Kategorie
Polska

Nie tylko bagna, czyli odwiedziny w dolinie Górnej Biebrzy

Przez szparę w drzwiach wdarł się z nagła promień jaskrawego światła. Zerknąłem na zegarek. Fosforyzujące wskazówki wskazywały godzinę, bez mała, pierwszą w nocy. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły przytłumione odgłosy rozmowy. Po chwili rozległo się stukanie do drzwi. Zafrasowany gospodarz wydukał: “Milicja chce z wami porozmawiać!” Faktycznie, w kuchni za stołem siedziało dwóch osobników, jednak żaden nie był w mundurze. Trochę mnie to zdziwiło, ale postanowiłem z nimi porozmawiać, ze względu na gospodarza. Panowie w dosyć napastliwym tonie dopytywali się, czy byliśmy na Dębcu. Uroczysko Dębiec znajduje się na Bagnach Biebrzańskich, przy ujściu Jegrzni do rzeki Ełk. Obecnie można tam dotrzeć szlakiem turystycznym wyznaczonym przez Park Narodowy i jest to jedno z najbardziej odległych od sadyb ludzkich miejsce w całym Parku. Jednak kiedyś mieszkali tam ludzie. Według mapy WIG z 1929 roku były tam dwa gospodarstwa. W 1984 roku, gdy zdarzyła się opisywana sytuacja, wznosił się tam jeszcze jeden, opuszczony, acz pozostający w stosunkowo niezłym stanie, budynek. Wyjaśniłem więc, że owszem, przechodziliśmy w pobliżu, ale nie przekroczyliśmy rzeki Ełk, za którą znajdowała się chata. Panowie sprawiali wrażenie, że przygotowali sobie tylko jedno pytanie, co wyraźnie ich denerwowało. W coraz bardziej napiętej atmosferze zażądali okazania dokumentów. 

Tu przypomniałem sobie zawartość poradnika “Jak zachowywać się w razie zatrzymania przez MO?” – pozycji cieszącej się  pewną popularnością w czasach dopiero co zakończonego stanu wojennego i wyjaśniłem, że wylegitymuję się tylko umundurowanemu lub posiadającemu stosowne dokumenty milicjantowi. Panowie nieco się unieśli, lecz wobec mego uporczywego trwania przy swoim stanowisku, opuścili dom odgrażając się, że rano przyjadą większą i, a jakże, umundurowaną gromadą. Mimo tego, noc minęła spokojnie. Rano gospodarz przyznał, że osobników tych widział po raz pierwszy w życiu i wyraźnie pokrzepiony naszym aktem oporu wobec władzy, wyciągnął z szafy album ze zdjęciami. Wskazał na jedno, z młodym mężczyzną pozującym dumnie przed wypełnioną wiktuałami, gargantuicznych rozmiarów, lodówką. “To jest mój syn!” wyjaśnił, “On jest w Ameryce, a ja nikogo się boję!”. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego nasza obecność w pobliżu opuszczonej chaty mogła kogoś zaniepokoić do tego stopnia, że odszukał nas w środku nocy, w sąsiedniej wsi Kapice. Doświadczenie z Puszczy Knyszyńskiej podpowiada, że obfitujące w wodę bezludzie, to idealne miejsce na zainstalowanie bimbrowni. Produkcja “księżycówki” domaga się zaś dyskrecji!

Kapicka przygoda zdarzyła się podczas jednego z organizowanych przez wydziałowy Klub Turystyki Przyrodniczej (o jego działaniach przeczytacie też tutaj) zimowych pochodów długodystansowych. Tego roku wędrowaliśmy wzdłuż Biebrzy, od Lipska po Strękową Górę. Tylko przez pierwsze dwa dni cieszyliśmy się warunkami zimowymi. Potem nastała odwilż, która zmusiła nas do pozostawienia biegówek na plebanii w Sztabinie i dalszej wędrówki na piechotę. Podczas tych dwóch, zimowych, dni trafiliśmy do Trzyrzeczek. Początkowo nawet nie do samej wsi, lecz do leśniczówki o tej nazwie. Gdy jednak między leśniczym, a jego małżonką rozgorzał spór o to, czy celem naszej wizyty nie jest przypadkiem ograbienie i pozbawienie życia gospodarzy, ewakuowaliśmy się do wsi. Miejscowy sołtys ze zrozumieniem przyjął nasze tłumaczenie i znalazł nocleg w którymś z gospodarstw.

I oto po 39 latach, w długi majowy weekend trafiłem, tym razem w nieco liczniejszym, bo sześcioosobowym gronie, do Trzyrzeczek. Nie musieliśmy zdawać się na sołtysa – czekał na nas zarezerwowany zawczasu domek. Ku uciesze 17 miesięcznej uczestniczki wyjazdu, w kompleksie, prócz sauny i miejsce na grilla, był też plac zabaw. Charakterystyczny, acz zaskakujący, był niemal zupełny brak kontaktu z gospodarzami. Przywitał nas jedynie 10-12 młodzieniec, który wręczył nam klucze do domku, a pożegnały tylko ich miłe psiaki. Próby kontaktu telefonicznego były konsekwentnie ignorowane. Prócz tego jednak, na miejscu było pełne wyposażenie, pozwalające w komforcie przeżyć pięciodniowy pobyt. Nie byłem już w stanie rozpoznać domu, w którym nocowaliśmy przed laty. Może dlatego, że większość obecnych zabudowań wsi jest młodsza, a w kilku drewnianych chatynkach nikt już nie mieszka. Trzyrzeczki są też rzadkim w dzisiejszych czasach przykładem wsi, do której nie prowadzi żadna utwardzona droga. Po kilku dniach korzystania z takiej nawierzchni nasze automobile były pokryte grubą warstwą beżowego pyłu. Co ciekawe jednak, jeździło się po tych drogach równiej, niż po kilku asfaltowych powiatówkach, które nie doczekały się jeszcze modernizacji.

Kot rezydent prezentuje naszą kwaterę w Trzyrzeczkach
Przydrożny krzyż wyprodukowany w sztabińskiej hucie
Widok z okolic wsi
Samotna sosna na miedzy

Kotlina Górnej Biebrzy, choć wchodzi w skład Parku Narodowego, przez długi czas uważana była za pośledniejszą turystycznie, niż Basen Środkowy i Dolny Kotliny. Fakt, dolina jest tu węższa, kompleksy leśne, ale i torfowiska, nie tak imponujące, jak w pozostałych częściach Parku. Ostatnimi laty Park Narodowy zrealizował tu jednak projekt rozwoju infrastruktury turystycznej, dzięki któremu można dotrzeć przez torfowiska i olsy aż do Biebrzy, a nawet pokonać rzekę za pomocą przeciąganej łańcuchami platformy promowej. I trzeba przyznać, że takie inwestycje przyciągnęły turystów, zwłaszcza weekendowych. My wybraliśmy się na trasę wiodącą z Szuszałowa przez Jałowo do Nowego Lipska na północnym skraju doliny. Specyfikę tej części kotliny stanowią polodowcowe wzniesienia zwane wyspami, otoczone przez położone niżej tereny bagienne. Szuszałowo położone jest na jednej z takich wysp, podczas gdy Jałowo – na drugiej. Ścieżka jest więc bardzo urozmaicona. Z początku wiedzie dwiema odnogami przez bagna między wyspami. Tu i ówdzie widok urozmaicają kępy brzezin i pojedyncze sosny. Potem wspina się na wyspę Jałowską, gdzie drogami po miedzach, zmieniając co rusz kierunek, dociera do krawędzi doliny Biebrzy. Porastające ją świerki tworzą wyjątkowo malownicze obramowanie doliny. W to miejsce docierają liczni zmotoryzowani korzystając z obfitości bezpłatnych miejsc parkingowych. Również tam można spotkać strażników parku, którzy, nie nazbyt skrupulatnie, sprawdzają potwierdzenie wniesienia opłaty wejściowej do Parku. Po, co ważne dla rodziców prowadzących wózek, szerszej już kładce, wkrótce dociera się do rzeki. Kilku silnych panów na pewno podejmie się ciągnięcia łańcucha, podczas gdy my będziemy oddawać się fotograficznemu hobby. Pokonawszy kolejny pas podmokłego olsu dociera się do wieży widokowej na skraju zmeliorowanych łąk przed Nowym Lipskiem. Trasa obfituje w możliwości ciekawych obserwacji ornitologicznych i florystycznych. Na przełomie kwietnia i maja najbardziej zachwycają kępy kwitnących kaczeńców, a z ptaków – błotniaki łąkowe, które w dolinie Biebrzy, w przeciwieństwie do większości Polski, są liczniejsze, niż ich więksi, stawowi krewniacy.

Ścieżka edukacyjna w swojej węższej części
Świerki na południowej krawędzi doliny Biebrzy
Bliżej Biebrzy ścieżka jest już szersza
Kępa kaczeńców przy ścieżce
Sosny z widokiem na Wyspę Szuszalewską
Torfowisko między Szuszałowem a Jałowem
Brzezina kolonizująca torfowisko
Widok w górę Biebrzy
Ręczny prom przez Biebrzę

Mnie jednak bardziej oczarował spacer po Lesie Trzyrzeczki, będącym reliktem pasa puszcz ciągnących się od Białegostoku ku północy i naturalnie oddzielającym strefy kolonizacji mazowieckiej od zachodu i litewsko-ruskiej od wschodu. Jest to bardzo urozmaicony kompleks leśny. Rosną tam zarówno drzewa iglaste: sosny i świerki, jak liściaste: brzozy, graby i dęby. Niektóre z nich mają doprawdy pomnikowe parametry. W runie wiosną kwitną całe łany białych zawilców. Wszelaka ptasia drobnica drze się, jak oszalała, znakując głosowo swoje terytoria. W środku lasu znajduje się obszerna, prostokątnego kształtu łąka. Choć byłem świadomy faktu, że powstanie i trwanie zawdzięcza działalności człowieka, musiałem jednak docenić, jak była fotogeniczna. 

Droga przez las
Polana w Lesie Trzyrzeczki
Łany zawilców w runie leśnym
Lesniczówka Trzyrzeczki
Brama na podwórko leśniczówki
Rozdroże w Lesie Trzyrzeczki
Stylizowany na tradycyjny współczesny krzyż przydrożny
Pomnikowy dąb w Lesie Trzyrzeczki

Basen Górnej Biebrzy w swej najbardziej ku północy wysuniętej części płynnie przechodzi w sandrową równinę pokrytą lasami Puszczy Augustowskiej. W 1982 roku przeszedłem ten teren od stacji PKP Jastrzębna aż do Rygola u połączenia Czarnej Hańczy z Kanałem Augustowskim. Po drodze, na uroczysku Kozi Rynek odwiedziłem mogiłę i pomnik ku czci powstańców styczniowych. Teraz chciałem pokazać to ciekawe miejsce reszcie ekipy. Wędrując w strugach deszczu przez bory poprzecinane pasami mokradeł i olsów, dotarliśmy jednak do szlabanu z napisem “Przejścia nie ma”. Wedle mapy, do mogiły zostało nam może 500 metrów. Cóż, Lasy Państwowe nigdy nie były championami w trudnej sztuce komunikacji, ale żeby zamykać bez słowa wytłumaczenia drogę do miejsca pamięci narodowej, to trzeba mieć tupet! W zamian, bez przeszkód zobaczyliśmy standardowy pomnik ku czci partyzantów z okresu II Wojny Światowej. Gdyby nie padało, może zlekceważyli byśmy zakaz, ale w tych warunkach pogodowych ambicja w nas spadła do poziomu bliskiego zeru i zrejterowaliśmy w suche zacisze naszej kwatery.

Droga na Kozi Rynek w Puszczy Augustowskiej
Partyzancka mogiła na Kozim Rynku
Po drodze mija się tereny podmokłe
Ale właściwie dlaczego?

Okolice Górnej Biebrzy mogą pochwalić się obecnością kilku zabytków sakralnych, które w skali Podlasia nazwać można wybitnymi. W każdym razie podobnymi na pewno nie mogą pochwalić się tereny położone w dół rzeki. Jako osoba niezmiennie krytyczna wobec zwyczaju otwierania kościołów wyłącznie na nabożeństwa, muszę odnotować, że udało nam się zwiedzić wnętrza wszystkich trzech omówionych niżej obiektów. Kościółek św. Anny w Kamiennej Starej, najstarszy obiekt drewniany w całym województwie, został ufundowany na początku XVII wieku przez Piotra Wiesiołowskiego, marszałka nadwornego Wielkiego Księstwa Litewskiego, który miał w pobliżu letnią rezydencję. Urocza w swej prostocie, otoczona wiekowymi lipami świątynia ma wewnątrz kamienną chrzcielnicę i ołtarzowy obraz patronki, pochodzące z czasów jej powstania. Na chórze ukryte są nieczynne organy w drewnianej obudowie. Ciekawe, czy kiedyś jeszcze ktoś na nich zagra? Tymczasem liturgię upiększa gra na bardziej współczesnym sprzęcie muzycznym. Na kościelnym dziedzińcu znajduje się grób gen. Nikodema Sulika, dowódcy wsławionej walkami pod Monte Cassino, 5 Kresowej Dywizji Piechoty. Generał zmarł w Londynie, ale jego doczesne szczątki powróciły na rodzinną ziemię w 1993 roku.

Najstarszy w województwie zabytek drewniany – kościół św. Anny w Kamiennej Starej
Kot bez szacunku dla grobu bohatera
Obraz św. Anny Samotrzeciej
Wokół świątyni rosną wiekowe lipy
Chrzcielnica z 1609 roku
Współczesny mandylion jest dosyć przypadkowym elementem wyposażenia
Stare, nieużywane organy czekają na lepsze czasy

Najważniejszym obiektem Różanegostoku pod Dąbrową Białostocką jest zespół klasztorno-wychowawczy salezjanów, którzy pełnią też rolę opiekunów sanktuarium, gdzie czci podlega ikona Matki Boskiej Różanostockiej. Małżeństwo Tyszkiewiczów zamówiło ją w Grodnie w 1652 roku, jako ikonę domową. Wkrótce jednak w jej otoczeniu doszło do zdarzeń uznanych za cudowne, więc przeniesiono ją do lokalnego kościółka, a do obsługi coraz liczniejszej rzeszy pielgrzymów zaproszono sejneńskich dominikanów. Ponieważ róża jest symbolem maryjnym, nazwę miejscowości, z niezbyt ponętnego Krzywego Stoku, zmieniono na Różanystok. Dominikanie służyli w sanktuarium do połowy XIX wieku, kiedy ukazem carskim nakazano ich wysiedlenie. Pod koniec XVIII wieku zdążyli jednak wznieść, wzorowany na grodzieńskim, kościół oraz budynek klasztorny. Współczesny wygląd i funkcję zespół zawdzięcza wspólnocie prawosławnych mniszek, funkcjonującej tu w latach 1901-15. Oprócz oddawania kultu świętej ikonie, prowadziły one szeroką działalność oświatowo-rozwojową. Kilka szkół, różnorakie kursy, kierowanie przytułkiem dla starszych kobiet, szpitalem, apteką, sierocińcem; zawiadywanie różnorakimi warsztatami i pracowniami rzemieślniczymi, wymagało postawienia kolejnych gmachów. W dziedzinie cywilizacyjnej mniszki odznaczyły się zainstalowaniem generatora prądotwórczego zasilającego cały kompleks, jak też wystaraniem się o budowę przystanku kolejowego na linii z Grodna do Suwałk. Wszystkie te działania były możliwe dzięki sutym dotacjom centralnym, jako że działalność zakonna była jedną z metod szerzenia religii państwowej na zachodnich kresach imperium. Symbolicznym podkreśleniem tego faktu była kolejna zmiana nazwy miejscowości, tym razem na Krasny (Piękny) Stok.

Barokowy kościół już z daleka zapraszał nas szeroko rozwartymi połaciami drzwi, w prześwicie których widać było ołtarz główny. Święta ikona nie jest oryginałem, bo wywieziony w głąb Rosji zaginął on w szaleństwach bolszewickiej rewolucji, lecz wierną kopią z 1929 roku. Ulokowano ją w ołtarzu na jednym z filarów oddzielających nawę główną od bocznej. Nie znalazłem wiele informacji o wyposażeniu wnętrza świątyni. Ot poprawny artystycznie barok i rokoko, nie nadmiernie rozszalały – wszak to nie Dolny Śląsk – ale jak na pn-wsch. Polskę, całkiem bogaty. Ciekawostkę stanowi srebrna sukienka zdobiąca niegdyś ikonę, oprawiona w ramy i powieszona na ścianie lewej nawy. Inną, acz na co dzień niedostępną, jest istniejąca pod kościołem krypta fundatorów: Szczęsnego i Eufrozyny Tyszkiewiczów. W otoczeniu kościoła wznosi się kilka ciekawych i schludnie utrzymanych obiektów takich, jak szkoła, dawna plebania, cerkiew zimowa (tak, tak! przed wynalezieniem centralnego ogrzewania życie, także religijne, w zimie przenosiło się do mniejszych, łatwiejszych do ogrzania pomieszczeń), klasztor prawosławny mieszczący dzisiaj internat, oryginalny klasztor podominikański czy, jakby żywcem przeniesiony z Rosji, drewniany dom gościnny – ze względu na kolor zwany zielonym. Za PRL-u w większości z nich funkcjonowała szkoła rolnicza. W tym okresie powstało też kilka budynków mieszkalnych i warsztatowych. Trochę obawiałem się, w jakim są stanie, ale wszystko jest zadbane i jakimś cudem, mimo tak różnej historii i genezy, tworzy harmonijną całość.

Bazylika Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w Różanymstoku
Kopia cudownej ikony
Studnia w ogrodach klasztornych
Cerkiew zimowa
Brama do kompleksu klasztornego
Widok na bazylikę od strony transeptu
Ołtarz główny bazyliki
Dawna sukienka ikony
Klasztor mniszek prawosławnych służy obecnie jako internat
Zielona willa – niegdyś dom gościnny prawosławnego klasztoru

Położony na północnej krawędzi doliny Biebrzy Krasnybór, choć liczy tylko 165 mieszkańców, może pochwalić się dwoma zabytkowymi kościołami. Jeden z nich, ponad 400 letni kościół pw. Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, jest nie tylko najstarszy na całej Suwalszczyźnie, ale i zbudowany w – w zasadzie nieobecnym w tej części Polski – stylu gotycko-renesansowym. Najciekawsze jednak, a odczuwalne najmocniej po wejściu do środka, jest wrażenie cerkiewności jego architektury. Bowiem świątynia postawiona jest na planie krzyża greckiego, z ramionami krótkimi w stosunku do swojej wysokości. Wieża zakłócająca regularność krzyża została dobudowana jako ostatni element układanki. Od strony wejścia nawa otoczona jest korytarzykiem otwierającym się na świątynię dwiema parami zakratowanych okien. To ani chybi miejsce przeznaczone dla kobiet uczestniczących w nabożeństwach, czyli tzw. babiniec. Wrażenie nie jest mylne – pierwszymi gospodarzami, na przełomie XVI i XVII wieku, byli tu uniccy bazylianie. Po zdziesiątkowaniu wiernych tego wyznania przez jakąś zarazę, wyprowadzili się oni do Grodna. Zastąpili ich rzymskokatoliccy bernardyni, którzy też nie zagościli w Krasnymborze na długo, a tych z kolei – dominikanie, którzy podzielili w XIX wieku los swych współbraci z Różanegostoku. Swoją drogą ciekawe, że powodzenie egzystencji wspólnoty zakonnej wcale nie było niegdyś gwarantowane. Oprócz pobożności, trzeba było chyba mieć wiele innych zdolności, o odrobinie szczęścia nie wspominając. Drugą refleksją na bazie historii krasnoborskiej jest pewne zdumienie, że ostatecznie w warunkach rustykalnego pogranicza koroniarsko-litewskiego najlepiej radzili sobie dominikanie, czyli zakon powstały jako wspólnota żebracza, pierwotnie lokująca swoje domy zakonne w miastach i pracująca w środowisku mieszczańskim. 

We wnętrzu kościoła, w głównym ołtarzu, znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Różańcowej z XVII w., pokryty srebrną i złotą szatą. Wyposażenie w przeważającej części jest dziełem lokalnych twórców, z nutą chwytającego za serce prymitywizmu. Nas zachwycił naturalnej wielkości anioł z puszką na datki i Bóg Ojciec dynamicznie polatujący nad krucyfiksem.

Krasnybór – kościół Zwiastowania Najświętszej Marii Panny zbudowano na planie krzyża greckiego
Ołtarz główny z elementami iluzjonistycznymi
Okienka z babińca do wnętrza kościoła
Pani krasnoborska – Matka Boska Różańcowa
Brama i wieża kościelna
Anioł kwestarz
Dynamiczny Bóg Ojciec podlatuje nad krucyfiksem

Pleban krasnoborski urzędował pierwotnie w kościółku św. Rocha na cmentarzu i dopiero po kasacie zakonu przeniósł się do godniejszej siedziby po drugiej stronie wiejskiej drogi. Obecny, powstały w 1871 roku kościół wyróżnia się wyglądem – jego ściany licowane są kamieniem – oraz dobudowaną przed trzema dekadami, pokrytą blachą, wieżą w kształcie graniastosłupa. Do tej świątyni wyjątkowo się nie dostaliśmy, ale za to spędziliśmy więcej czasu na cmentarzu. Ponieważ jest on położony na krawędzi doliny Lebiedzianki, dopływu Biebrzy,  roztaczają się z niego dalekie widoki. Wśród nagrobków wyróżniają się te, zwieńczone krzyżami odlanymi w pobliskiej hucie sztabińskiej. Znajdziemy tu też pomniki ku czci ofiar obławy augustowskiej i powstańców styczniowych, ale i absolutny rarytas – grób krasnoborzanina, który stracił życie jako żołnierz amerykański na froncie zachodnim I Wojny Światowej.

Kościół św. Rocha w Krasnymborze
Krzyż na grobie proboszcza także wyprodukowano w Sztabinie
Pomnik ofiar obławy augustowskiej
Wyrafinowany produkt huty sztabińskiej
Pomnik na grobie powstańców styczniowych
Inskrypcja na krzyżu pracowników „instytucji sztabińskiej”

Okolice górnej Biebrzy upstrzone są też bunkrami tzw. linii Mołotowa. W latach 1939-41 te ziemie były zaanektowane przez ZSRR, a za Augustowem zaczynała się już Rzesza. Towarzysze radzieccy postanowili więc skryć się przed Niemcami za linią betonowych umocnień. Nigdy nie odegrały one jednak znacznej militarnie roli, po części dlatego, że nie wszystkie ukończono do wybuchu konfliktu dwóch totalitarnych liderów. Przede wszystkim jednak, ZSRR chyba nie wypracował efektywnej koncepcji ich użycia. Wiktor Suworow twierdzi, że nie miały one służyć obronie, lecz osłonić koncentrację oddziałów Armii Czerwonej przed przewidywanym atakiem na III Rzeszę. Nie należę do miłośników turystyki fortecznej, ale rozumiem, że obecność tych bunkrów musi cieszyć przedstawicieli niektórych gatunków miejscowej fauny, np. nietoperze. 

Pamiątka po ZSRR – bunkier linii Mołotowa
Bunkry były często rozmieszczone blisko siebie

Domek, w którym mieszkaliśmy w Trzyrzeczkach, miał w pełni wyposażoną kuchnię. Mogliśmy więc przygotowywać posiłki, co było istotne zwłaszcza z punktu widzenia porządku dnia najmłodszej uczestniczki wyjazdu. Okolica nie jest kulinarną pustynią, ale do kategorii ambitniejszej kuchni można przypisać tylko menu serwowane w suchowolskiej pensjonatowej restauracji, która nie może zdecydować się, pod jaką nazwą promować się w Internecie. W każdym razie zamówiliśmy tam specyfik kuchni podlaskiej, a mianowicie soczewiaki. Według definicji wziętej z Wikipedii soczewiaki, to rodzaj bułeczek z ciasta ziemniaczanego, nadziewanych mielonymi nasionami soczewicy. Te suchowolskie opisałbym, jako puree ziemniaczane zawierające soczewicę, uformowane w kartaczo-podobne kluchy, lekko przysmażone na patelni. W każdym razie smakowały lepiej, niż brzmi to w powyższym opisie. Internet naprowadził nas też na pizzerię w Dąbrowie Białostockiej. Mogę potwierdzić, że pracują tam przemiłe panie. My zamówiliśmy ich produkty na wynos, ale przy odbiorze zdążyliśmy zauważyć, że w lokalu nie było żadnych gości. I nic dziwnego – estetyka wnętrza była dojmująco nijaka. Pozostanie tam na okres dłuższy, niż potrzebny do wydania pizzy i uregulowanie rachunku, groziło popadnięciem w poważne stany depresyjne. Sama pizza miała odchylenie w kierunku obfitości sera. Margherita, w mojej ocenie, powinna dla jasności zwać się  “Extra cheese”. Najedliśmy się do syta, ale na trawienie trzeba było przeznaczyć “Extra time”.

Każda wizyta na Podlasiu jest jak łyk świeżego powietrza. Oprócz atrakcji obiektywnych i oczywistych, dostarcza wzruszeń zupełnie subiektywnych. W moim przypadku była to możliwość zlokalizowania wszystkich trzech rzeczek, które dały nazwę naszej miejscowości. Jedna przepływała tuż przy naszym gospodarstwie, zasilając widoczny z okna staw rybny. Druga opływała wieś od wschodu, po drodze do Lasu Trzyrzeczki. Najtrudniej było znaleźć tę trzecią. Z mapy wiedziałem, że powinienem jej szukać po zachodniej stronie wsi. Bezskutecznie chodziłem w tym kierunku każdego ranka z psami. Dopiero, gdy wybrałem się tam po zmroku, stojąc na rozdrożu traktów do Zwierzyńca Wielkiego i Małowistej usłyszałem dobiegające gdzieś spod drogi cichutkie bulgotanie wody. Strumień ukryty w gęstej zieleni spływał stromą dolinką ku północy. Jego źródło znajdowało się nie dalej, niż 20 metrów od skrzyżowania dróg, w zagłębieniu terenu schowanym za przydrożną stodołą. Etymologia nazwy Trzyrzeczki okazała się być osadzona w lokalnej hydrografii. Co należało i udało się udowodnić!

Kapliczka, krzyż i bociany – stały motyw podlaskiego krajobrazu, fot. Katarzyna Janiec

Kategorie
Niemcy Polska

Po wschodnich kresach Saksonii, czyli co widać zza Nysy Łużyckiej

W 2011 roku Grupa Wydawnicza Rewasz wydała książkę pt. „Zachodnie Kresy Rzeczpospolitej” autorstwa Bogusława Wojciecha Różyckiego z podtytułem „Nie tylko przewodnik”. Autor idąc w ślady wcześniejszego nie tylko przewodnika Grzegorza Rąkowskiego pod nazwą „Polska egzotyczna – opowieść o wędrówce wzdłuż wschodnich granic Polski” opisał bardzo ciekawie, nie stroniąc od osobistych komentarzy, wrażenia z trasy wiodącej wzdłuż granicy Polski z Niemcami. Byliśmy już w Unii Europejskiej i strefie Schengen więc przekroczenie granicy i opisanie atrakcji będących bez mała na wyciągnięcie ręki, wydawało się naturalne. Tymczasem autor odwiedził i opisał zespół pałacowy w Bad Muskau, wymienił i zachęcił do zwiedzania historycznych świątyń we Frankfurcie nad Odrą, ale w przypadku Goerlitz ograniczył się do zauważenia wspaniałej panoramy miasta ze wschodniego brzegu Nysy Łużyckiej, zwieńczonej wyniosłymi wieżami kościoła św. Piotra i Pawła.

Ponad 10 lat temu wizytowałem szkołę w Hołowecku, w ukraińskim rejonie starosamborskim, gdzie wespół z Fundacją UPS realizowaliśmy projekt rozwojowy. Dyrektor szkoły zaprosił nas na poczęstunek do swego domu w położonej w górę doliny wsi Babyno. Przy okazji podwiózł nas do historycznej drewnianej cerkwi pod wezwaniem Wniebowstąpienia Pańskiego. Z dziedzińca cerkiewnego ciągnął się widok w górę doliny Mszańca, przeciętej na skutek arbitralnej decyzji Stalina z 1951 roku, granicą polsko-ukraińską (USRR). Najwyższe szczyty na horyzoncie leżały już na terytorium Polski. Moja towarzyszka, Kanadyjka ukraińskiego pochodzenia, zapytała, jak się czuję widząc ojczyste góry. Nie była do końca zadowolona z odpowiedzi, że czuję się tak samo po jednej, jak i drugiej stronie granicy. Ale cóż można odpowiedzieć na takie pytanie? W sensie dosłownym nie były to góry ojczyste, bo nie w nich się urodziłem. Znałem je jednak dobrze jako turysta. Z perspektywy historycznej, ziemie te przez większość ostatniego tysiąclecia nie były podzielone granicą, a zamieszkująca je ludność była podobnego pochodzenia i w podobny sposób zarabiała na życie. Co musiało znaleźć odbicie w wyglądzie wsi, ale też miejscowych lasów i pól.

Jednak przyznam, że zawsze mnie kusi, by w znane już miejsca dotrzeć inną drogą. Dotyczy to zwłaszcza miejsc przygranicznych i położonych na samej granicy. Ta ciekawość, jak wygląda świat widziany od drugiej strony, korzeniami sięga czasów środkowego PRL-u, kiedy to kartografowie często przedstawiali tereny poza granicami Polski jako białą kartę. Tymczasem każdy, kto dotarł do granicznych atrakcji, mógł zobaczyć, że świat ciągnie się dalej i wydaje się nie mniej ciekawy. Pamiętam podekscytowanie, które ogarnęło mnie, gdy na główny, znany mi z wcześniejszych wypraw, grzbiet Karkonoszy, dotarłem wędrując doliną Górnej Łaby i potem połogą równiną rozciągającą się wokół hotelu Labska Bouda. Niezapomnianym wrażeniem było też dostrzeżenie pierwszego skrawka Polski podczas powrotu z wyprawy antarktycznej, a było to, odwiedzone raptem 2 lata wcześniej, święte wzgórze Słowińców – Rowokół koło Smołdzina. Dlatego podczas ostatniego pobytu na polskich Łużycach, od początku planowałem wycieczki na niemiecką stronę Nysy Łużyckiej. Od najbliższego mostu przez rzekę nasz pensjonat w Grabiszycach Górnych dzieliło ledwie nieco ponad 20 kilometrów.

Do Zgorzelca/Goerlitz było trochę dalej, ale wizytę w podzielonym granicą mieście mieliśmy zapisaną w kategorii “obowiązkowo”. Nie odstraszyły nas więc wyjątkowo dziurawe drogi w okolicach Sulikowa. Co ciekawe, slalomy między dziurami zmuszeni byliśmy wykonywać na drogach mających status wojewódzki. To prawdziwe przekleństwo – cieszyć się bogactwem infrastruktury! Wszak potem trzeba ponosić koszty jej utrzymywania!

Goerlitz zostało założone i przez wieki rozwijało się głównie po zachodniej stronie Nysy. Przez most Staromiejski wiodły drogi na wschód do Wrocławia i południowy-wschód do Pragi. Wzdłuż nich rozwinęło się Przedmieście Wschodnie (Ostvorstadt), zwane w Polsce Nyskim. Na miedziorycie z 1650 roku, autorstwa Matthäusa Meriana, całe przedmieście to raptem zespół młyński przy moście oraz budynki wzdłuż ww. dróg. Co ciekawe, tak jak obecnie, na współczesnej ulicy Daszyńskiego (Prager Strasse) domy stały tylko w jednym rzędzie. Przypuszczalnie ze względu na stosunkową stromość zboczy doliny rzecznej, droga flankowana dwoma rzędami zabudowy po prostu się tam nie mieściła. Sytuacja zmieniła się w dopiero po zjednoczeniu Niemiec, kiedy postanowiono skrócić i uprościć drogę do Czech przez budowę w roku 1875 Mostu Libereckiego (Reichenberger Brücke). Kolejny, potężny impuls rozwojowy ta część miasta otrzymała na przełomie wieków, kiedy zbudowano monumentalną Górnołużycką Halę Chwały (obecnie Miejski Dom Kultury) oraz poprowadzono przez most linię tramwajową do dzielnicy Ujazd (Moys). W okolicy pobudowano wielkomiejskie kamienice w stylu wilhelmińskim oraz pałacyki miejskie dla zamożniejszych mieszkańców. Polska odziedziczyła więc w 1945 roku część miasta, która składała się z wąskiego paska historycznej, mocno zdekapitalizowanej, zabudowy naprzeciwko Starego Miasta oraz całkiem reprezentacyjne i rozległe przedmieście, ciągnące się ku południowemu-wschodowi. Miasto nie było zniszczone, nie licząc uszkodzeń spowodowanych działalnością saperów niemieckich, którzy 7 maja 1945 roku wysadzili wszystkie mosty przez Nysę. Osłabiło to konstrukcję okolicznych domów i pozbawiło je okien oraz części dachów. W konsekwencji, Zgorzelec za PRL-u rozwijał się ku północy, czego rezultatem jest widok ze strony niemieckiej na całkiem nieinspirujące blokowiska tej części miasta.

Goerlitz w 1650 roku, miedzioryt Matthäusa Meriana, źródło: Wikipedia

Tu mieszkały elity społeczne miasta

Wielkomiejska część Zgorzelca

Górnołużycka Hala Chwały, czyli najwspanialszy dom kultury w Polsce

Ze względu na podróżowanie z Harrym, większość odwiedzanych przez nas miast oceniamy z perspektywy psa. Dlatego w Zgorzelcu, oprócz tradycyjnego spaceru wzdłuż Nysy z widokiem na Goerlitz oraz penetrowania parkowego otoczenia Domu Kultury, poznaliśmy również Park Paderewskiego. Jest to ciekawe założenie, odpowiadające dzisiejszym parkom linearnym. Długi na ponad 850 metrów pas zieleni, ma szerokość od 18 do 35 metrów. Od strony ulicy Kościuszki wchodzi się doń pomiędzy dwoma parterowymi pawilonami. Od wschodu, w pobliżu szkieletu konstrukcji stacji Zgorzelec Miasto, park zamyka płaski kopiec o średnicy 120 metrów. Cały kompleks powstał w latach 1929-31, za nadburmistrza Georga Wiessnera i przed wojną nosił jego imię. Wytyczone równocześnie ulice prostopadłe do osi parku, do roku 1939 zapełniły się willami i niewielkimi kamieniczkami. W latach 60-tych i 70-tych XX w. we wschodnią część parku wcięło się osiedle niedużych bloków, przez co jest on w tej części węższy, niż w okolicach o dominacji przedwojennej zabudowy. 

Pomnik ku czci internowanych żołnierzy grackich

Zabudowa w okolicy Parku Paderewskiego

Park Paderewskiego w całej szerokości

W każdym razie, zgorzelczanie masowo odwiedzają ten park z psami. Harry miał więc towarzystwo oraz doczekał się słów uznania ze strony miejscowych psiarzy. U zachodniego wyjścia z parku wznosi się monument upamiętniający fakt stacjonowania w pobliżu, podczas I Wojny Światowej, kilku tysięcy internowanych żołnierzy greckich. Co ciekawe, Grecja przyłączyła się do wojny po stronie Entanty, ale żołnierzy nie potraktowano jak jeńców. Ich dowódca, pułkownik Jannis Chatzopulous, przekonał Niemców, że jego żołnierze mogą przy zmianie politycznych wiatrów przejść na stronę Państw Centralnych. Nie wiadomo, czy był germanofilem, czy też Niemców zwodził, ale jego decyzja pozwoliła przetrwać bezpiecznie wojnę wielu jego podkomendnym. Zdziesiątkowała ich dopiero, już po zawieszeniu broni w 1918 roku, epidemia grypy hiszpanki. Groby kilkunastu z nich, w tym dowódcy, są zachowane na cmentarzu w niemieckiej części miasta.  

Zanim tam się udaliśmy, zahaczyliśmy o willową dzielnicę na wzgórzu zwieńczonym nowoczesną w formie wieżą ciśnień (ul. Górna). Obiekt jest wprawdzie zamknięty dla turystów, ale okoliczne wille są malownicze, a w perspektywie niektórych ulic, np. Pięknej, jawią się oryginalne, acz wycinkowe panoramy Goerlitz.

Wieża ciśnień w Zgorzelcu

Widok na Goerlitz z perspektywy ul. Pięknej

Okoliczna zabudowa willowa

Do opisania Goerlitz użyto wielu sformułowań. Najbardziej na wschód wysunięte miasto Niemiec, jedyne tej wielkości nie zniszczone podczas II Wojny Światowej, położone na 15 południku, przez co czas zegarowy i słoneczny są takie same, posiadające 4000 obiektów zabytkowych, reprezentujących style architektoniczne od romańskiego do współczesnych, miasto ulubione przez filmowców i zwane przez nich Goerliwood. Ja dodałbym określenie – miasto, w którym tramwajem dojedziesz do podnóża wygasłego wulkanu. Wyspowo usytuowane wzgórze Landeskrone wznosi się na wysokość 420 m npm. Od krańcówki tramwaju pokonać trzeba około kilometra drogi i 160 metrów przewyższenia. Początkowo trasa wiedzie przez dostatnie uliczki dzielnicy Biesnitz, gdzie nie brakuje pensjonatów, restauracji i – niespodzianka – obiektów o funkcji opiekuńczej. Później, przez mieszany las, do ¾ wysokości wzgórza, wiodą szerokie i oświetlone schody. Ostatni odcinek jest najstromszy, przeto pokonuje się go asfaltową drogą okrężną, z której miejscami otwierają się widoki na przekształcone w pokaźne jezioro Berzdorfer See wyrobisko odkrywkowej kopalni węgla brunatnego oraz bliższe i dalsze wzgórza Pogórza Łużyckiego. Na szczycie znajduje się hotel z restauracją, których działalność została zawieszona z początkiem tego roku oraz wieża Bismarcka, również zamknięta na cztery spusty. Widok w kierunku miasta można więc sobie tylko wyobrazić. Walory obronne wzgórza doceniono już w epoce brązu, potem był tu gród słowiański oraz zamek rycerski zburzony wkrótce po przejściu na własność miasta Goerlitz, w 1440 roku. Od końca XVIII wieku było to już miejsce spacerów mieszczan zgorzeleckich, pomału obrastające w infrastrukturę typowo turystyczną. Nawet turyści nie wytykający nosa poza centrum miasta spotykają się z nazwą Landeskrone. Pod tą marką bowiem miejscowy browar sprzedaje piwo.

Zbliżamy się do Landeskrone

Część szczytowa Landeskrone

Wieża Bismarcka na Landeskrone

Zabudowania u podnóża wzgórza

Widok na Pogórze Łużyckie

Schody prowadzące do miasta

Zasobne dzielnice u podnóża Landeskrone

Ilość i rozmaitość zabytków Goerlitz powoduje, że zwiedzanie go przypomina wizytę w słynnych galeriach sztuki. Pojawia się dylemat: przebiec przez wszystkie ulice/sale, czy też skupić się na wybranych? A jeśli tak, to według jakiego klucza dokonać wyboru? Trzeba być jednak świadomym, że niewiele brakowało, by Goerlitz nie wyglądało tak, jak dzisiaj. Włodarze NRD, podobnie do innych przywódców tzw. obozu demokracji ludowych, wyznawali zasadę, że dobra materialne należy użytkować tak długo, jak się da, a następnie można je porzucić. Okres przydatności do użycia wielu obiektów średniowiecznego miasta nad Nysą, po 40 latach takiego gospodarowania, dobiegał już końca. Pojawiły się pomysły masowych wyburzeń i skupienia wysiłków konserwatorskich na kilkunastu najcenniejszych obiektach. Nawet jednak takie rozwiązanie wymagało nakładów, a te były wszak potrzebne gdzie indziej. Żadna decyzja więc nie zapadła, system runął pod ciężarem własnej nieudolności i nastąpiło zjednoczenie Niemiec. Wkrótce potem popłynęła rzeka funduszy na rewitalizację, a dodatkowo – anonimowy darczyńca przez 10 lat rokrocznie na odnowę zabytków miasta łożył mniej więcej jeden milion Euro (przy okazji, ta kwota jest imponująca, jak na pojedynczego dobroczyńcę, ale daleko niewystarczająca na przedsięwzięcie tej skali).

W każdym razie, spacer po mieście obfituje w widoki wywołujące „ochy” i „achy”. W mojej ocenie swoistą magią emanują: romański portal kościoła św. Piotra i Pawła, wąziutka uliczka Verratergasse, spięta nad wlotem w Langestrasse dwoma kamiennymi łukami, czy trójkątny placyk u zbiegu Berliner- z Salomonstrasse, zdobny współczesną fontanną i zamknięty przeszklonym pawilonem Cafe Central. Dom Towarowy na Marienplatz został odkryty przez ekipę filmową Wesa Andersona i użyty, jako miejsce zdjęć do filmu “Grand Budapest Hotel”. Od tego czasu zyskał promocyjną nazwę „Najpiękniejszy dom handlowy Niemiec” co jest niewątpliwym nadużyciem zważywszy, że już w momencie budowy, w 1912 roku, jego architekci nie ukrywali, że biorą za wzór berliński dom handlowy Wartheima. Obecnie znajduje się on w posiadaniu prywatnego właściciela, który na efektownej stronie www przedstawia świetlane perspektywy rozbudowy i powrotu do funkcji handlowych. Póki co, za jego drzwi nie zajrzymy, chyba że planujemy nakręcić spot reklamowy lub teledysk, co właściciel zdaje się akceptować, jako tymczasową formę działalności. Tymczasem, kilkaset metrów dalej znajduje się pięknie odrestaurowany, secesyjny Pasaż Strassbourga. Nazwę przyjął, nie od stolicy Alzacji, lecz od nazwiska kupca tekstylnego, Otto Strassbourga, którego interes rozwijał się tak burzliwie, że pozwalał wykupić budynki w sąsiedztwie macierzystego sklepu na Berlinerstrasse, a w końcu także hotel na równoległej Jacobstrasse. Po przebudowie, połączono je w 1908 roku długą na 115 metrów przeszkloną alejką, wzdłuż której ulokowały się sklepy, restauracje, a w początkowym okresie nawet i kino. Dzisiaj, po renowacji, obiekt pełni funkcje handlowe i kulturalne. Pulsuje w nim życie, przeciwnie, niż u pretendenta do tytułu najpiękniejszego domu handlowego Niemiec.

Romański portal kościoła św. Piotra i Pawła w Goerlitz

Górny Rynek z kościołem św. Trójcy

„Najpiękniejszy” dom handlowy w Niemczech

Panieńska albo Gruba Wieża od strony Diabelskiej Studni

Wnętrze Pasażu Strassbourga

Kolumny przy budynku wagi miejskiej zwieńczone są podobiznami XVI wiecznych zgorzelczan, ale tylko 4 nie są postaciami fikcyjnymi

Wylot Verratergasse w Langestrasse

Wejście do Pasażu Strassbourga od strony Berli8nerstrasse

Bogato zdobiony portal na Berlinerstrasse

Placyk przed Cafe Central

Wśród budowli sakralnych miasta godne miejsce znalazła Nowa Synagoga. Oddana do użytku w 1911 roku, wzniesiona w stylu modernizmu, była wyrazem mocy i ambicji członków społeczności żydowskiej, którzy choć stanowili mniej, niż 1% mieszkańców miasta, to jednak należeli do jego elity finansowej i społecznej. Budynek przetrwał próbę podpalenia przez nazistowskie bojówki w 1938 roku, gdyż w przeciwieństwie do innych miast niemieckich, miejscowa straż pożarna zrobiła, co do niej należało. W 1963 roku gmina żydowska z Drezna (w Goerlitz po wojnie instytucjonalne życie żydowskie już się nie odrodziło) odstąpiła opuszczony obiekt miastu. W ostatniej dekadzie synagoga przeszła pełną rewitalizację, zwieńczoną w 2022 roku zamocowaniem Gwiazdy Dawida na kopule. W synagodze działa Forum Kultury, organizujące wystawy i spotkania z twórcami zajmującymi się głównie, lecz nie wyłącznie, problematyką żydowską. Udostępnia też salę modlitw społeczności żydowskiej. Skromne rozmiary Starej Synagogi na Langestrasse pokazują, jak różna była pozycja gminy żydowskiej w roku 1853, gdy powstawała. Jednocześnie, jej architektura jest, przynajmniej dla obserwatora z Polski, bardziej stereotypowo synagogalna. Po przenosinach dotychczasowych gospodarzy do Nowej Synagogi, budynek był wykorzystywany jako magazyn i sala prób, przez miejscowy teatr. Dlatego niezagrożony przetrwał rządy Hitlera i spółki. Jest to obecnie obiekt prywatny, odrestaurowany i służący, o dziwo!, także potrzebom kultury, jako tzw. Dom Literatury. No, ale mówimy o kraju, gdzie ludzie chcą uczestniczyć w odpłatnych spotkaniach z pisarzami.

Nowa Synagoga

Stara Synagoga w Goerlitz

Klasztor cystersek w Marienthal koło Ostritz jest położony nad samą Nysą. Jej dolina jest w tym miejscu dosyć głęboka, co skutkuje możliwością przeoczenia zjazdu na klasztorny parking z szosy Goerlitz – Zittau. Z zachodniego brzegu Nysy Polska jawi się jako kraj bez mała nieskażonej natury, a przecież naprzeciwko klasztoru mamy Worek Turoszowski, który – poza wąskim pasmem wzdłuż rzeki – składa się z gigantycznego wyrobiska kopalni węgla brunatnego Turów. Marienthal jest najstarszym, działającym nieprzerwanie od roku 1234, klasztorem żeńskim Niemiec. Ze względu na położenie, zespół zabudowań jest narażony na zniszczenie przez powodzie. Ostatni raz Nysa wyszła z brzegów w roku 2010 i w wielu miejscach widać znaczniki pokazujące, że woda w budynkach stała „na chłopa”. Historia wspólnoty zakonnej w tym miejscu jest pełna paradoksów. Cesarskie, katolickie Czechy przekazały, za wojenne długi, Górne Łużyce protestanckiej Saksonii w roku 1635, zastrzegłszy jednak w akcie przekazania prawo do istnienia i funkcjonowania katolickich wspólnot monastycznych, w tym w Marienthal. Katolickie zakonnice miały więc protestanckich patronów i kolatorów, same posiadając wsie zamieszkane przez wiernych tego wyzwania. Realizując swoje prawa właścicielskie, cysterki musiały np. wybierać pastorów dla kościołów luterańskich w tych miejscowościach. Z kolei zmiany granic po 1945 skutkowały pozbawieniem klasztoru około połowy jego posiadłości ziemskich. Wczesne NRD wypłacało kompensacje swoim obywatelom, za mienie utracone na wschodzie. Jednocześnie, ochoczo i konsekwentnie, nacjonalizowało wielką własność ziemską. Ważąc zyski i straty tych operacji, wschodnioniemieccy komuniści zdecydowali, że odszkodowania mniszkom nie zapłacą, zostawiając w zamian klasztorowi jego ziemie (głównie lasy).

Odbudowany po powodziowych zniszczeniach klasztor tworzy bardzo spójny zespół w stylu barokowym. Nie zwiedzimy tam jednak wielu wnętrz. Klasztor wraz ze zwieńczoną zieloną kopułą kaplicą są wyłączone ze zwiedzania ze względu na regułę zakonną. Kościół przyklasztorny ma wyposażenie neogotyckie i prócz ciekawych polichromii oraz faktu, że ma wysunięty do 1/3 długości nawy balkon chóru (liczba sióstr musiała być niegdyś większa, niż obecne – 10) nie jest najciekawszy. Większość zabudowań służy potrzebom noclegowo-konferencyjnym prowadzonego tu Międzynarodowego Centrum Spotkań. Wyjątkowo obszerny sklep klasztorny oferuje mnóstwo pamiątek, książek i produktów spożywczych, w tym wysokoprocentowych, firmowanych przez klasztor. Polecam wspięcie się na Weinberg – wzgórze ze stacjami drogi krzyżowej. Znajdująca się pod Golgotą ławeczka, to prawdziwe centrum mocy i harmonii. Z drogi poniżej szczytu jest też najlepszy widok na cały klasztor i najbardziej na wschód wysuniętą winnicę Niemiec.

Marienthal – Droga Krzyżowa na Winnej Górze

Wśród klasztornych zabudowań

Jeden z ołtarzy bocznych wraz z relikwiarzami w kościele klasztornym

Dom przysłupowy w osadzie przyklasztornej

Marienthal – widok na zespół klasztorny sponad najbardziej wysuniętej na wschód winnicy Niemiec

Opiekunka klasztoru

Klasztorne dachy

Idylliczny widok na Polskę ponad kompleksem klasztornym

Na głównej uliczce osady przyklasztornej

Pobliskie miasteczko Ostritz zostało wybrane w 2018 roku przez neofaszystów, jako godne goszczenia imprezy pod hasłem Tarcza i Miecz, w terminie, całkiem przypadkowo, przypadającym w dniu urodzin Hitlera. Imprezy nie udało się zablokować, niezadowolonym z takiej promocji mieszkańcom pozostało jedynie zorganizować w kontrze Festiwal Pokoju. W następnym roku naziole postanowili powtórzyć wydarzenie. By choć trochę uprzykrzyć im życie, miejscowe władze uzyskały sądowy zakaz sprzedaży i publicznej konsumpcji piwa w terminie wydarzenia. Skutkowało to policyjnymi konfiskatami zasobów złocistego trunku, przywiezionych przez uczestników. I tu dochodzimy do najbardziej rozczulającej części tej historii. Mieszkańcy Ostritz nie chcąc psuć interesów lokalnym sklepikarzom, skrzyknęli się i wykupili cały zapas piwa zgromadzony w miejscowości. Pewnie kilka solidnych imprez przy grillu zostało później podlanych tymi zapasami.

W miejscu, gdzie Nysa Łużycka przybiera kierunek południkowy, równocześnie poczynając pełnić rolę granicy polsko-niemieckiej, zaczyna się biegnące ku zachodowi pasmo Gór Żytawskich (Zittauer Gebirge). Dla osób z mojego pokolenia, przywykłych do informacji, że Sudety kończą się na zachodzie obniżeniem Bramy Łużyckiej, ciągle zaskakujący jest fakt, że obecnie geografowie określają to pasmo, jako najbardziej zachodnią część Sudetów. W każdym razie, jednego popołudnia zawitaliśmy do miejscowości Oybin, której kurortowa zabudowa wciska się krętą doliną pod główny grzbiet tych gór. Romantycznie i z fasonem można tam dojechać kolejką wąskotorową, kursującą z Żytawy (Zittau). My jednak nie zdołaliśmy dopasować naszego planu dnia do rozkładu jazdy kolejki, przyjechaliśmy więc samochodem, zostawiając go na rozległym i, uwaga!, płatnym parkingu w centrum miejscowości. Wokół, jak okiem sięgnąć, widać nad zabudową górskie zbocza, a spośród lasów co rusz przebijają się zespoły skałek i skał. Góry Żytawskie, to raj dla geologa, gdyż znajdzie tu skały, zarówno pochodzenia osadowego (piaskowce), jak i metamorficznego (bazalty). Skał jest tu tak wiele, że poprowadzono wśród nich dwie, charakterystyczne raczej dla krajów alpejskich, via ferraty. Nad samym, wyznaczonym stacyjką wąskotorówki, centrum Oybina wznosi się wzgórze o tej samej nazwie, zwieńczone imponującą ścianą skalną. To był cel naszej wizyty, nie tyle ze względu na jej wysokość (raptem 514 m npm.), ile na fakt, że w miejscu tak obronnym z natury król czeski, a zarazem cesarz Karol IV (ten od Mostu Karola w Pradze), wzniósł na początku XIV wieku rezydencję i klasztor dla zakonu Celestynów. Użytkowanie tego miejsca, ze względu na nastanie Reformacji, trwało tylko nieco ponad 200 lat, ale zamek zasłużył się jako miejsce ukrycia cesarsko-królewskiego skarbca, podczas wojen husyckich. 

Wstęp na górę jest płatny, nawet jeśli naszym planem jest tylko skorzystanie z posiłku w ulokowanej na skraju urwiska restauracji. Po zakupie biletów zauważyliśmy, że Harry’emu jako “dużemu psu” – mimo, że nie musiał kupić biletu – przysługuje prawo wejścia osobną, pozbawioną liczącego gości kołowrotka, bramką. Z zamku i klasztoru zachowały się jedynie piwnice i ściany. Te ostatnie, często w pełnej wysokości, poprzecinane gotyckimi obramowaniami okien, z zachowanymi maswerkami. Szczególnie malownicze okno dawnej biblioteki klasztornej zostało uwiecznione na płótnie przez romantycznego malarza Caspara Davida Friedricha, a obecnie stanowi ulubiony motyw każdego zaopatrzonego w smartfon turysty. Kilka położonych coraz wyżej ścieżek obiega całą górę. Jak to w skalnym labiryncie bywa, czasem trzeba się pochylić, a czasem wciągnąć brzuch, by przejść między skalnymi ścianami. Co chwilę ścieżka doprowadza na skraj urwiska, skąd można podziwiać bogate, choć nie nazbyt odległe widoki. Warto też zwrócić uwagę na drzewa, które zmuszone są często dosłownie opleść korzeniami skały, by nie runąć w rozpościerającą się poniżej przepaść. Oprócz ruin średniowiecznego pochodzenia, cysterny na wodę i wspomnianej restauracji (Berggasthof), w kompleksie trafimy na wciśnięty między skalne ściany cmentarz górski. To bardzo urokliwe miejsce jest całkiem pozbawione sztancowych produktów kamieniarki nagrobnej. Ze względu na jego szczupłość, pomniki są skromnych rozmiarów, lecz często bardzo oryginalnej formy. Najbardziej zadziwia jednak, że cmentarz nadal funkcjonuje. Wydaje się bowiem, że każde miasto zmarłych ma swoją pojemność, a zwłaszcza położone tak, jak na górze Oybin.

Oybin – kurortowa zabudowa w cieniu skalnych ścian

Kościół górski w Oybin

Ruiny kompleksu zamkowo-klasztornego zlewają się ze skałami

Prezbiterium kościoła klasztornego z wiszącą nad głowami gwiazdą morawską (hernhucką)

Między skałami widok na na północna część Oybina

Cmentarz górski tym razem z widokiem na gospodę

Widok na stację kolei wąskotorowej w Oybin z lotu ptaka

Krewniaczka sosny z Sokolicy też nie ma łatwego życia

Pięknie utrzymany dom przysłupowy w Oybin

Wnętrze kościoła górskiego

Zasłona Wielkopostna w kościele górskim

Okno biblioteki klasztornej

Zachowane krużganki/nawa boczna kościoła klasztornego

Malowniczy cmentarz górski z widokiem na zamkowe mury

Imponujący blok skalny nad przepaścią

Południowa (górna) część miasteczka Oybin

Nawet na krótkim odcinku drogi z parkingu pod zamek, natknęliśmy się na ciekawe przykłady architektury kurortowej, w tym domy przysłupowe (więcej o ich genezie i architekturze przeczytacie w moim wcześniejszym wpisie). Najciekawszy był jednak kościół górski (Bergkirche) – niewielka luterańska świątynia, zbudowana w początku XVIII wieku. Wnętrze jest halowe, bogato zdobione malowidłami na sklepieniu oraz szczytach dwupoziomowych empor. Ponieważ kościół został posadowiony na litej skale, na stromym stoku, poziom podłogi opada amfiteatralnie od wejścia ku głównemu ołtarzowi. Jako, że czas był wielkopostny, ołtarz zakryto kopią XVII wiecznej zasłony wielkopostnej (Festentuch), przedstawiającej sceny z misterium Męki Pańskiej. Pomimo, iż nie znaleźliśmy czasu na zwiedzenie Żytawy, która chlubi się posiadaniem aż dwóch okazów takich zasłon, maleńki kościółek w Oybin zrekompensował nam to planistyczne niedociągnięcie. 

Kościół św. Piotra i Pawła w Goerlitz jest orientowany, czyli prezbiterium ma skierowane na wschód, w stronę Nysy i polskiego Zgorzelca. Od strony doliny rzecznej dziedziniec kościelny ogranicza mur z przebitymi otworami pseudookien. Poniżej Mostu Staromiejskiego rzeka podpiętrzona jest jazem, który z obydwu brzegów flankują średniowieczne założenia młyńskie. Widok, zwłaszcza w górę rzeki, jest rzeczywiście przedni. Natomiast nieco w dół rzeki, na polskim brzegu, widać solidnie ogrodzone murem wzgórze, zwieńczone ogromnych rozmiarów rezydencją w stylu nowoczesno-klasycystycznym. Budynek jest w centralnej części dwukondygnacyjny, z parterowymi oficynami po bokach. Z polskiej strony widać go w pełni chyba tylko z najwyższych kondygnacji pobliskich bloków mieszkalnych. Działka, na której wzniesiono tę rezydencję, ma blisko 2 ha powierzchni. Internet oprócz zdjęć z drona, nie daje odpowiedzi, kto może być właścicielem domu w tak prestiżowym miejscu. Skojarzenie ze średniowieczem podpowiada – ani chybi sam właściciel miasta. Ci jednak, korzystając z miasta, dawali mu też coś w zamian, np. bezpieczeństwo. A tu, jaką korzyść może mieć miasto z wycięcia z jego tkanki działki, na której można by wyobrazić sobie coś znacznie ciekawszego i pożyteczniejszego, niż luksusowy dom jednorodzinny? Chyba, że ta inwestycja miała być zaczątkiem swoistego miasteczka  aktorskiego dla gwiazd przybywających kręcić filmy w Goerliwood.

Most Staromiejski i Zgorzelec za Nysą Łużycką

Kruczy Folwark za czasów niemieckich, fot. foto-polska.eu, źródło: zgorzelec.naszemiasto.pl

Dom Jakuba Boehme z popiersiem i tablica ku czci filozofa

Polska dumnie spogląda na Niemcy, źródło polska-org.pl

Kruczy Folwark obecnie, czyli DPS Jutrzenka, fot. PCPR Zgorzelec, źródło: zgorzelec.naszemiasto.pl

Mapa Górnych Łużyc autorstwa Bartholomäusa Scultetusa, źródło: Wikipedia

Wprawdzie nie przez obserwację z niemieckiego brzegu, ale z porównania wspomnianego miedziorytu Meriana ze współczesnymi zdjęciami satelitarnymi, odkryłem po polskiej stronie tzw. Kruczy Folwark (Rabenberge), zajmowany obecnie przez Dom Pomoc Społecznej „Jutrzenka”. Niegdyś położony poza miastem, wzmiankowany już w latach 40-tych XV wieku, kompleks obecnie skrył się wśród gęstej okolicznej zabudowy. Współczesne budynki, po wielu przebudowach nie wyglądają na wiele starsze, niż stuletnie, ale kompleks zachował prostokątne założenie z bramą w jednym z narożników oraz wewnętrznym dziedzińcem. Jest to prawdopodobne miejsce narodzin Bartholomäusa Scultetusa – humanisty, matematyka, astronoma i sześciokrotnego burmistrza Goerlitz, począwszy od 1592 roku. Jako kartograf, opracował on też pierwszą mapę Górnych  Łużyc. W pobliżu folwarku/DPSu biegnie ulica jego imienia, a pod drzewem przy bramie wjazdowej ukryty jest pamiątkowy kamień poświęcony temu mężowi wielu talentów. Jest to druga z niemieckich osobistości, uznanych i pamiętanych także w polskiej części miasta. Pierwszą jest Jakub Boehme, szewc i filozof religii. Dom, w którym mieszkał, jest lepiej znany, bo wznosi się na dawnej Pragerstrasse (obecnie Daszyńskiego) nad samą Nysą i nie trzeba szukać go posługując się XVII wiecznymi miedziorytami. 

Nasz krótka wycieczka wzdłuż granicy poniekąd wytłumaczyła mi, dlaczego autor polskiego przewodnika nie zajął się opisem terenów po niemieckiej stronie granicy. Jego dzieło musiało by mieć co najmniej trzykrotnie większą objętość. A wtedy nie dałoby się go już upchnąć do kieszeni plecaka!