Kategorie
Polska

Dziura w obwarzanku czyli Tum niezdobyty

„Gdzie to ona Sobota?

– Niedaleko Piątku, wasza miłość.

– Kpisz, Kiemlicz?

– Zaś bym śmiał – odrzekł stary krzyżując ręce na piersiach i skłaniając głowę – jeno się tam tak dziwnie miasteczka nazywają. To za Łowiczem, wasza miłość, ale jeszcze kawał drogi.

– I jarmarki znaczne w onej Sobocie?

– Nie takie jak w Łowiczu, ale jest jeden w tej porze, na który nawet i z Prus konie pędzą, i luda siła się zjeżdża”.

Sienkiewiczowski pan Kmicic, jak i jego adwersarz Józwa Butrym Beznogi, pochodzili ze Żmudzi więc skąd mogli znać koroniarską topografię. Dzisiaj, kiedy dawno już zarzucono organizowanie tam „znacznych jarmarków” i zwyczaj pędzenia koni z Prus, miejscowości te pozostają tylko anonimowymi skupiskami mieszkańców rzuconych przez los gdzieś w okolice geograficznego centrum Polski. Przeciętny Polak sądzi niczym marszałek Piłsudski, iż „Polska jest jak obwarzanek. Wszystko, co dobre, jest na obrzeżach, a w środku nic”. Nawet w moim przypadku obszar zamknięty dolinami Bzury, Neru, Warty, górnej Noteci i Wisły służył głównie szybkiemu przemieszczaniu się do bardziej wyrazistych krajoznawczo regionów naszego kraju. Zdarzyło mi się jednak na przestrzeni kilku ostatnich dekad służbowo odwiedzić miejscowości w tych okolicach i, mimo pobieżności dokonanych obserwacji, wrażenia miałem pozytywne. Szukając więc celów na jednodniowy wypad za Warszawę skierowałem uwagę na owo nic w centrum Polski.

Jednak nie na Sobotę niedaleko Piątku, lecz na Łęczycę i położony na pograniczu trzech województw Park Kulturowy Wietrzychowice. Przeliczając zamiary na siły wyszły z tego dwa jednodniowe wypady, które chciałbym tu opisać. Zacznę od tej drugiej destynacji, do której trafiliśmy natchnieni krótką wzmianką wyłowioną z odmętów Internetu. Otóż mamy w Polsce grobowce megalityczne starsze niż kamienne kręgi w Stonehenge czy piramidy egipskie. Chociaż po raz pierwszy opisano je w latach 40-tych XIX wieku to nie dorównują sławą zagranicznym krewniaczkom. Może dlatego, że skryte są w całkiem przyjemnym lasku, co jak na bezleśne Kujawy samo w sobie winno być atrakcją. Poza tym mimo przekraczającej 100 metrów długości są to konstrukcje ziemno-kamienne, a użyte do ich budowy głazy narzutowe są skromnych rozmiarów w porównaniu do używanych przez budowniczych w Brytanii czy Egipcie.

Tym niemniej, pierwsze wrażenie zetknięcia z szerokim na około 8 do 10 i wysokim na 3 metry wężem rzuconym na dno środkowopolskiego boru jest piorunujace. My byliśmy przygotowani poprzez lekturę tablic informacyjnych na przydrożnym parkingu, Są one częścią starannie zaplanowanej ścieżki edukacyjnej, która półtorakilometrową pętlą doprowadza do grobowców oraz kilku malowniczych miejsc w lesie, takich jak porośnięta pomnikowymi modrzewiami polana czy łączka nad stawkiem powstałym z podpiętrzenia wód przecinającej lasek strugi. Harry, który obojętnie odniósł się do przejawów kultury sepulkralnej okresu pucharów lejkowatych (3800-3300 p.n.e.), bardzo cenił sobie naturalne walory parku myszkując pośród drzew. W środku letniego tygodnia nie było na trasie nikogo prócz nas. Problemem, może być nawet dotarcie, bo GPS wprawdzie zna to miejsce, ale nas, jadących od węzła Kowal na autostradzie A1, wyprowadził w pole kukurydzy. Bogatszy o to doświadczenie rekomenduję dojazd od węzła Dąbie na autostradzie A2 przez Dąbie i Przedecz w kierunku na Izbicę Kujawską. We wsi Blenna przed kościołem znajdziemy już kierunkowskaz do Rezerwatu archeologicznego grobowców megalitycznych. Jak widać miejsce to znane jest pod wieloma nazwami.

Żalnik jest bardzo długą konstrukcją
Sąsiednie grobowce
Spiętrzone ody kanału tworzą niewielki staw
Grobowiec od frontu
Wysokość żalnika ku końcowi znacząco opada

Kiedy na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku grobowce rozkopała znana zbieraczka starożytności hrabina Natalia Kicka, zwano je żalnikami kujawskim. Kilka lat potem pruski generał i etnograf Roderich von Erckert rozkopał kilkadziesiąt grobowców. Do dzisiaj ma się mu to za złe, przypuszczalnie dlatego, że wyniki wykorzystał w pracy pt. „Migracje i osadnictwo plemion germańskich w Europie Środkowej”. Ponieważ jednak publikował rezultaty w poważnych wydawnictwach niemieckich przyczynił się do spopularyzowania tego miejsca i jego skarbów w środowiskach naukowych. Znał je na pewno prof. Konrad Jażdżewski gdy w 1934 przyjechał do Wietrzychowic. Oprócz zbadania zawartości komór grobowych (co ciekawe te olbrzymie konstrukcje skrywały szczątki ledwie jednej lub dwóch osób) jego ekipa odtworzyła grobowce do ich hipotetycznej pierwotnej wysokości, gdyż z wiekami część ziemna zapadła się do wysokości kamiennego obramowania. Profesor wspominał, że nadzorując wykonywane bez udziału sprzętu zmechanizowanego prace nie mógł nadziwić się wysiłkowi włożonemu przed wiekami w usypanie tych konstrukcji. Kto mógł zasłużyć na taki pochówek? Według najnowszych intepretacji raczej przywódcy duchowi (kapłani/szamani) niż wodzowie plemienni. Jak mają się do tej koncepcji odkryte niedawno pochówki kobiety czy dziecka nadal nie wiadomo.

Jesień idzie
Na skraju lasu
Zarośnięty kanał w rezerwacie
Rusałka żałobnik

Spacer po lasku skrywającym „żalniki”, nawet uzupełniony kontemplacją krajobrazu i bogactwa flory zajmuje może 1,5 godziny. Aby uzasadnić przed samym sobą ponad 2 godziny jazdy spod Warszawy należało uzupełnić program o jakiś ciekawy punkt. Wschodnie Kujawy to, oprócz Włocławka, same niewielkie miasteczka mające jednak zazwyczaj jakieś atrakcje turystyczne do zaoferowania. Wybór pobliskiego, choć znajdującego się już w województwie wielkopolskim, Przedcza okazał się być jednak strzałem w dziesiątkę. Mikroskopijne miasteczko przylega do jeziora Przedeckiego. Przy jego brzegu, na niewysokim wzgórzu wznoszą się białe mury kościoła luterańskiego z intrygującą cylindrycznych kształtów wieżą. Niemieccy koloniści po przybyciu w te okolicy z początkiem XIX wieku założyli parafię, a kościół pobudowali z wykorzystanie ruin kazimierzowskiego zamku. Najlepiej zachowanym elementem średniowiecznej budowli był wyniosły stołb zaadoptowany na wieżę/dzwonnicę. Po ucieczce ludności niemieckiej w 1945 roku, PRL-owskie władze próbowały doprowadzić obiekt do ruiny w międzyczasie używając go jako magazyn. Jednak już pod koniec lat 60-tych XX wieku obiekt wpisano do rejestru zabytków, a później przekazano na potrzeby miejskiego domu kultury mającego teraz niesłychanie klimatyczną siedzibę.

Spod zamku-kościoła widoczny jest pokaźnych rozmiarów neogotycki kościół katolicki pod wezwaniem Św. Rodziny. Projekt wybitnego architekta Józefa Piusa Dziekońskiego ma fasadę nawiązującą rzekomo do płomienistego gotyku wileńskiego kościoła Św. Anny. Rzeczywiście można dopatrzeć się podobieństwa pojedynczych elementów jak np. szczytów wieżyczek, ale całość jest jakaś nieproporcjonalna i ciężkawa. Napoleon, który podobno chciał przenieść wileński kościół do Paryża na pewno nie skusiłby się na tą podróbkę. Na rynku wznosi się całkiem foremny piętrowy ratusz z czterospadowym dachem zwieńczonym wieżyczką. Zbudowano go w 1826 roku, a osiemdziesiąt lat później miejscowi strażacy-ochotnicy postawili obok swoją siedzibę będącą wizualnie uproszczoną wersją ratusza. Obydwa obiekty łączy pasaż z ukośnym dachem wspartym na 9 doryckich kolumnach. Chociaż pełnił on prozaiczną funkcję miejskich jatek, czyli kramów rzeźniczych, nam kojarzył się z weneckimi loggiami, czyli obiektami architektonicznymi zdobiącymi centralne place historycznych miast dalmatyńskich. Pełniły one funkcje od urzędowych po handlowe, a współcześnie często goszczą restauracje i kawiarnie.

Dom kultury, ex kościół luterański, ex zamek kazimierzowski
Kościół wzorowany na wileńskim
Oboje z Podziomkiem jesteśmy pod wrażeniem czcionki w stylu Art Deco
Zamkowy stołb z kościołem katolickim w tle
Rynek z jatkami i ratuszem
Witraże w kościele

Niestety, Przedecz choć schludny i ciekawy jest gastronomiczną pustynią. To prawda, że nie sprawdziliśmy wszystkich okolicznych stacji paliw i sklepów Żabka, gdzie w dzisiejszych czasach serwują kofeinowy napar, ale też szukaliśmy bardziej przytulnego lokalu. Przeto niczym sienkiewiczowski pan Kmicic ruszyliśmy w kierunku Soboty, gdzie po drodze czekała nas prawdziwa kawowa oaza w postaci Kutna. Po długich deliberacjach, wsparci opiniami z Googla, wybraliśmy rodzinną cukiernio-kawiarnię przy głównej ulicy tego miasta. Kawę parzą tam poprawnie, a wybór wypieków jest szeroki. Ciekawostką są ciastka w formie różyczki, co nawiązuje do hasła „Kutno – miasto róż”, a to z kolei do miejscowych tradycji ogrodniczych. W sierpniowe popołudnie, w środku tygodnia ruch był tam taki, że nie od razu znaleźliśmy miejsce w przylokalowym ogródku. Jako, że niegdyś obiecywałem wizytę w Kutnie po otwarciu odnowionego Pałacu Saskiego, co zapowiadane jest na połowę 2023 roku nie zajęliśmy się zwiedzaniem miasta. Jednak ledwie 50 metrów od stolika gdzie zapijaliśmy kawą różopodobne ciasteczka rozciągał się spopularyzowany ostatnio w całej Polsce, jako symbol betonozy, Plac Wolności.

Kutnowska róża w wersji pierwszej (zdjęcie z profilu FB firmy)
I drugiej (zdjęcie z profilu FB firmy)

Dawny Stary Rynek był tradycyjnym miejsce handlu więc jako taki nie obfitował w zieleń (to eufemizm mający skryć jej brak). Uniknął także popularnej w latach międzywojennych transformacji w śródmiejski zieleniec. Jeno po obrzeżach założono trawniki i posadzono drzewa, które z czasem dawały coraz więcej cienia. Po ustaniu funkcji handlowej cały środek placu „zagospodarowano” jako parking przy czym, dla wygody kierowców, grunt pokryto dywanikiem asfaltowym. Kutno miało więc imponujący przykład asfaltozy, ale w naszym obojętnym estetycznie kraju nikomu to nie przeszkadzało. W 2012 miasto zamówiło projekt rewitalizacji placu. Zakładał on utrzymanie funkcji parkingowej, ale wzbogacenie jej o funkcje społeczne. Jak to patetycznie nazwano –  oddanie placu mieszkańcom. W efekcie zaprojektowano parking podziemny, na którego betonowym dachu zaplanowano pawilon wystawowo-gastronomiczny i, oczywiście, fontannę. Po obrzeżach przewidziano nawet zasadzenie drzew w miejsce starszej zieleni, która i tak nie przeżyłaby tak intensywnego naruszenia stosunków wodnych w najbliższym sąsiedztwie. Projekt ten przy okazji rozpoczęcia jego realizacji w roku 2019 branżowy, architektoniczny portal Bryła prezentował pod hasłem „Kutno wypięknieje”. A tymczasem skokowo wzrosła świadomość klimatyczna społeczeństwa i z pozycji poklepywanego po plecach prymusa rewitalizacji władze miasta spadły do kategorii rozrzutnego wroga klimatu. Ale pewno kierowcy się cieszą, że samochody parkują w podziemiu, a mieszkańcy nie szwendają sie między nimi. Otwartą kwestią pozostaje dlaczego parkingu, nawet i wielopoziomowego, nie można było postawić na jednej z okolicznych pustych działek i tak już używanych do tych celów.

Plac Wolności 100 lat temu; źródło fotopolska.eu
Plac Wolności 10 lat temu; fot. Mariochom, CC BY-SA 4.0
Plac Wolności obecnie; źródło UM Kutno

Po tygodniowej przerwie zawitaliśmy na rynek w Łęczycy. Miasto, choć aż do rozbiorów Polski miało status wojewódzkiego, jest obecnie trzykrotnie mniejsze od Kutna, więc nie posiada ambicji posiadania wielopoziomowych parkingów. Na tutejszym rynku, czyli placu Kościuszki znalazło się miejsce na niską i wysoką zieleń, i parking, i część równo wybrukowaną wokół klasycystycznego ratusza. Na tej ostatniej też zresztą rosną pojedyńcze drzewa nie zasłaniając jednak widoku na architektoniczną dominantę placu jaką jest ratusz. Miasto nie posiada obwodnicy więc kierowcy jadący dawna „jedynką” ku Łodzi czy Krośniewicom wciąż mogą być zszokowani widokiem gotyckich murów zamku kazimierzowskiego wyrastających ponad chodnik i przyuliczny trawnik. Funkcjonujące w zamku muzeum sprzedaje osobne bilety na wieżę, skąd mogliśmy ogarnąć wzrokiem prawie całe niezbyt rozległe (niecałe 9 km kw. powierzchni) miasto. Byłoby ono jeszcze mniejsze gdyby nie PRL-owska próba uczynienia zeń centrum wydobycia rud żelaza. Zawartość metalu w rudach była zbyt niska, by opłacało się to na dłuższą metę, ale okres górniczy dodał do panoramy miasta kilkanaście bloków mieszkalnych oraz prawdziwą wieżę szybową dającą złudzenie wizyty na Górnym Śląsku.

Witacz na granicy miasta
Zachodni mur wraz z wieżą
Zamkowa prochownia
Wjazd do zamku
Zamkowy Dom Nowy
Widok z wieży w kierunku rynku

Kompaktowe Stare Miasto ma dwa kościoły: św. Andrzeja i Niepokalanego Poczęcia NMP ojców Bernardynów. Ten pierwszy za dzwonnicę używa jedyną zachowaną basztę murów miejskich. Przylegająca część murów miejskich została obudowana kamienicami, których owalny bieg wyznacza granice kościelnego dziedzińca. Jest to, moim zdaniem, najbardziej urokliwa, choć kompletnie niewykorzystana przestrzeń miejska w Łęczycy. Drugi z kościołów ma piękny renesansowy szczyt oraz bogate rokokowa-barokowe wyposażenie wnętrza. Trzecią historyczną świątynią w mieście był jeszcze kościół Dominikanów. Klasztor zakonu zamieniony przez Prusaków w więzienie, które za PRL-u był uważane za to, o najsroższych rygorach. Służby penitencjarne używały je do 2006 roku i do dzisiaj stoi opuszczone. Sprzedaż utrudnia fakt wpisania budynków do rejestru zabytków. Jest to jeden z nielicznych przykładów opuszczonych i zaniedbanych obiektów w centrum miasta. Spacer jego zadbanymi uliczkami dostarcza doprawdy korzystnych wrażeń.

Kościół św. Andrzeja
Kościół bernardynów
Uliczka Starego Miasta
Ucztę celebrowaliśmy
Baszta – dzwonnica
Ratusz
Na takim dziedzińczyku
Dawny klasztor dominikanów, obecnie opuszczone więzienie

W diagnozie społecznej Łęczycy przeprowadzonej w roku 2017 uczestnicy jako jeden ze znaczniejszych problemów miasta wskazali małą liczbę lokali gastronomicznych. Albo mieli nadmierne oczekiwania albo od tego czasu zmieniło się coś na lepsze, co celnie zauważyła nasza córka Krysia. My oczywiście mierzyliśmy w kawiarnię/ciastkarnię i trzeba przyznać, że mieliśmy w czym wybierać. W okolicy rynku oprócz dwóch kawiarni, w tym jednej działającej pod tym samym szyldem co opisana wcześniej kutnowska, minęliśmy też lodziarnię (a jakże rzemieślniczą!) oraz naleśnikarnię. Zdecydowaliśmy się na lokal, którego kolorystyka zarówno zewnętrzna jak wewnętrzna odpowiadała nazwie. Na zapleczu, w zacisznym podwóreczku też rozstawiono stoliki. Oczekując na zamówione przysmaki wystawialiśmy twarze na promienie wrześniowego słońca. Jako, że rozpoczęły się zajęcia w szkołach, publika była raczej gimnazjalna, a ja w tym towarzystwie robiłem za jedynego faceta, który ukończył już pełen cykl formalnej edukacji.

Z położonego na wschodnich krańcach miasta, lecz ledwo rzut beretem od zamku, zabytkowego Parku Piłsudskiego dwukilometrowy spacer doprowadzi nas do Tumu. Poprzecinane ramionami Bzury i jej dopływów torfowisko wiosną zapewnia bez wątpienia ciekawe obserwacje ornitologiczne. Od momentu wyjścia z parku drogę wskazują wieże kolegiaty tumskiej. Z czasem coraz lepiej widać też zrekonstruowane drewniane wieżyce grodu w pierwotnej lokalizacji Łęczycy. Kolegiata, jeden z największych kościołów romańskich w Polsce przytłacza wielkością okoliczne zabudowania, w tym XVIII wieczny drewniany kościółek św. Mikołaja ulokowany w pobliżu na czas przebudowy świątyni do stylu klasycystycznego. Jak to z pierwszymi kościołami bywało służył on także celom obronnym co widać w masywnej architekturze. Zarówno wielkość jak i bezpieczeństwo jakie zapewniał predestynowały go do roli budowli publicznej. Dlatego też gościł w swoich murach aż do połowy XVI wieku ponad 20 synodów prowincjonalnych, podczas których decydowano o sprawach ważnych dla Kościoła i Państwa. Czysto romańskie formy świątyni to rezultat powojennej rekonstrukcji. Jak to z wiekowymi obiektami bywa kolegiata przybierała już gotyckie i klasycystyczne szaty. W połowie XVI wieku od północy dobudowano doń renesansową kruchtę by uchronić przed niszczącym wpływem polskiego klimatu piękny romański portal. We wrześniu 1939 polscy artylerzyści oraz niemieccy lotnicy ćwiczyli na niej celność swego śmiercionośnego sprzętu (dla jasności: nie w tym samym czasie). W efekcie wojnę przetrwały mury obwodowe oraz tylko jedna z wież. A że do projektowania odbudowy zatrudniono wybitnego architekta Jana Koszczyc Witkiewicza to w środku polskiego obwarzanka odtworzono prawdziwe romańskie cudo.

Kolegiata tumska góruje nad łęczyckim grodem
Jeden z największych kościołów romańskich w Polsce
Przegląd charakterystycznych cech stylu romańskiego
Skrywa romański portal
Renesansowa kruchta
Widok z dziedzińca kolegiaty na kościółek św. Mikołaja

Oprócz sakralnego mikrusa w pobliżu jest jeszcze dawny dom parafialny, w formie ceglanego, nieotynkowanego dworku mieszczący dzisiaj muzeum parafialne. Z powodu zaorania ścieżki, która planowaliśmy wracać do Łęczycy trafiliśmy na drewniany podest wiodący przez najbardziej podmokłą część doliny. Gdyby nie bliskość kolegiaty możnaby się poczuć jak nad Biebrzą czy na Polesiu. Wkrótce jednak ścieżka doprowadza do mini skansenu z wiatrakiem, zabudową mieszkalną i gospodarczą oraz piwniczką z 1846 roku. Na ścianie jednego z budynków znajduje się uroczy mural (czy może drewnal?) przedstawiający grupę wycieczkowiczów sprzed 90 lat na tle kolegiaty. O ile wokół kolegiaty spotkaliśmy paru turystów, o tyle w skansenie tylko znudzoną obsługę. Może w trakcie roku szkolnego więcej ruchu wnoszą tu wycieczki uczniowskie? Miejscowość Tum znajduje się na południe od ruchliwej drogi wojewódzkiej z Łęczycy do Łowicza. Okazało się, że drogowcy nawet na odcinkach prowadzących przez wsie i przedmieścia Łęczycy nie zbudowali wzdłuż niej chodników. Nasz powrót do miasta odbywał się w strachu Bożym przed pędzącymi mimo nas TIR-ami.

Porównanie wielkości kościółka św. Mikołaja i kolegiaty
Dom kryty strzechą
Podest nad torfowiskiem prowadzi ku skansenowi
Piwniczka z połowy XIX wieku
Turyści sprzed 90 lat

Tum odwiedziłem po raz trzeci. Za pierwszym razem, w końcu ubiegłego wieku, przy kolegiacie trwały jakieś prace remontowe i wejście było niemożliwe. Po 20 latach zawitałem tam z grupą ukraińską między oficjalnym spotkaniami w Górze św. Małgorzaty i w Łęczycy. Była połowa listopada, przyjechaliśmy niezapowiedziani. Remonty dawno się zakończyły i bryła świątyni lśniła pełnym majestatem. Wejście poza kruchtę nie było jednak możliwe i pozostało sycić oko ograniczonym widokiem wnętrza spoza krat. Tym razem solidnie przygotowałem się do wyjazdu. Na stronie internetowej kolegiaty sprawdziłem godziny otwarcia. Jechaliśmy więc na pewniaka. Tymczasem na drzwiach wejściowych powitała nas kartka, że w dniach 1-3 września kościół jest zamknięty dla zwiedzających. „Przepraszamy”! Obawiam się jednak, że trudności w zwiedzaniu kolegiaty nie są przypadkowe. Drewniany kościółek św. Mikołaja ma tego samego gospodarza. Nic więc dziwnego, że pozostaje zamknięty. Obydwa opisane kościoły łęczyckie były zamknięte, a wspominane we wszystkich przewodnikach rokokowe organy kościoła bernardynów turysta łatwiej niż na własne oczy zobaczy przeszukując zbiór zdjęć w Internecie. Tum mimo bliskości Łęczycy znajduje się w gminie Góra św. Małgorzaty. Tu, moim zdaniem, znajduje się największa przyrodnicza atrakcja okolicy – wzgórze pochodzenia polodowcowego o wysokości 136 m npm., wyrastające o blisko 30 metrów ponad dno doliny Kanału Tumskiego. Strome stoki wzgórza wieńczy kościółek o historii równie długiej co świątyni tumskiej, jeno iż nie uległ zniszczeniom wojennym więc pozostaje w stylu klasycystycznym. Wnętrze ma pewno najmniej do zaoferowania zwiedzającym, ale i tak się o tym nie przekonają, bo pocałują klamkę.

Jegomość Boruta
I ślady jego niszczycielskich prób

Nie spekuluję czy proboszczowie sami zdecydowali w ten sposób chronić cenne wyposażenie wnętrz czy też jest to oficjalna polityka diecezji łowickiej. A może maczał w tym palce diabeł Boruta, rezydent podziemi łęczyckiego zamku który, jak chce legenda, już raz próbował zapobiec budowie kolegiaty w Tumie. Po nieudanej próbie pozostały ślady jego pazurów w przyziemiu północnej wieży. A że nicpoń pojawiał się, a to jako szlachcic w kontuszu, a to jako wielkie ptaszysko czy sowa, to znowu czarny koń albo ryba z rogami czy też wilk więc cóż dziwnego jeśli przybierze postać niewinnie wyglądającego turysty i spróbuje dokończyć dzieła zniszczenia. Taka perspektywa może przerazić najodważniejszego! Jedyny ratunek w kratach i kłódkach. A więc „Zgiń, przepadnij siło nieczysta”! Po spełnieniu tego zaklęcia zwiedzanie kościelnych wnętrz w okolicy Łęczycy znowu stanie się możliwe.