Kategorie
Niemcy

O królach, młynarzach i pałacach, czyli weekend w Poczdamie

Ramiona wiatraka typu holenderskiego bezszelestnie obracały się ponad koronami drzew otaczających plac z Wielką Fontanną u podnóża pałacu Sanssouci. Ten widok w osobnikach związanych wykształceniem lub więzami rodzinnymi z wymiarem sprawiedliwości wywołał natychmiastowe skojarzenie ze słynnym sporem Fryderyka Wielkiego z dzierżawcą młyna Johannem Wilhelmem Grävenitz. Monarsze, który w swym pałacu miał spędzać czas “bez trosk”, przeszkadzał odgłos pracującego młyna. Zażądał jego uciszenia, czy wręcz odsprzedaży. Gdy krnąbrny młynarz nie był skłonny do współpracy, zagroził nakazem zamknięcia całego interesu. Na co, według najbardziej popularnej wersji tej historii, usłyszał hardą odpowiedź: “Są jeszcze sądy w Berlinie”. To wystarczyło żeby monarcha się wycofał rozumiejąc, że nie może podważać autorytetu powołanych przez siebie instytucji.

Słynny poczdamski młyn z dwóch perspektyw.

Fryderyk Wielki jest bohaterem dziesiątków podobnych anegdot, służących nie tylko ociepleniu jego wizerunku, ale i przekonaniu obywateli państwa pruskiego, że jego system organizacyjny i sposób działania nie mają sobie równych w Europie i na świecie. Dzierżawca Grävenitz był postacią rzeczywistą, a w archiwach pruskich zachowało się jego pismo do zarządcy królewskich dóbr, w którym żądał odszkodowania za to, że pałac królewski i mur otaczający sąsiednią winnicę zakłócają cyrkulację powietrza, przez co młyn pracuje mniej wydajnie. Odpowiedź na to pismo chyba się nie zachowała, ale faktem jest, że wkrótce potem Grävenitz wzniósł dwa młyny w innych lokalizacjach.

Młynarze w życiu i działalności Fryderyka Wielkiego odegrali niepoślednią rolę. W roku 1741, podczas pierwszej wojny śląskiej, podróżujący w nielicznym towarzystwie król został zaskoczony przez liczniejszy patrol austriacki i musiał szukać schronienia za kołem młyńskim u młynarza w Moszczance (Langenbrück). Młyn istniejący do 1945 roku, zwano odtąd Królewskim. W 1779 roku król przyjął na audiencji młynarza Christiana Arnolda, który dzierżawił młyn wodny w Pomorsku (Pommerzig), między Sulechowem, a Zieloną Górą. Poskarżył się on na niekorzystne dla niego wyroki sądów w sporze o wysokość opłaty dzierżawnej wnoszonej corocznie na rzecz właściciela okolicznych ziem – Gottfrieda Heinricha Leopolda von Schmettau. Gdy inny sąsiad przekierował strumień zasilający koło młyńskie do swoich stawów rybnych, młyn nie przynosił dochodów pozwalających, według młynarza, na ponoszenie dotychczasowych kosztów dzierżawy. Król, po zbadaniu sprawy, przyznał rację młynarzowi, lecz ani zamieszani w sprawę sędziowie, ani odpowiedzialny za sądownictwo w Prusach wielki kanclerz – Maximilian von Fürst und Kupferberg, nie zamierzali zmienić zapadłych orzeczeń. Fryderyk nie wykazał w tym przypadku wyrozumiałości. Kanclerz usłyszał żołnierska komendą: “Marsz stąd! Twoje stanowisko zostało już zajęte przez kogoś innego!” (Marsch! Seine Stelle ist schon vergeben!), a przedstawiciele Temidy trafili na rok do twierdzy. 

Ponieważ sędziowie nigdy nie cieszyli się nadmierną popularnością, wyrok był kontestowany tylko przez berlińską śmietankę towarzyską. Starzejący się monarcha już nie był dobrotliwym władcą i oświeconym legislatorem lecz, niczym współcześni populistyczni politycy, pokazał swe oblicze nadprokuratora. Jego wyroki zostały skasowane dopiero przez kolejnego króla na tronie pruskim. A ingerencji władców w działanie wymiaru sprawiedliwości formalnie zakazano dopiero w konstytucji Prus z 1850 roku.

Kajuta kapitańska na barce zacumowanej u brzegów jeziora Tiefer See była godnym miejscem zakwaterowania podczas wycieczki dla uczczenia 35 lecia wspólnej z Podziomkiem podróży przez życie. Wokół kołysały się zacumowane rozmaite łodzie i jachty. Z okien widać było zróżnicowaną zabudowę Schiffbauergasse – wbrew nazwie nie kryjącej w sobie stoczni, ani nie będącej uliczką – dzielnicy kultury z przemysłowo-wojskową przeszłością. Ponad nią kłuła niebo 84 metrowa wieża rezydencji senioralnej pod wezwaniem Ducha Świętego. Wezwanie, lokalizacja i wysokość wieży stanowią nawiązanie do stojącego nad brzegami Haweli kościoła, zniszczonego podczas alianckich nalotów w kwietniu 1945 roku. Prócz urozmaicenia panoramy miasta i, niewątpliwie, pożytecznej funkcji, kompleks raczej razi przytłaczająca architekturą. To tym dziwniejsze, że projektant pochodził z Włoch, a jego propozycję wybrano w międzynarodowym konkursie. Może jednak inwestor był wyjątkowo skąpy i oszczędzał na estetyce. Znacznie korzystniej prezentuje się położona na drugim brzegu jeziora wieża Flatowturm. Może dlatego, że za wzór posłużyła jej jedna ze średniowiecznych bram miejskich Frankfurtu nad Menem, a może – że zamieszkiwali w niej nie emeryci, lecz goście następcy tronu (późniejszego cesarza Wilhelma II). Jednak, abstrahując od porównań architektonicznych, najfajniej było wyjść cicho na pokład barki, by oddać się obserwacjom kaczek, łysek, perkozów i dzikich gęsi bujających się na wodach jeziora w samym środku, jakby nie było, stolicy Brandenburgii.

Toporna architektura kompleksu senioralnego pw. Ducha Świętego

Dzikie gęsi nad naszym hotelem na wodzie

Domy Berliner Vorstadt przeglądają się w tafli jeziora

Schiffbauergasse

Flatowturm upamiętnia w nazwie fakt, że dochody z królewskiego majątku w Złotowie posłużyły na jej budowę

Widok z okna kajuty kapitańskiej

Zaalarmowane córki dały nam znać, że jakiś facet zadzwonił do nich z numeru Podziomka twierdząc, że znalazł jej telefon komórkowy. Byliśmy już w okolicy cerkwi Aleksandra Newskiego, jakieś 10 minut od Belwederu na Pfingstbergu. Musieliśmy wrócić pod górkę, wzdłuż ogrodzenia cmentarza żydowskiego, ale dzięki szybkiej reakcji pracownika kasy, nie tylko odzyskaliśmy niezbędny w dzisiejszych czasach sprzęt, ale i wysłuchaliśmy fragmentu koncertu klezmerskiego trio. Pozostawieniu telefonu na ławce sprzyjały okoliczności. Wyniosły czworobok ceglanych ścian oporowych, poprzecinany łukowato sklepionymi niszami i porośnięty winobluszczem, otacza kwadratową sadzawkę, w której ciemnej toni odbijają się szczegóły niezwykłej architektonicznej zachcianki króla Fryderyka Wilhelma IV. Górą dziedziniec otaczają zadaszone kolumnady, mające na dwóch narożnikach niewielkie pomieszczenia. Jedno z nich, zdobione fantazyjnymi mozaikami, jest obecnie popularnym miejscem ceremonii ślubnych. Hohenzollernowie zaś przybywali tu dla podziwiania widoków i na herbaciane podwieczorki. Wprawdzie w owym czasie normą było ukrywanie funkcji użytkowych w atrakcyjnej, a zwodniczej formie architektonicznej, ale pomysłodawca nie kazałby wznieść tak okazałego kompleksu tylko po to, by ukryć w nim herbaciarnię. W planach miał budowę całej kaskady, po której wody spływały by ku kryjącym kolejne królewsko-cesarskie rezydencje Nowym Ogrodom. Czyli Belweder miał, przypuszczalnie, pełnić funkcję wieży ciśnień. Drzewa na stokach wzgórza rozrosły się jednak z latami tak, iż poza okresem zimowym, widoki są bardzo fragmentaryczne, ale dzięki temu wrażenia osób docierających do kompleksu wzmocnione są o efekt zaskoczenia. Jest to po prostu budowla klasy: Wow!

Belweder, czyli herbaciarnia ukryta w wieży ciśnień

Na pytanie, jak wygląda park Sanssouci, Podziomek rzuciła w słuchawkę: “Jak Łazienki, tylko bardziej!”. Nie chodzi tu wyłącznie o powierzchnię (500 vs. 76 ha), ale o nagromadzenie zabytków i pamiątek historii. Cóż, możliwości króla pruskiego w XVIII wieku znacząco przekraczały te, którymi dysponował jego polski odpowiednik. W Polsce Fryderyk Wielki kojarzy się głównie z armią i rozbiorami, tymczasem w Niemczech – kładzie się nacisk na walory reformatora państwa i króla filozofa. Nie przypadkiem w naszym hotelu na wodzie wisiała rycina przedstawiająca “Starego Fryca” grającego w pałacowej komnacie na flecie i mającego za słuchaczy swoje ulubione psy wylegujące się na fotelach. Odzwierciedla ona ambicje władcy, który miał się za znawcę i wyrocznię w dziedzinie kultury. To on zapoczątkował planowanie założenia parkowo-pałacowego w Poczdamie. Narzucał przy tym architektom własne rozwiązania, a w razie różnicy zdań potrafił wtrącić oponenta do karceru. Jego następcy nie chcieli być gorsi, nie tyle w traktowaniu architektów, ile w zakładaniu kolejnych otoczonych zielenią rezydencji. A że nawet największy pałac nie był traktowany jako założenie wielopokoleniowe, kolejne dzieci i ich małżonkowie budowali dla siebie nowe siedziby. Aż strach pomyśleć, ile mieliby pałaców, gdyby Niemcy nadal były monarchią. 

Mapa pokazująca posiadłości królewsko-cesarskie na tle Poczdamu. Przy okazji uzmysławia jaką część miasta zajmują wody. Fot. Tschubby, lic. CC BY-SA 3.0

Dzięki znacznej powierzchni ogrodów Sanssouci spacerowicze nie mają odczucia przeciskania się w tłumie. Chyba, że zdecydują się na wykupienie biletów i zwiedzanie wnętrz, chociaż i w tym przypadku dzienna liczebność gości jest odgórnie ograniczana. W każdym razie, okolice tutejszego Belwederu, czy Bażanciarni można uznać za wręcz odludne, a że ogrody wokół nich planowano w stylu angielskim, dzisiaj ma się wrażenie przebywania w brandenburskich lasach, a nie w centrum landowej stolicy. Ze spaceru, oprócz opalenizny, wynieśliśmy spostrzeżenie, że drzewka figowe rosnące na tarasach pod tytułowym pałacem, chronione są przed kaprysami klimatu przez umieszczenie w wyeksponowanych ku południowi wnękach muru oporowego, z których każda ma możliwość odcięcia od zewnętrznego świata przez zatrzaśnięcie przeszklonych odrzwi. Nowy Pałac, rzeczywista siedziba władców i miejsce sprawowania władzy przez królów pruskich i cesarzy Niemiec jest, w moim odczuciu, mniej ciekawy od równoległych budynków gospodarczych, zwanych Communs. Wprawdzie kryły one kuchnie, magazyny i mieszkania służby pałacowej, ale dla architektów ich rola polegała na efektownym zamknięciu dziedzińca paradnego rezydencji. Stąd zaprojektowali na przykład przykuwającą wzrok kolumnadę łączącą oba skrzydła budynku. Użytkownicy pałacu zyskali więc ciekawy widok ze swoich okien, a jego obsługa i tak miała za mało czasu na kontemplowanie długiej i nieco monotonnej fasady siedziby swego chlebodawcy. Dzisiaj, w budynku znalazł swoją siedzibę Uniwersytet Poczdamski. Nie jest on notowany w pięćdziesiątce najlepszych niemieckich uniwersytetów, ale w rankingu na atrakcyjność architektoniczną siedziby nie miałby kłopotu, by ulokować się w czołówce. Nie wielkością, ale wysmakowaniem neoklasycznej architektury oraz otaczającymi ogrodami, zauroczył nas pałac Charlottenhof. Zamieszkiwał w nim następca tronu – Fryderyk Wilhelm, później znany jako czwarty król pruski tychże imion. Za czasów jego panowania (lata 40-te i 50-te XIX w.) wzniesiono w Poczdamie i Berlinie wiele ciekawych budowli, a z jego osobistej inicjatywy zakończono budowę katedry kolońskiej. Co ciekawe, nazwa noworzymskiej willi nie upamiętnia żadnej koronowanej małżonki, czy córki, lecz Marię Charlottę von Gentzkow – właścicielkę dóbr zakupionych jako prezent bożonarodzeniowy od króla dla księcia i jego małżonki. 

Pałac Sanssouci od strony Wielkiej Fontanny. Imponujące tarasy porośnięte winoroślą i drzewkami figowymi

Oranżeria

Boczna, ale bardziej ciekawa fasada Nowego Pałacu

Charlottenhof, czyli wariacja na temat rzymskiej willi

Paradna, choć mniej fotografowana, fasada pałacu Sanssouci

Kolejny Belweder

Uniwersytet Poczdamski, czyli dawne budynki gospodarcze pałacu

Ogrody pałacu Charlottenhof

Ogród angielski pod Belwederem

Malowniczo położony między jeziorami Heiligersee i Jungfrausee park Nowe Ogrody skrywa dwa pałace: Marmurowy i Cecilienhof. Ten pierwszy zbudowano z inicjatywy następcy Fryderyka Wielkiego – króla Fryderyka Wilhelma II. Władca był członkiem kilku lóż masońskich, a jego wolnomularska skłonność do tajemniczych rozwiązań znalazła odzwierciedlenie w architekturze pomniejszych budynków użytkowych. I tak piramida skrywała dworską chłodnię, świątynia rzymska – kuchnię, domek gotycki – królewską bibliotekę, a za egipska fasadą hodowano rośliny ciepłolubne. Stojąc na tarasie od strony jeziora i podziwiając odbicie w wodzie subtelnych detali architektury pałacu trudno zrozumieć, co przyświecało decydentom z czasów NRD, którzy umieścili tu muzeum sprzętu wojskowego używanego przez stojącą na straży pokoju Narodową Armię Ludową. Drugi z pałaców – Cecilienhof mógł być znany wyłącznie z tego, że był chronologicznie ostatnim zbudowanym przez Hohenzollernów, gdyby nie fakt, że radzieccy zdobywcy dostrzegli w nim potencjał do przeprowadzenia pod jego dachem konferencji mającej zdecydować o losie pokonanej III Rzeszy w 1945 roku. Odbyło się tu więc rytualne malowanie trawy na zielono, ale też dokonano nasadzeń na, istniejącej do dzisiaj, rabacie w kształcie i kolorze czerwonej gwiazdy oraz zwieziono meble z innych pałaców w Poczdamie. No, a potem podzielono Niemcy na strefy okupacyjne, z których jedną, całkiem nieformalnie i bezterminowo, obdarowano Polskę. W nie odwiedzonych przez nas wnętrzach znajduje się akcent związany z naszym krajem. Reprezentacyjne schody z części oficjalnej do prywatnej pałacu, były podarunkiem dla następcy tronu od miasta Gdańska. Dlaczego właśnie Gdańska? Ano, następca tronu był tytularnym dowódcą tamtejszej jednostki kawalerii, tzw. huzarów śmierci, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów. Chichotem historii jest, że w obiekcie wzniesionym dla miłośnika angielskiej architektury epoki Tudorów, dwóch Anglosasów i jeden komunista pochowali ostatecznie niemieckie marzenia o panowaniu nad światem. 

Domek Gotycki (biblioteka) i Pałac Marmurowy ulokowane są nad samym brzegiem jeziora

Egipska fasada Oranżerii

Piramida skrywała pałacową chłodnię

Meierei, czyli od mleczarni przez stację pomp do mini browaru i pubu

Pałac Marmurowy od strony gdzie za NRD eksponowano wyposażenie wojskowe

Pałac Cecilienhof, dziedziniec z kwietną gwiazdą. Fot. Sveter, lic. CC BY-SA 2.5

Pałac Cecilienhof od strony jeziora

I od strony parku

Schody – podarunek od miasta Gdańska (ówcześnie Danzig), fot. A. Lange, źródło: spsg.de/schloesser-gaerten/ objekt/schloss-cecilienhof

Poczdam, to nie tylko królewsko-cesarskie pałace. To bardzo przyjemne i harmonijnie zabudowane miasto, gdzie co zamożniejsi mieszkańcy w swoich willach na Berliner Vorstadt mogą się cieszyć widokiem na monarchiczne założenia pałacowo-parkowe. To miasto, gdzie trzy bramy miejskie nie służyły nigdy jego obronie, lecz wedle miejscowej anegdoty miały wyłącznie umożliwiać kontrolę żołnierzy lokalnego garnizonu i odstraszać ich od pokusy dezercji. To, oczywiście, jest miejska legenda. Miasta powstałe w okresie baroku, np. mój rodzinny Białystok, nie były otoczone murami, a w bramach zazwyczaj pobierano opłatę targową od przybywających tu kupców. Oświeceni władcy sprowadzali kolonistów z różnych części Europy, czego śladami w Poczdamie są: kwartał holenderski, którego zabudowa całkiem udanie imituje architekturę Niderlandów; dzielnica tkaczy czeskich, znana zresztą do 1934 roku, jako Nova Ves oraz Alexandrovka, czyli potiomkinowska wioska z zatopionymi w zieleni ogrodów drewnianymi domami, zbudowana dla muzyków, których car Aleksander II podesłał, ku umileniu wolnych chwil, swojemu pruskiemu kuzynowi. Jest tu gdzie przysiąść na kawę i lody – tu polecają się okolice Luisenplatz – jak i zrobić zakupy na Brandenburger Str. My na obiad wybraliśmy pobliską restaurację w dawnych stajniach ułanów ze straży pałacowej. Karmią tam bez polotu, ale porcje są solidne, a ja, jako miłośnik jeździectwa, mam słabość do postajennych wnętrz. Restauracja w pobliżu nowej siedziby teatru, ze względu na kształt dachu, porównywanego do gmachu opery w Sydney, to już zupełnie inna liga. Z ponad stołu zastawionego wyrafinowanymi propozycjami szefa kuchni, można podziwiać ruch jednostek żeglujących po jeziorze, a samemu być obserwowanym przez mewy, a nawet czaple siwe przysiadające na sterczących z wody palach.

Zabudowa willowa Berliner Vorstadt

Podwórko w kwartale holenderskim

Brandenburger Str. z kościołem katolickim w tle

Odbudowany Pałac Miejski

Ewangelicki kościół św. Mikołaja

Zabudowa willowa Berliner Vorstadt

Zupełnie jak w Niderlandach

Brama Brandenburska w Poczdamie jest starsza od berlińskiej imienniczki

Friedrich Ebert Str. z Nową Bramą w tle

XII-wieczna mozaika z kościoła w Murano trafiła do kościoła Pokoju na skraju Parku Sanssouci


Nasz boathotel miał jedną wadę – był na stałe zacumowany do nabrzeża. Chcąc temu zaradzić, wybraliśmy się na półtoragodzinną wycieczkę statkiem, w trakcie której mogliśmy z jeziorowo-rzecznej perspektywy poznać zabytki miasta, do których nie dotarliśmy na piechotę. W ten sposób zobaczyliśmy pałac w Babelsbergu i kościół Zbawiciela w Sacrow, kasyno w Parku Glienicke oraz wiodący do tej dzielnicy słynny most szpiegów. Co prawda, właśnie na czas tej wycieczki niebo zasnuło się chmurami, ale brak słońca rekompensowały nam jaskrawo kwieciste stroje grupy Koreanek, które na statku celebrowały jakąś grupową uroczystość. Początek i koniec tej wycieczki wypadał na przystani przy Lange Brücke. Ta okolica była najmocniej zniszczona podczas nalotów i szturmu na miasto w 1945 roku. Niemcy, zarówno wschodni jak i zachodni, nie mieli zaraz po wojnie tak nabożnego stosunku do odbudowy zabytków, jak Polacy. Tak więc rekonstrukcję rozpoczęto dopiero 20 lat po wojnie, starannie przy tym pomijając obiekty kojarzone z pruskim dziedzictwem. W ten sposób rozebrano pozostałości najstarszego, bo pochodzącego z końca XVII wieku, Pałacu Miejskiego, na którego miejscu planowano budowę teatru. Zjednoczenie Niemiec przyniosło nowe podejście do kwestii rekonstrukcji zabytków. Odbudowano pomniejsze obiekty w kompleksach pałacowo-parkowych; w odtworzonym Pałacu Miejskim ulokowano Landtag Brandenburgii, a obecnie na ukończeniu jest odbudowa kościoła garnizonowego. Towarzyszyły temu dyskusje równie burzliwe, jak w przypadku warszawskiego Pałacu Saskiego. Gdy jednak budowa dobiegła końca, budynki wpisały w się w miejski krajobraz, a ulokowane w nich instytucje rozpoczęły funkcjonowanie, emocje opadły i dostrzeżono w nich urbanistyczną korzyść. Jeśli mogło się tak zdarzyć w Poczdamie, to może i w Warszawie. Czego doczekania sobie i wszystkim życzę.

Pałac Babelsberg

Kościół Zbawiciela w Sacrow

Kasyno w Parku Glienicke

Kongsnæs – Cesarska Stacja Żeglarska zarówno nazwą jak i architekturą nawiązuje do wzorców norweskich