Początkowo tylko na Korculę, następnie także na dalej położone Lastovo i Mljet. Spod szczytu ku północy widać było położoną malowniczo u wylotu wąskiej doliny wioseczkę Duba Peljeśka, a za Neretvianskim Kanałem – wschodnią końcówkę Hvaru i kontynentalną Dalmację. Bardzo ciekawy był też skalisty grzebień ciągnący się od szczytu, ku wschodowi.
Klasztor Franciszkanów i cmentarz kapitanów górują ponad kanałem oddzielającym Peljesac od Korculi
“Kiedy zwiedzimy jakiś kościół?” – to pytanie padło po kilku dniach opalania się, pływania w morzu i konsumowania jego owoców. Cóż, jedyny, podobno pochodzący z XII wieku, kościółek w Ribnicy był zamknięty na głucho. W Orebicu, w kościele parafialnym, można zajrzeć, poza nabożeństwami, tylko do kruchty. W dodatku, jak na Dalmację, ma on nieprzyzwoicie krótką historię, bo zbudowano go w końcówce XIX wieku. Za substytut nie mogła posłużyć wizyta w hotelowej restauracji mimo, że wprawne oko było w stanie wyłowić w zewnętrznej architekturze budynku ślady dawnej funkcji sakralnej. Możemy za to z czystym sumieniem polecić wizytę we wspomnianym klasztorze franciszkańskim. Trzeba tylko upewnić się co do godzin jego dostępności. Prócz muzeum i kościoła, warto zwrócić uwagę na wystawne nagrobki orebickich rodów kapitańskich, na sąsiednim cmentarzu. Czy to ze względu na ich obecność, czy z szacunku dla zakonników, albo ich patronki (Matka Boska Anielska), przepływające statki podobno pozdrawiają to miejsce dźwiękiem syreny okrętowej. Jednak promy pływające regularnie przez cieśninę do Korculi, już tego nie robią. O czasy, o obyczaje!










































