Kategorie
Wielka Brytania

Gdzie kończy się ląd czyli w krainie 500 Celtów

Bez przekonania pomachiwałem ręka na przejeżdżające samochody. Zwłaszcza na te lepszych marek. Intuicja podpowiadała, że prędzej zatrzyma się zużyty Citroen z parą wracających z zakupów farmerów, niż luksusowy Bentley, nie wiadomo po co zbłąkany na peryferie Cambridgeshire. A tu taka niespodzianka! Markę srebrzystego, nisko osadzonego. sportowego wozu, który zatrzymał się na nasz widok, zdradzała sylwetka drapieżnego kota na masce. Sympatyczny facet za kierownicą zapytał dokąd jedziemy i zapewnił, że będzie tam w kilka minut. Przyśpieszenie wcisnęło mnie w fotel pokryty beżową skórą. Nie było czasu, ani sposobności na pogaduchy. Do będącego naszym celem miasteczka March dotarliśmy, rzeczywiście, w mgnieniu oka. Na nieco drżących nogach wygramoliłem się na chodnik. Moi towarzysze podróży, Portugalczyk i Niemka, mieli dziwną bladość na twarzach. “Co to było? Rakieta?” wychrypiała w końcu Elza. Była to moja pierwsza i jedyna przejażdżka Jaguarem – samochodem będącym legendą motoryzacji brytyjskiej.

Działo się to Roku Pańskiego 1981 i był to mój pierwszy wyjazd za żelazną kurtynę. Przyjechałem w ramach programu Concordia Youth Volunteers Work Camp. Słowo ,,ochotnik’’ w nazwie programu było zwodnicze. W założeniu mieliśmy wykonywać odpłatną pracę w rolnictwie, ale za zakwaterowanie i wyżywienie musieliśmy zapłacić. Zostaliśmy umieszczeni w byłym obozie niemieckich jeńców wojennych (PoW), w pobliżu miejscowości Friday Bridge. Pojemność obozu była na tyle duża, że popyt na ręce do pracy ze strony okolicznych rolników nie nadążał za podażą. W efekcie, pracę mieliśmy średnio co drugi dzień, z ewidentną szkodą dla naszych budżetów i ogólnego samopoczucia. Do plusów tej sytuacji należała możliwość wyjścia za bramę obozu w pozostałe dni – nie mieliśmy wszak statusu PoW – i łapania okazji do pobliskich miasteczek. W ten sposób zwiedziłem sąsiednie March i Wisbech, ale też dalej położone: Ely, Kings Lynn i Peterborough. Ba, to wtedy po raz pierwszy miałem okazję odwiedzić Cambridge.

Jaguar XJ6 – czy rakieta?

Z pobytem w tym mieście wiąże się jedna z moich ulubionych brytyjskich, wziętych z życia, anegdot. Chyba wszyscy cudzoziemcy podczas nauki angielskiego, czy obcowania z brytyjską literaturą lub filmem, nabierają przekonania o szczególnej roli zwyczaju piknikowania na trawie wśród Brytyjczyków. Nie byliśmy wyjątkiem, więc dotarłszy do parku Christ’s Pieces rozciągnęliśmy się swobodnie wokół rozłożonej serwetki, na którą wyłożyliśmy co tam mieliśmy do zjedzenia. Po chwili podeszła do nas starsza, schludna pani i powiedział, że nie powinniśmy tam leżeć. Chcieliśmy dowiedzieć się, czy nie pominęliśmy może znaku zakazu piknikowania. “To jest dozwolone” – odrzekła owa pani – “ ale mamy już koniec września i możecie się przeziębić”. W pogawędkach z kierowcami też zdarzały się zabawne sytuacje. A to związkowiec wracający z jakiegoś meetingu odgrażał się, że Labour Unions odsuną od władzy premier Margaret Thatcher “tak jak wasza Solidarność zrobi z komunistami”. To znowu osoba bardzo zainteresowana możliwością wyjazdu turystycznego do Polski, wysłuchawszy moich wywodów o pięknie polskich gór zauważyła nieśmiało “myślałem, że w Holandii nie macie gór”. Obecnie, w czasie upowszechniania się terminu Niderlandy, bliskość fonetyczna słów Poland i Holland nie będzie już pewnie przyczynkiem do nowych nieporozumień.

W każdym razie Anglia, z perspektywy pasażera-autostopowicza, wyglądała nieco inaczej, niż z punktu widzenia kierowcy. Pierwszy raz jako kierowca poruszałem się w ruchu lewostronnym w roku 2017. Odwiedziliśmy wtedy młodsze dziecko przebywające na stypendium Erasmus w Uniwersytecie Essex w Colchester. Pojechaliśmy własnym samochodem, co wymagało przy wyprzedzaniu współpracy kierowcy z pasażerem. Nie to jednak było najtrudniejsze, lecz pokonywanie słynnych w całej Wielkiej Brytanii colchesterskich rond, z których jedno znane jest jako pułapka na kierowców, zwłaszcza zagranicznych. Jego specyfika polega na tym, że kilka ulic łączy się z głównym rondem poprzez mini rondka. Na każdym oczywiście obowiązuje ogólny schemat pierwszeństwa przejazdu. Dzięki świadomości istnienia tego rozwiązania oraz wielokrotnemu pokonaniu go wcześniej na Google maps, mimo regularnego korzystania, nigdy nie znaleźliśmy się w ryzykownej sytuacji.

Rondo w Colchester, źródło – en.wiki, grafika na licencji GNU

Tego roku, jadąc do Kornwalii, wdarłem się na kolejny poziom szoferskiego wtajemniczenia. Zawdzięczam to decyzji Podziomka, która uznała, że lęk przed lataniem samolotem jest passe. Tak więc, po dotarciu na lotnisko London-Luton, kolejnym środkiem transportu, którego musieliśmy użyć, był wypożyczony samochód marki Ford Focus, z kierownicą, a jakże!, z prawej strony. Aby nie stawiać nadmiernych wyzwań swojej lewej, słabszej ręce, zamówiłem jednak pojazd z automatyczną skrzynią biegów. No i podróżowało się całkiem bezproblemowo. Większym wyzwaniem, niż kierownica z prawej strony, były kornwalijskie drogi klasy B, którymi często prowadziła nas nawigacja. Są one bardzo wąskie, bez pobocza, obramowane murkami, czy żywopłotami, a często bywa, że ścianami wiejskich domostw. Mają one, co prawda, mijanki, ale rzadko rozmieszczone, więc co i rusz przychodziło zatrzymywać się i cofać, by przepuścić pojazdy jadące z naprzeciwka. Ponieważ niebezpieczeństwo mogło czyhać za każdym zakrętem, stosowałem patent z Chorwacji trąbiąc, bądź mrugając długimi światłami przed każdym z nich. Szczęśliwie, miejscowi kierowcy byli życzliewie usposobieni i chętnie sami usuwali się nam z drogi.

Wyszedłszy z ciepłego i pachnącego wypiekami wnętrza Cornish Bakery w Mavagissey, poczułem się jak bohater kultowej reklamy piwa Dog in the Fog. Niosłem ze sobą śniadanie dla całej naszej trójki: słynne pierogi kornijskie, croissanty, babeczki z Belem (popularność portugalskiej receptury, to owoc zawartego jeszcze z końcem XIV wieku sojuszu antyhiszpańskiego), jak też trzy kubki kawy. Do przejścia było może z 60 metrów, ale deszcz siekł niemiłosiernie, wiatr wyrywał z rąk parasolkę i nawet mewy chowały się po zawietrznej stronie budynków. Jakoś niczego nie uroniłem, a mokre spodnie i buty wkrótce wyschły ponieważ pogoda była bardzo zmienna i, koniec końców, każdego dnia i tak świeciło słońce. Mieszkaliśmy w tradycyjnym domu, przy szerokim na wyciągnięcie rąk pasażu, łączącym port z sąsiednią uliczką. Budynek miał swoje lata, niskie drewniane stropy i jednoszybowe, przesuwane wertykalnie okna. Rano budził nas krzyk mew, z których jedna wyspecjalizowała się w naśladowaniu szczekania psów. Właściciele i pracownicy licznych w okolicy przybytków gastronomicznych ostrzegali gości przed niebezpieczeństwem utraty zakupionych smakołyków na rzecz biało-szarych złodziejaszków. Port jest wykorzystywany głównie przez miejscowych rybaków, których liczba od początku XX wieku praktycznie się nie zmieniła. Liczne łodzie w czasie odpływu tkwiły zaryte kilami w błotnistym dnie, by po kilku godzinach kołysać się malowniczo na wodzie.

Centralna część miasteczka znajduje się właściwie na poziomie morza. Za to uliczki i ścieżki obejmujące zatokę portową, pną się stromo na pofałdowany płaskowyż, skąd rozpościerają się dalekie widoki na wody Kanału La Manche (pardon! British Channel). Ku północy, za skalistymi przylądkami, rozciąga się wspaniała piaszczysta plaża. Co najważniejsze, jest pusta, bo przy rozmiarach blisko 800 x 60 metrów, dziesięciu obecnych tam osób nie można uznać za tłum. Doceniliśmy to nie tylko my, ale i niektórzy z naszych braci mniejszych. Z wody, nie dalej jak 10 metrów od brzegu, obserwowały nas dwie foki, a obiektywem kamery uchwyciłem lecącego wzdłuż brzegu ostrygojada. Elementem odróżniającym tę plażę od bałtyckich odpowiedników, jest też wodospad, którego wody spadają z 50 metrowych klifów i zaraz giną w szerokim pasie piasku. Podziomek, która jako jedyna zdecydowała się pobrodzić w wodzie twierdziła, że temperaturą przypomina polskie morze. Pomimo, że miejsce to urzekło nas i zatrzymało na blisko 1,5 godziny, zdaniem autorów rankingu 10 najpiękniejszych plaż Kornwalii, nie zasługiwało na aż takie uznanie.

Port w Mevagissey

Widok na odleglejszą od morza część miasteczka

Plaża w Mevagissey

Klifowe wybrzeże w pobliżu Mevagissey

Prawie jak w Dalmacji, tylko chłodniej

Z plaży korzystają nie tylko ludzie

Uliczka w Mevagissey

Kornwalia, czyli południowo-zachodni kraniec Wysp Brytyjskich, słynie z kornijskich pierogów (Cornish pasty), najwyższych oceanicznych fal, a co za tym idzie, popularności wśród surferów oraz przywiązania do tradycji. To takie angielskie Podlasie, biedniejsze od innych części kraju, ale za to popularniejsze wśród turystów. Oczywiście, swoisty konserwatyzm idzie w parze z podejrzliwością wobec przywożonych ze wschodu nowinek. Jeden z bohaterów angielskiej komedii Fisherman’s Friend (polski tytuł “Za tych co na morzu”), krytykując postawę swego adwersarza, grozi mu wykopaniem za Tamar – rzekę, która oddziela Kornwalię od Anglii. Nie ma wątpliwości, że gość nie pasował do stylu życia lokalsów. Podkreślaniu różnic sprzyja też celtyckie pochodzenie mieszkańców. Język kornijski zaginął jeszcze w pod koniec XVIII w., ale został odtworzony i obecnie włada nim biegle około 500 osób, zaś w stopniu komunikacyjnym – ok. 3000. Więc bez obaw, po angielsku wszędzie można się dogadać. Celtyckie korzenie kryją się jednak w poszczególnych słowach i zwrotach. Już w roku 1602 odnotowano, że By Tre Pol and Pen/Shall ye know all Cornishmen. Tre to miejsce, pol to staw lub studnia, a pen to wzgórze. Rzeczywiście, patrząc na mapę dostrzeżemy, zwłaszcza wśród mniejszych miejscowości, nadreprezentację tych z przedrostkiem Tre w nazwie. Kornijski jest też używany na szyldach i – ogólnie rzecz biorąc – w reklamie miejscowych biznesów.

Być w Kornwalii i nie odwiedzić Land’s End, to jak pominąć papieża w Rzymie. Najdalej na zachód położony przylądek Anglii, choć nie Wielkiej Brytanii, odwiedziliśmy po półdniowej fali deszczu i sztormu. Mgły i chmury już się podnosiły, ale wiatr smagał jeszcze powierzchnię wrzosowisk, a fale zaciekle szturmowały urwiska klifów. W przeciwieństwie do większości miejsc zarządzanych przez National Trust, wstęp na przylądek jest bezpłatny, za to bilet parkingowy – najdroższy w swojej kategorii. Pięknoduchy narzekają na obecność dużego kompleksu hotelowo-usługowego w pobliżu klifu, ale można go ominąć, a w pobliżu samego cypla wznosi się już tylko mniejszy, historyczny budynek. A gdy już stanie się na krawędzi klifu, zapomina się o wszelkich ludzkich naniesieniach za plecami, bo widok ku morzu ma magnetyczną siłę przyciągania. Oczywiście, rozglądałem się za ptakami. Było ich tam mnóstwo. Krążyły w powietrzu i odpoczywały na skałach. Nie spotkałem jednak herbowego ptaka Kornwalii – wrończyka, choć przedstawiciele krukowatych – kruk, czarnowron i kawka – masowo zasiedlali te surowe okolice. Nie zaliczyliśmy też spotkania z maskonurami. Za to powiększając zdjęcia na ekranie komputera stwierdziłem, że jedna z przybrzeżnych skał była wręcz oblepiona alkami. To było moje pierwsze spotkanie z przedstawicielami tego gatunku, chociaż podobno całkiem regularnie i licznie zimuje na Bałtyku. Najciemniej jest pod latarnią!

Krajobrazy Land’sd End oraz tamtejsze ptactwo

Park miniatur na Land’s End, w tle wrzosowiska i skały wielkości rzeczywistej

Ciało administracyjne zarządzające Kornwalią (Cornwall Council) posługuje się wielkim godłem o zgoła proletariackim wyglądzie. Średniowiecznej proweniencji tarcza Księcia Kornwalii zwieńczona, a jakże, książęcą koroną oraz wrończykiem, jest podtrzymywana przez dwóch przedstawicieli klasy robotniczej: rybaka i górnika. O ile rybołówstwo jest nadal powszechnie uprawiane, o tyle górnictwo rud miedzi i cyny skończyło się najpóźniej z Wielkim Kryzysem lat 30-tych XX wieku. Zostały po nim jednak niesłychanie liczne ślady: ruiny zabudowań, wyrobiska, a przede wszystkim – historia przemieszana z legendami i produktami masowej kultury współczesnej. Tradycja górnicza tłumaczy, dlaczego pieróg kornijski ma szeroki, spleciony na kształt warkocza obrzeżek. Otóż, w niehigienicznych warunkach kopalnianych, górnicy zjadali środek wraz z farszem (ziemniaki, marchew, brukiew i kawał wołowiny) trzymając brudnymi rękami za obrzeże, które potem wyrzucali. Trzeba przyznać, że to roztropne rozwiązanie, wziąwszy pod uwagę, że kurz kopalniany zawierał znacząca ilość naturalnego arszeniku. My wybraliśmy się do Crown Mines koło wioseczki Botallack, miejsca kręcenia scen do serialu BBC ,,Poldark’’. Znajduje się tam opuszczony kompleks budynków, otoczony wrzosowiskami, a z drugiej strony – morzem. Dwa budynki stacji pomp uczepione urwistego klifu, poniżej których pieni się morze, tworzą ikoniczny obraz. Jeśli, tak jak my, przybędzie się tam pod koniec dnia, można liczyć na efekt złotej godziny i piękne tematy dla fotografa. Miejsce wygląda idyllicznie. Można zapomnieć, że praca tu nie była przyjemna i bezpieczna. W 1895 roku podmorski korytarz kopalni został zalany wraz z pracującymi w nim ludźmi. Wkrótce potem kopalnię zamknięto i mimo prób ożywienia przed I Wojną Światową, już na dłużej nigdy nie uruchomiono.

Wielkie godło Rady Kornwalii z dodanym kornijskim tekstem dewizy

Krajobrazy Crown Mines czyli gdzie kręcono Poldarka

To nie psy Baskervillów, tylko czworonożni przyjaciele człowieka na spacerze

Drugim miejscem, gdzie górnictwo odcisnęło swoje piętno na krajobrazie, jest Bodmin Moor – pokryte wrzosowiskami, położone w centrum kornwalijskiego półwyspu, granitowe wzgórza sięgające 420 m npm. Na ich południowym krańcu leży pogórnicze osiedle Minions, uznawane za najwyżej położone w Kornwalii. To jednak nie budynki kopalni Phoenix, ani nawet imponujące pozostałości kamieniołomu, skąd pochodziły granitowe bloki użyte przy budowie Tower Bridge w Londynie, przyciągają tu gości. Tę rolę pełni, ulokowana na górnej krawędzi wyrobiska kamieniołomu, grupa skała zwana Cheesewring. Erozja wiatrowa nadała im obły, przypominający kręgi sera kształt, a ulokowanie obok obrywu skalnego – dodało dramatyzmu całej ośmiometrowej konstrukcji. W pobliżu jest jeszcze parę mniejszych grup podobnych skał. W drodze do wsi mija się kilka zespołów kamiennych kręgów, jak też pojedyncze menhiry z okresu neolitu lub nawet starsze. Ich nazwy – Hurlers Circle czy Pipers – są pochodzenia ludowego i miały stanowić przykład, jak zgubne może być oddawanie się przyjemnościom gry w kręgle lub na dudach, w dni poświęcone modlitwie. Arthur Conan Doyle umieścił na sąsiednich wrzosowiskach Dartmoor psa Baskervillów. Bodmin Moor nie mogło być gorsze, ma własną legendę o kotopodobnej bestii. Specjalnie powołana komisja rządowa (!), pracująca u schyłku XX wieku, ani nie potwierdziła, ani nie zaprzeczyła jej istnieniu. Faktem jest, że obecnie podstawową formą wykorzystania wrzosowisk jest pasterstwo. Trzoda czasem ginie, a państwo wypłaca odszkodowania, więc legenda może mieć całkiem komercyjne tło. A może daje tu o sobie znać swoista celtycka anarchia. Po ukazaniu się na ekranach kin animowanego filmu o Minionkach, miejscowi ozdobili tablicę drogową z nazwą miejscowości figurkami bohaterów filmu. Władze wymogły wprawdzie doprowadzenie tablicy do standardowej formy, ale od tego czasu, czyli już 8 lat, nieznana ręka wkleja tu i ówdzie podobizny Minionków.

Pozostałości zabudowań Phoenix Mine

Kamieniołom gdzie dobywano skały na budowę Tower Bridge

Stone’s Hill z kamieniołomem i grupami skalnymi na szczycie

Skały Cheesewring są też symbolem tutejszej parafii

Most z XII w. na rzeką Fowey w Lostwithiel

Potencjalne ofiary bestii z Bodmin Moor

Cheesewring i jego sąsiedzi

Hurlers Circle z zabudową kopalnianą w tle

Przejaw działania partyzantki celtyckiej, fot. Skull Kid, lic. CC BY-SA 4.0

Kornwalia nie jest wprawdzie znana, jako kraina zamków, ale wynika to chyba z ich nienajlepszego stanu. My odwiedziliśmy dwa miejsca z zamkową przeszłością. Położony na brzegu Atlantyku zamek Tintagel wznosił się na skalistym przylądku. Niszcząca  działalność morza spowodowała zawalenie się lądowego łącznika, czyniąc to miejsce jeszcze zdatniejszym do obrony. Gdy w roku 1136 Geoffrey z Monmouth wydał Historia Regum Britanniae, w którym to dziele wskazał Tintagel, jako miejsce narodzin legendarnego króla Arthura, były tam tylko resztki celtyckiego osiedla sprzed 600 lat. Jednak, zainspirowani legendą książęta Kornwalii zbudowali tam kolejny zamek. Warunki życia były jednak na tyle surowe, że sami władcy rzadko tam przebywali, a duchowny zobowiązany do codziennego odprawiania mszy w zamkowej kaplicy, starał się jak mógł, by uniknąć tego obowiązku. Dzisiaj, prócz szczątków murów, miejsce chlubi się imponującym mostem wiszącym, łączącym ponad erozyjnym zapadliskiem obie części dawnego terenu zamku oraz ażurową figurą wspartego na  mieczu rycerza w królewskiej koronie, zwanego Gallos, ale powszechnie utożsamianego z królem Arthurem. W bonusie warto odwiedzić miejscowy XII wieczny kościółek położony z dala od zabudowy, otoczony cmentarzem, na którym poczesne miejsce zajmuje grób chłopca okrętowego, jedynej ofiary katastrofy włoskiego statku handlowego w roku 1893. Oprócz oryginalnej patronki – św. Materiany i kamienia z rzymską inskrypcją z IV w. w transepcie, kościółek wart jest odwiedzenia dla oryginalnego widoku na zamkowy przylądek.

Nowy most łączący obie części zamku

Ruiny zamku, visitors’ center oraz Hotel Tintagel w tle.

Widok na górny i dolny most prowadzące do zamku Tintagel

XII wieczny kościółek na klifach Tintagel

Normańska chrzcielnica

Ruiny zamku Tintagel

Gallos, alias Król Arthur

Grób chłopca okrętowego

Wizerunek patronki kościola

Zamek Restormel, górujący nad doliną rzeki Fowey, na północ od niegdysiejszej stolicy Kornwalii – miasteczka Lostwithiel – jest lepiej zachowany i z powodu sielskiego otoczenia, jak też umiarkowanej liczby turystów, zachęca do dłuższej wizyty. Ciekawostką jest, że zbudowano go na planie regularnego koła, prawdopodobnie, by lepiej dopasować go do kształtu wzgórza, na którym wyrósł. Malownicza ścieżka biegnąca koło dworu o tejże nazwie, przez arkadowy most nad rzeką oraz las z pomnikowymi okazami cisów, doprowadza w 30-40 minut do Duchy of Cornwall Nursery. Działalność szkółki roślin ozdobnych, a może i gatunków leśnych, pewnie jest tu prowadzona, ale w gruncie rzeczy to to najpiękniej położony sklep ogrodniczy, w którym kiedykolwiek przebywałem. W dodatku, dalekie widoki na dolinę Fowey, pokryte lasami wzgórza oraz ruiny zamku Restormel z drugiej strony rzeki, można podziwiać sącząc kawę i zagryzając wypiekami z miejscowej kawiarni.

Zamek Restormel zbudowano na planie koła

W Restormel zachowało się więcej murów niż w tintagel

W książęcych lasach rosną monumentalne cisy

Brama na zamkowy dziedziniec

Widok na dolinę rzeki Fowey i ruiny zamku od strony książęcej szkółki ogrodniczej

Kawiarnia w Duchy of Cornwall Nursery

Trzmielowa łąka w szkółce ogrodniczej

Klifowy charakter wybrzeży Kornwalii powoduje, że zasiedlano każde obniżenie powstałe, najczęściej, w miejscu ujścia rzek i strumieni. Wysunięte w morze skały dawały osłonę mniejszym i większym portom, gdzie łodzie rybackie i statki handlowe mogły znaleźć zaciszną przystań. Dzisiaj malowniczość portowych miasteczek działa jak magnes ściągający turystów, głównie brytyjskich, choć nam udało się spotkać też kilku Niemców. Mevagissey już na zawsze zostanie dla nas symbolem Kornwalii, jednak doceniliśmy też uroki dwóch innych odwiedzonych miejscowości. 

Port Isaac na atlantyckim wybrzeżu rozsławili filmowcy oraz śpiewająca szanty folkowa grupa Fisherman’s Friends. Nawiasem mówiąc, o niej też nakręcono film fabularny. Wcześniej był jednak serial o wybitnym w swej profesji, lecz upośledzonym emocjonalnie, doktorze Martinie. Miejscowostka licząca mniej, niż tysiąc mieszkańców, zmaga się teraz z najazdem turystów, których dzienna liczba przekracza liczbę tubylców. Okupują charakterystyczny dla Port Isaac, szeroki na 30 metrów slip, po którym woduje swoje jednostki miejscowa stacja ratownictwa morskiego. Przesiadują w byłej metodystycznej kaplicy, pełniącej funkcje kultowe do lat 90-tych XX w., w której umieszczono najpierw wytwórnię ceramiki, by ostatnio przerobić ją na kawiarnię (UWAGA: kuchnia działa tylko do 16:00), sprzedającą w bonusie wszelkie możliwe pamiątki i produkty związane z morzem. W starej kaplicy anglikańskiej działa hotel odgrywający w filmie o doktorze Martinie rolę szkoły. Malutki domeczek, w którym miał mieszkać doktor, podobno można wynająć, ale nie znajdziecie w internecie żadnej informacji o cenie i warunkach wynajmu. Na pewno trzeba to zrobić z kilkuletnim wyprzedzeniem. Przydatne jest też, jeśli potencjalny wynajmujący dysponuje oryginalnym pojazdem, np. pomalowaną na różowo, sportową wersją Forda Ka. Moim odkryciem był widok z okolicznych klifów ku pn-wsch., zamknięty przez przylądek, na którym wznoszą się pozostałości zamku Tintagel.

Widok na port oraz stary i nowy kościół w Port Isaac

Doktor Martin mieszkał w najmniejszym z widocznych domków

Port Isaac ze słynnym slipem gdzie odbywają się koncertu Fisherman’s Friends

Widok z Port Isaac na półwysep zamkowy w Tintagel

Miasteczko Fowey wykorzystuje specyficzną kornijską wymowę swej nazwy, jako slogan reklamowy. “Foy rhymes with joy!”. Miejscowy port położony w estuarium rzeki Fowey jest na tyle duży, że pełnił rolę miejsca załadunku kornijskich rud i kaolinu (glinki porcelanowej), a w czasie II Wojny Światowej – amunicji dla amerykańskich oddziałów biorących udział w inwazji w Normandii. My obserwowaliśmy ruch w porcie z malowniczego tarasu miejscowej pizzerii. Większych jednostek nie zaobserwowaliśmy, ale pod względem ilości zakotwiczonych łodzi Fowey przewyższa pozostałe odwiedzone przez nas miasteczka. Ruch na wodzie zapewniały tramwaje wodne, kierujące się do położonego na drugim brzegu estuarium Polruan oraz zawodnicy miejscowego klubu szlifujący swoje umiejętności skoordynowanego machania wiosłami. Architektura miasteczka jest wyraźnie wystawniejsza, niż portów rybackich. Oprócz imponującej świątyni, ku niebu wznoszą się wieże the Place – bezpretensjonalnie nazwanej rezydencji zamieszkiwanej od XIII wieku przez rodzinę Treffry (nazwisko zdradza pochodzenie). Na  nabrzeżu wznosi się pomnik gargantuicznej wielkości ptaszyska dzierżącego w łapie książkę, na pamiątkę faktu, że w pobliżu Fowey mieszkała i tworzyła Daphne Du Maurier, spod której pióra wyszło opowiadanie ,,Ptaki’’, służące za podstawę scenariusza słynnego filmowego horroru pod tym samym tytułem. Z polskiej perspektywy ciekawą nazwę ,,King of Prussia’’ ma zajazd na nabrzeżu. Podobno upamiętnia Fryderyka Wielkiego i jego militarne sukcesy w czasie wojny siedmioletniej (1756–1763). Cóż, należy pamiętać, że Wlk. Brytania i Prusy były wówczas sojusznikami, a niemiecko-brytyjskie wojny XX wieku, z perspektywy wielowiekowej współpracy jawią się, jako swego rodzaju aberracja.

Estuarium rzeki Fowey widziane sponad pizzy

Pomnik Daphne du Maurier na nabrzeżu

Wieża kościoła i rezydencji the Place ponad estuarium rzeki Fowey

Kościół w Fowey

Fryderyk Wielki jest patronem tego zajazdu

Uliczka w Fowey

Za pierwszego pobytu w Anglii odwiedziłem rodzinę mieszkającą w Royal Leamington Spa, w centralnej części kraju. Gospodarze pokazali mi wszystkie miejscowe atrakcje, w tym kościół anglikański. Traf chciał, że napotkaliśmy proboszcza, który wdał się ze mną w pogawędkę. Po wymianie klasycznych uwag rozpoznawczych, przeszedł do zwrotów grzecznościowych. Wkrótce przekonałem się, że wyniesiony z kursu angielskiego zestaw 2-3 takich zwrotów, to dramatycznie mało, gdyż gospodarz sypał kolejnymi, jak z rękawa, a ja musiałem się powtarzać. Od tego czasu jestem admiratorem angielskiego “small talk”, czy szerzej, wyspiarskiego sposobu komunikacji międzyludzkiej. Sama lektura wywieszek dostarczała wielu smaczków. Na nabrzeżu w Mevagissey ostrzegano przed mewami, określając je przymiotnikiem “vicious”. W piekarni zapewniano, że nie pobierają gotówki, gdyż zamiast liczyć bilon, wolą rozmawiać z klientami. W kościele, by podkreślić wiekowość jego murów, używano określeń o ich przesiąknięciu modlitwą – “soaked up with prayers”. W Polsce zwykliśmy się zżymać na anglosaską uprzejmość na pokaz. Ja odbieram ten staranny dobór słów i zwrotów, jako przejaw szacunku dla rozmówcy, a jest to zjawisko dosyć rzadko spotykane w naszym kraju.

Port w Mevagissey

Angielska kuchnia nie jest szczególnie wyrafinowana. Jechaliśmy z przekonaniem, że w Kornwalii będziemy się żywić rybami i to się potwierdziło. Najlepszą kuchnię w Mevagissey,  wraz z najbardziej towarzyską szefową sali, ma restauracja tajska. Druga w kolejności jest restauracja portugalska, ale do niej nie udało nam się nigdy dostać. Nie dość, że działała tylko w porze lunchu i wieczorami, to jeszcze, albo była cała zarezerwowana, albo zamknięta z powodu małego ruchu. O dziwo! trzecia restauracja etniczna w mieście, serwująca dania hindusko-bangladeskie, nie jest w ogóle godna zapamiętania. Każdy szukający usług angielskiej gastronomii musi być gotowy na niespodzianki. A to – kuchnia działa krócej, a bar dłużej, a to – godziny otwarcia są całkiem egzotyczne, a to – gdy już poznasz grafik pracy kucharza, okaże się, że w piątek kończy wcześniej, bo lokal przygotowuje się na koncert jakiegoś zespołu. Za to puby, to nie miejsca posilania się i gaszenia pragnienia, ale instytucje publiczne! Nic dziwnego, że w przewodnikach kładzie się nacisk na liczbę pubów działających dłużej, niż 300 lat, a najstarszy taki przybytek w mieście dumnie dzierży tytuł “Father of all pubs”.


Z wszystkich zaplanowanych atrakcji nie udało się nam tylko odwiedzić St. Michael’s Mount – kornwalijskiego odpowiednika bardziej znanego Mont Saint Michel w Normandii. Trochę za późno wzięliśmy się za rezerwację miejsc i okazało się, że z dnia na dzień jest to niemożliwe. Uruchomiłem wtedy nie mniej atrakcyjny plan B, za co otrzymałem pochwałę z ust naszego dziecka. I właśnie to jest w Kornwalii najfajniejsze. Liczba miejsc, które chciałoby się zobaczyć, pozwala na snucie wielu alternatywnych planów oraz spontaniczne improwizacje w rodzaju odwiedzin w szkółce ogrodniczej księcia Kornwalii. Podziomek, dla której Chorwacja jest niedościgłym wzorem kraju turystycznego, kilka razy obdarzyła miejscowe widoki komentarzem “Jak w Dalmacji, tylko chłodniej”. A przełamawszy obawy przed lataniem, przychylniej spojrzała na plany wizyty w Szkocji, snute przez pozostałych członków rodziny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *