Kategorie
Polska

Trzy stolice czyli przedwiośnie na Kociewiu

Gdy stary kościół groził już zawaleniem wierni uzmysłowili sobie potrzebę postawienia nowej świątyni. Obawiali się jednak, że władze nie zgodzą się na jej budowę. Nie pytając więc o ich zgodę poczyniono tajemne przygotowania. Zgromadzono odpowiednią ilość drewna, cegieł i dachówek. Wraz z zapadnięciem zmroku wszystkie materiały zwieziono na miejsce budowy. Wrześniowa noc była na tyle długa, że gdy się rozjaśniło zrąb kościoła był już gotowy, a w ciągu dnia, który nastał, zdążono wykonać wszystkie prace wykończeniowe. Władze się trochę burzyły, potrzebne były dłuższe negocjacje. Ktoś może został dla porządku ukarany, przychylność innego może kupiono, ale faktem jest, że świątynia została i służyła wiernym nieprzerwanie przez kolejnych 140 lat.

Blisko połowa okresu urzędowania w charakterze biskupa przemyskiego przypadła Ignacemu Tokarczukowi na lata późnego Gomułki i wczesnego Gierka. PRL-owskie władze, przed wyborem kardynała Wojtyły na papieża w 1978 roku, nie patrzyły przychylnym okiem na kościół katolicki. Jawnie go nie zwalczały, ale gdzie mogły szkodzić, tam szkodziły, np. poprzez odmowę zgody na budowę obiektów sakralnych. Wobec tego biskup Tokarczuk zezwolił proboszczom i ich parafianom na rozpoczynanie budów bez ubiegania się o niezbędne zezwolenia. W ówczesnej diecezji przemyskiej powstało w ten sposób 430 świątyń. Chyba najsłynniejsza z nich, w Nowosiółkach, w gminie Baligród, została wzniesiona dosłownie w jedną sierpniową noc, pod osłoną pasa dorodnej kukurydzy. Władze się trochę burzyły, potrzebne były dłuższe negocjacje. Ktoś został dla porządku ukarany, przychylność innego kupiono, ale faktem jest, że świątynia została i służy wiernym nieprzerwanie do dnia dzisiejszego.

W moim rodzinnym Białymstoku obecny kościół katedralny został wzniesiony na początku XX wieku, wprawdzie nie w jedną noc, ale za to jedynie na podstawie zezwolenia na rozbudowę istniejącej, a zbyt małej, zabytkowej świątyni z początku XVII wieku. Fakt ten próbuje się przedstawiać jako przykład swoistej gnuśności umysłowej władz zaborczych, które dały się nabrać na taki fortel. Władze rosyjskie tymczasem tolerowały imponujące parametry powstającej świątyni będąc częstokroć korumpowane przez komitet budowy.

Wszystkie te przykłady zwykło się pokazywać, nie tylko jako potwierdzenie głębokiej wiary, ale też niejako przypisanej Polakom pomysłowości, zdolności do improwizacji i działania poza oficjalnymi ramami. Tymczasem historia opisana na początku tekstu dotyczyła kościoła luterańskiego w miejscowości Skarszewy na Pomorzu i zdarzyła się w roku 1741. Skarszewy zwano wówczas Schöneck, czyli Piękny Zakątek, luteranami byli miejscowi Niemcy, a władza należała do katolickich Polaków. W ówczesnych realiach to ludność niemiecka wykazała się iście kawaleryjską fantazją, a polskie władze chyba jednak gnuśnością umysłową, bądź podatnością na korupcję.

Kościółek skarszewski rozebrano w roku 1881 w związku z budową nowej, większej świątyni. Obecnie należy ona do parafii rzymskokatolickiej. Nie był to jednak koniec burzliwej historii tego miejsca. W roku 2013 z inicjatywy proboszcza kościółek odbudowano, i to znowu w 24 godziny. A właściwie nawet o kilkanaście minut krócej, dzięki czemu inicjatywa ta została zarejestrowana w Księdze Rekordów Guinessa. Świat się dowiedział o Skarszewach – wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę hasło „kościół 24h”, aby się przekonać. Na miejscu jednak ta sława nie jest specjalnie dyskontowana, gdyż ewidentnie twórcom zabrakło dla tego obiektu odpowiedniego programu funkcjonalnego. Podobno organizowane są w nim festyny kierowane do lokalnej społeczności i przyjezdnych. We wnętrzach prezentowana ma być wystawa dotycząca historii kościółka i jego dwukrotnej budowy. Cóż, kiedy drzwi zamknięte są na głucho, a informacji o warunkach zwiedzania nigdzie nie można znaleźć.

Kościół 24h w Skarszewach

Wyjazd, w trakcie którego zahaczylismy o Skarszewy, był nieco improwizowany. Pierwotnie mielismy jechać gdzie indziej, ale właściciel miejsc noclegowych nie dokończył na czas remontu i w efekcie trafiliśmy na pogranicze kaszubsko-kociewskie. Stare Polaszki, w których się zatrzymaliśmy, leżą bowiem w powiecie kościerskim, ale tablicy z nazwą miejscowości nie mają, jak w większości powiatu, dwujęzycznej. Czyli było to „końcewie”, jak nazywali Kaszubi tereny gdzieś hen, na końcu Kaszubszczyny. Wywodzenie bowiem, jak chcą niektórzy, nazwy Kociewa od Gotów ma znacznie bardziej karkołomne podstawy. Żeby nie męczyć się nad mapami, podpowiadam że, z grubsza rzecz biorąc, to teren powiatów tczewskiego i starogardzkiego w województwie pomorskim i świeckiego w kujawsko-pomorskim.

Wybrany przez nas pensjonat stał poza zwartą zabudową, na tzw. „wybudowaniu”, czyli obszarze formalnie, acz nie funkcjonalnie, związanym ze wsią. Chociaż w pobliżu nie było żadnych lasów, ani łąk, rozległość działki, na której był usytuowany, pozwalała na satysfakcjonujący spacer z psem. Przez większość dnia za oknem słychać było pokrzykiwania żurawi, kępa topól wśród pól służyła za miejsce odpoczynku i czatownię stadka kruków, a o tym, że to już przedwiośnie zaświadczały trele skowronków i trznadli. Położenie tuż przy szosie do Kościerzyny nie umniejszało atrakcyjności tego miejsca. Teren, gdzie obecnie stoi pensjonat, przed I Wojną Światową był przeznaczony na stację kolejową na projektowanej linii Liniewo – Bąk. Stacja nigdy nie powstała, ale prace ziemne na linii rozpoczęto, przez co polna droga do miejscowości Orle biegnie prosto jak strzelił, po dawnym kolejowym szlaku.

Stare Polaszki wśród podobnych kociewskich wiosek wyróżniają się zachowanym XVIII wiecznym dworem, mieszczącym obecnie jedno ze skrzydeł szkoły podstawowej oraz kościółkiem będącym przykładem ceglanego baroku. Niezbyt to widać z zewnątrz, ale wyposażenie jego wnętrza nie pozostawia już żadnych wątpliwości. Sąsiednia wieś, Garczyn ma kościółek z tego samego okresu, ale za to znacznie dłuższą historię, sięgającą końca XII wieku. Znajdowała się tu siedziba kasztelanii, której centrum stanowił gród ulokowany na rozległym a stromym wzgórzu, rozciągającym się między kościołem a jeziorem. Dopiero Krzyżacy, po opanowaniu tych ziem, przenieśli centrum administracyjne z dotychczasowego miejsca do zamku w Starej Kiszewie. Jako, że odwiedziliśmy Garczyn w Zapusty, Harry wyciągnął z krzaków całkiem apetycznego pączka. Pechowo dla niego, został przyuważony i pozbawiony cennej zdobyczy.

Dwór przekształcony w szkołę w Starych Polaszkach
Obraz w jednym z ołtarzy bocznych kościoła
Kościół w Górczynie
Kościół w Starych Polaszkach
Widok wnętrza kościoła w Starych Polaszkach
Widok na chór kościoła w Górczynie
Grodzisko w Górczynie

Kaszubski Park Etnograficzny we Wdzydzach Kiszewskich jest najstarszym skansenem w Polsce. W 1906 roku tradycyjną chałupę nabyli tu Izydor i Teodora Gulgowscy. On –  nauczyciel, ona – malarka. Było to wówczas miejsce, gdzie diabeł mówił dobranoc, a mieszkańcy klepali biedę. Działalność Gulgowskich polegała nie tylko na zbieraniu zabytków kultury ludowej, ale też na promowaniu rozwoju rękodzieła, aby dać mieszkańcom alternatywne źródło dochodu. Dzięki Teodorze odrodziła sie tradycja haftu kaszubskiego, a jej produkty uległy skomercjalizowaniu. Ta dzielna kobieta przeżyła męża o ponad ćwierć wieku i już jako wdowa musiała odbudowywać skansen (równocześnie będący jej miejscem zamieszkania) po zniszeniach spowodowanych pożarem. Skansen, wbrew swej nazwie, przybliża kulturę ludową, tak Kaszub, jak i Kociewia. Kilkadziesiąt obiektów, takich jak domy mieszkalne różnych grup społecznych, wiatraki, karczmy, budynek szkolny czy kościoły, rozstawiono na 22 hektarowym obszarze. W marcowe przedpołudnie zwiedzaliśmy go właściwie sami, nie licząc wiernych udających się na mszę w używanym do celów kultowych kościółku ze Swornychgaci. Muzeum jest zwierzolubne, więc Harry przedreptał je wraz z nami, ale bez nadmiernej ekscytacji, gdyż w Środę Popielcową ludzie nie wyrzucaja pączków w krzaki.

Wdzydze rozłożyły się na brzegach Kaszubskiego Morza, czyli jeziora o nazwie tej samej, co wieś. Właściwie jest to kompleks jezior o kształcie zbliżonym do krzyża, a Wdzydze leżą nad brzegami wschodniego i północnego ramienia kompleksu jeziornego. Urozmaicenie linii brzegowej oraz mnogość wysp na jeziorze można docenić z wieży widokowej. Niestety, wznosi się ona na terenie stanicy wodnej PTTK otwartej tylko w sezonie wodniackim. Kilka budynków, w tym stara szkoła, pamięta jeszcze czasy Gulgowskich. Sympatycznym gestem ze strony muzeum jest ujęcie w opisie obiektów drewnianej karczmy widocznej wprawdzie od strony skansenu, ale położonej już poza jego granicami i posiadającej prywatnego właściciela. Ostatnimi laty Wdzydze burzliwie się rozwijają, przyjmując coraz liczniejsze rzesze gości. Jak to w Polsce bywa, rozwój ten przybrał formy żywiołowe, co skutkuje urbanistycznym bałaganem. Każdy właściciel gruntu nad jeziorem stara się mieć własny pomost oraz odgrodzić jakoś od sąsiadów. Panuje atmosfera nieznośnego przeładowania detalem, a odpoczynek oczom daje jedynie widok w stronę jeziora. Nasycenie infrastrukturą turystyczną ma jednak ten plus, że nawet poza sezonem można liczyć na możliwość wypicia porządnej kawy w przyjemnym miejscu. A gdy w dodatku zaserwują ci do niej ruchanki wdzydzkie (zwykłe drożdżowe placuszki, ale apetycznie podane), to można łaskawszym okiem spojrzeć na życie.

Skansen we Wdzydzach – wiatrak
Skansen we Wdzydzach – dwór
Skansen we Wdzydzach – kościół ewangelicki z Bożego Pola
Kapliczka przy głównej ulicy Wdzydzów
W okolicach Wdzydzów Harry wypoczywał aktywnie
Skansen we Wdzydzach – kapliczka
Skansen we Wdzydzach – fragment bramy do kościoła ze Swornychgaci
Skansen we Wdzydzach – dom rzemieślnika
Wdzydze – dawna karczma
Widok na jezioro Radolne
Budynek szkoły, w której nauczali Gulgowscy
Wieża widokowa na terenie stanicy wodnej

Kościerzyna to nie tylko siedziba powiatu, ale też jedno z czterech miast pretendujących do miana stolicy Kaszub. Choć historia miasta sięga korzeniami XIV stulecia, nie obfituje ono w wiekowe zabytki. Z urbanistycznego punktu widzenia każde miasto zaboru pruskiego przedstawia się jednak w bardzo miejski sposób, stwarzając wręcz wrażenie, że jest większe i znaczniejsze, niż wynika to z zestawień statystycznych. Gmachy publiczne zostały zaprojektowane i postawione z myślą o pełnieniu właśnie tych funkcji, a ich wygląd i położenie narzucają pewien porządek okolicznej zabudowie. Na północny-wschód od Starego Miasta, na Wzgórzu księżniczki Gertrudy, ulokowane są zarówno miejskie, jak i powiatowe gmachy urzędowe, a do tego kino wraz salą widowiskową. Na sąsiednim wzgórzu wznoszą się z kolei budynki sądu i poczty. Z rynku obudowanego mieszczańskimi kamienicami widać dwa staromiejskie kościoły: poewangelicki w stylu neogotyku, na którego stromym dachu ciemniejszej barwy dachówki ułożone są na kształt dwóch krzyży oraz kościół św. Trójcy. Ten ostatni wyróżnia się stylem ceglanego neobaroku oraz kształtem: zbudowano go mianowicie na planie krzyża równoramiennego i zwieńczono centralną wieżą. We wnętrzu najcenniejszy jest prawie czterystuletni obraz Matki Boskiej Kościerskiej, której wizerunku musimy się jeno domyślać, gdyż jest głęboko ukryty pod srebrną szatą i koroną. Cześć oddawana obrazowi spowodowała nadanie kościołowi tytułu sanktuarium, zresztą już drugiego w mieście, gdyż w kaplicy sióstr Niepokalanek czcią otoczona jest XV wieczna, kamienna Pieta. Przyjechała ona do miasta z Chełmna wraz z przełożoną nowo otwartego zakonnego zakładu szkolno-wychowawczego dla dziewcząt, w 1863 roku. Pokorna siostra obawiając się, czy podoła zadaniu, szukała wsparcia w modlitwach przed tą figurą.

Kaplica przy zakładzie szkolno- wychowawczym w Kościerzynie
Kościerski rynek z herbem miasta
Gmach starostwa na wzgórzu księżniczki Gertrudy
Pieta w kaplicy
Kościół św. Trójcy w Kościerzynie
Kościół poewangelicki w Kościerzynie
Sąd w Kościerzynie sąsiaduje z pocztą

Pomnik marszałka Piłsudskiego przy placu jego imienia w Warszawie, ze względu na otoczenie, złośliwie przezwano Dziadkiem parkingowym. Jak wobec tego trzebaby nazwać pokaźny, wysoki na 8 metrów, monument urodzonego w pobliskim Będominie autora słów polskiego hymnu – Józefa Wybickiego? Nie wiem, co miał za tło w momencie odsłonięcia w 1975 roku, ale obecnie jest to otaczające pomnik, niczym podkowa, centrum handlowe. Jeszcze Polska nie zginęła póki handlujemy?

Po słonecznym dniu zapadał zmrok i temperatura szybko spadała. Ostatnie promienie słońca lizały czerwone, spadziste dachy i wysmukłe wieże kościołów. Z czerwienią nieba po zachodniej stronie horyzontu tym bardziej kontrastowały słupy czarnego dymu bijące prosto w niebo. Niestety, duża część starych budynków w centrum Kościerzyny nadal opalana jest węglem, przez co miasto, zwłaszcza w takich warunkach atmosferycznych, nurza się w smogu. Władze są chyba tego świadome, bo na stronie www informują o aktualnej jakości powietrza, ale od informowania do zaradzenia problemowi jeszcze daleka droga.

Autor hymnu narodowego w otoczeniu komercji; fot. Lucyna Szomburg
Źródła smogu w Kościerzynie

Ze względu na wysoki stopień uprzemysłowienia, Starogard Gdański był ponoć w miedzywojniu zwany „Łodzią Północy”. Jak można było stworzyć takie porównanie dla miasta, w którym nie rozwinął się przemysł włókienniczy, trudno dociec. W grodzie nad Wierzycą znajduje się jednak budynek mogący śmiało konkurować z pałacami łódzkich fabrykantów. Franz Wiechert był młynarzem, a biznes szedł mu tak dobrze, że obok rozbudowanych znacznie zakładów postawił w roku 1882 kompleks administracyjno-mieszkalny. O ile cały zespół, bez ekstrawagancji, zbudowano z czerwonej cegły, o tyle sama willa przemysłowca jest neorenesansowym budynkiem, zdobnym w kolumny, pilastry, płyciny, gzymsy, fryzy, a nawet figury odcinające się swym brązem od kremowych tynków ścian. Niestety, obiekt przechodzi z rąk do rąk i ciągle nie ma stałego użytkownika. Oby nie skończył, jak sąsiednie młyny, które przed kilku laty strawił pożar i od tego czasu straszą wypalonymi ścianami. Jeszcze jeden przemysłowiec stargardzki odcisnął piętno na wyglądzie miasta. Ari Goldfarb był istnym potentatem w branży tytoniowej, posiadającym kilka fabryk rozsianych od Bydgoszczy po Gdańsk. Całością zarządzał jednak ze Starogardu, gdzie był zresztą znany jako filantrop i wieloletni zastępca burmistrza. Wczesnomodernistyczny budynek fabryki z żelbetową kratownicą konstrukcji wypełnioną cegłą licówką obecnie mieści starostwo.

Pałac Wiecherta w Starogardzie Gdańskim
W dawnej fabryce Ari Goldfarba mieści się starostwo

Starogard jest uważany za stolicę Kociewia i choć ustępuje Tczewowi liczbą mieszkańców, jego stołeczność nie jest, w przeciwieństwie do Kościerzyny, kwestionowana. Na starym mieście znajdziemy dwa kościoły, w tym jeden poewangelicki, oraz kilka baszt wieńczących miejskie mury. Rzadkością wśród pomorskich miast są natomiast zachowana synagoga czy wolnostojący, neorenesansowy ratusz używany obecnie jako muzeum i urząd stanu cywilnego. Korzystając z reperacji wojennych uzyskanych od Francuzów w państwie niemieckim w ostatnim ćwierćwieczu XIX w. budowano masowo gmachy miejskie, ale lokowano je albo w pierzei zabudowy rynkowej albo poza średniowiecznymi centrami miast. Tylko z perspektywy głównej alei parku miejskiego gotycki kościół św. Mateusza zdaje się posiadać  wieżę. W istocie, wrażenie takie sprawia, wyłaniająca się spoza kościelnych dachów, wieża położonego 200 m dalej kościoła św. Katarzyny. Kościół św. Mateusza szczyci się polichromią ukazującą na 42 metrach kwadratowych Sąd Ostateczny. Ta prawdziwa biblia ubogich bezsprzecznie poraża siłą przekazu. Luteranie, którzy przez blisko 25 lat władali świątynią, nie chcieli być w ten sposób edukowani i zamalowali dzieło, którego ponownego odkrycia dokonano dopiero po 400 latach.

Kościół św. Mateusza w Starogardzie
Wnętrze kościoła z polichromią przedstawiającą sąd ostateczny
Wolnostojący ratusz na rynku
Dawna synagoga
Widok na kościół i mury miejskie od strony parku
Baszta Gdańska, zwana też Szewską
Kasyno oficerskie pułku słynnych szwoleżerów rokitniańskich
W Starogardzie pamięta się znanych synów miasta

Skarszewy, oprócz błyskawiczej budowy kosciołów, moga pochwalić się też swoistą stołecznością. Były one główną siedzibą joannitów na Pomorzu, a od początku XVII wieku także siedzibą wojewodów pomorskich, co wiązało się z odbywaniem sądów oraz sejmików wojewódzkich. Stare miasto położone jest na wzgórzu w zakolu rzeki Wietcisy, przez co rynek miasta jest spadzisty, niczym gdzieś na Podkarpaciu. Tylko otaczające go kamienice są znacznie solidniejsze, niż te galicyjskie. Przy tym każda różni się od sąsiadki formą i kolorem. W najwyższym punkcie miasta znajdował się zamek, po którym pozostał jeden tylko budynek posadowiony na oryginalnych zamkowych piwnicach. Gotyckiego kościoła pod wezwaniem Michała Archanioła, z powodu pogrzebu, nie udało nam się zwiedzić. Za to widok z jego dziedzińca na zakole płynącej poniżej rzeki, z kompleksem młyńskim na drugim brzegu, jest doprawdy imponujący. W marcowe przedpołudnie miasteczko sprawiało wrażenie uśpionego, ale jak na miejscowość z taką przeszłością przystało, rozmowy o historii i zabytkach mają w nim wysoką temperaturę emocjonalną. Wystarczy przejrzeć internet, gdzie dyskusje o walorach estetycznych fontanny na rynku, albo datowaniu poszczególnych etapów rozwoju miasta, zajmują wiele miejsca.

Kościół poewangelicki
Kościół św. Michała Archanioła
Wschodnia pierzeja skarszewskiego rynku
Fontanna na rynku w Skarszewach
Pozostałości zamku joannitów
Widok na dolinę Wietcisy i zespół młynów
Kaplica na cmentarzu z figurą św. Jerzego

W podskaryszewskim Bolesławowie znajduje się doskonale zachowany majątek ziemiański składający się z modernistyczno-klasycyzującego pałacu oraz zabudowań folwarcznych. Należał do rodziny von Modrowów, na których cześć miejscowość przemianowano na Modrowshorst. Modrowowie byli nowoczesnymi przedsiębiorcami rolnymi, wdrażającymi nowe odmiany ziemniaków i zboża, zajmującymi się ich przetwórstwem, jak też dbającymi o warunki pracy i życia licznych, w większości polskich, pracowników. Zajmowali się też hodowlą koni, a jednemu z nich, siwkowi o imieniu Bobby, który przesłużył ze swym właścicielem całą I Wojnę Światową, kapitan Georg von Modrow ufundował po śmierci kamień pamiątkowy. Po prawdzie, jako osobie z akcentem jeździeckim w życiorysie, przyświecał mi cel odnalezienia tego pomnika, ale okazało się, że jest on położony z dala od folwarku, w miejscu nie oznaczonym na żadnej z dostępnych map. Mimo wszystko warto było przyjechać, nie tylko ze względu na walory architektoniczne pałacu, ale i doskonale zachowane obiekty folwarczne. Całością sprawnie zarządza Zespół Szkół Rolniczych. Podobno, jeśli grzecznie poprosić, wpuszczają gości do pałacu, gdzie pomimo 70 lat używania w celach oświatowych, zachowało się sporo z oryginalnego wyposażenia z początku XX wieku.

Modrowowie zapisali czarną kartę w dziejach II Wojny Światowej, aktywnie uczestnicząc w represjach wobec polskiej ludności Pomorza. Nie ma jednak dowodów, by ostatni właściciel Modrowhorst, Walther von Modrow miał, poza przynależniścią do rasy panów, coś na sumieniu. Mimo to, przed nadejściem Armii Czerwonej w 1945 roku popełnił samobójstwo rozszerzone, zabierając ze sobą na tamten świat nie tylko żonę, ale i 9 letniego syna oraz ulubionego psa. Aż do lat 60-tych XX wieku ich grób znajdował się w przypałacowym parku. Przez krótki okres po wojnie miejscowość nazywała się Modrowem, ale nazwa ta uwierała w miarę, jak wychodziły na jaw niecne uczynki członków tej rodziny. Zgodnie z duchem czasu nadano jej więc nazwę pochodzącą od imienia ówczesnego prezydenta Polski i pierwszego skretarza PZPR Bolesława Bieruta. W ten sposób uczczono osobę, wprawdzie swojską, jednak prowadząca równie przerażającą działalność, co niektórzy z Modrowów.

Pałac von Modrowów w Bolesławowie – fasada parkowa
Zabudowania gospodarcze posiadłości von Modrowów
Pałac von Modrowów w Bolesławowie – od strony folwarku
Stajnie podworskie w Bolesławowie
I ich mieszkańcy

Pozostając w podobnej tematyce – w odwiedzanych kościołach znaleźć można tablice pamiątkowe, dokumentujące odmienność historii Pomorza. W garczyńskim w kościele, na czarnej marmurowej płycie, upamiętniono Jana Ostoję Lniskiego. Był on dzielnym wojakiem i uczestnikiem wielu bitew z czasów napoleońskich. Tyle, że wojował pod sztandarami króla Prus, a przeciw Napoleonowi i jego polskim sojusznikom. W kruchcie imponującego, barokowego kościoła w Pogódkach znajduje się tablica wyliczająca ofiary II Wojny Światowej z terenu parafii. Ukazuje ona też miejsca ich śmierci. Wśród ofiar Oświęcimia, Dachau i lasu szpęgawskiego (lokalne miejsce egzekucji pod Starogardem) ukazano też osoby poległe na froncie wschodnim i zachodnim, a nawet pod Stalingradem. Czyli miejscowa ludność ginęła w wyniku działania obu stron konfliktu. Na terenach przyłączonych do Rzeszy rekrutacja do Wermachtu miała bowiem masowy charakter i dotyczyła nie tylko dziadka premiera Tuska.

Tablica pamiątkowa w kościele w Garczynie
Kościół w Pogódkach

1 odpowiedź na “Trzy stolice czyli przedwiośnie na Kociewiu”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *