Kategorie
Polska

Spacerkiem po Wrzeszczu czyli noblista zza rogu

W książce adresowej Sopotu z lat 1936/37 figuruje, pod adresem Adolf Hitlerstr. 807, Kaufman (kupiec) Leo Filcek. Dom na współczesnej Al. Niepodległości nadal istnieje i na parterze mieści dwa pomieszczenia sklepowe: większe dwuokienne na lewo od wejścia i mniejsze, jednookienne na prawo. Oczywiście, kupiec Filcek nie musiał prowadzić lokalu sklepowego właśnie tutaj. Mógł tu tylko mieszkać, czy prowadzić biuro. Ja jednak lubię wyobrażać sobie jego i pracowników upozowanych przed jednym z tych lokali w sposób popularny przed pierwszą Wojną Światową. Z przodu właściciel wraz z rodziną: małżonką i mniej lub bardziej liczną dziatwą, bywa, że  ukrytą w wózku. Odświętnie ubrani, świadomi swej pozycji, śmiało patrzą w obiektyw. Po bokach lub w drugim rzędzie pracownicy, w schludnych strojach roboczych, poważni i przejęci ważnością chwili. Na skrajach zdjęcia pojawiają się okoliczne dzieci, które zbiegły się na wieść, że fotograf rozstawił przed sklepem swój sprzęt. To element niezainscenizowany, towarzystwo odziane raczej niedbale, bywa, że na bosaka, czasem stroi miny i przybiera dziwne pozy. Sporadycznie, w kadrze pojawi się zaciekawione zbiegowiskiem psisko. Wraz z rosnąca popularnością fotografii i dostępnością sprzętu moda na takie ujęcia przeminęła. Zresztą, im bardziej zwiększał się ruch samochodów, tym trudniej było wykonać dobre zdjęcie uliczne.

Kupiec Donnerstag przed swoim sklepem na obecnej ulicy Jesionowej we Wrzeszczu

Mimo, że nosimy to samo nazwisko, Leo Filcek nie jest ze mną spokrewniony. W każdym razie nie na tyle blisko, bym był tego świadomy. Jednak w sytuacji, gdy ze 165 osób noszących to nazwisko w Polsce, Pomorze zamieszkuje ponad połowa z nich, wszyscy jesteśmy pewnie jakoś powiązani. Nic więc dziwnego, że w liczniejszej kolonii gdańskich Filcków w okresie międzywojnia znajduję dwóch krewnych: stryjecznego pradziadka Bolesława i stryjecznego dziadka Alfonsa (zwanego w niektórych rocznikach książek adresowych Alfredem). Domy, w których mieszkali, zachowały się do naszych czasów, ba, pod jednym z adresów ciągle mieszkają przedstawiciele rodziny. We wspomnieniach i fotografiach rodzinnych przechowały się obrazy spotkań familijnych, plażowania nad Bałtykiem i spacerów uliczkami hanzeatyckiego miasta. Rodzina Podziomka, choć zakorzeniona w Galicji, w latach międzywojennych przeprowadziła desant na ówczesne polskie Pomorze, co skutkuje podobnymi wspomnieniami. Co najważniejsze, Podziomek urodziła się w Gdyni. Wszystko to sprawia, że w Trójmieście czujemy się jak w domu i chętnie tam powracamy. Podczas ostatniej wizyty poświęciliśmy nieco czasu na spacer po Wrzeszczu.

„Było sobie miasto, które (…) miało przedmieście o nazwie Wrzeszcz. Wrzeszcz był tak duży i tak mały, że wszystko, co na tym świecie wydarza się lub mogłoby się wydarzyć, wydarzyło się lub też mogło byłoby się wydarzyć we Wrzeszczu” (G. Grass, Psie lata). Według autora, dzielnica liczyła sobie wówczas 74 tysiące mieszkańców, ale i obecnie podawana liczba 51 tysięcy uzasadnia jej dużomałość. Jej zabudowa wdziera się śmiało na stoki pokrytych bukowym lasem wzgórz. Jak przystało na porządną miejscowość, Wrzeszcz ma własną rzekę, a właściwie strumień o nazwie Strzyża. Jedna z teorii tłumaczących źródła niemieckiej nazwy Langfuhr wywodzi je od konieczności pokonywania w bród tego i innych potoków na drodze z Gdańska do Oliwy. Podczas pierwszego samodzielnego pobytu we Wrzeszczu, gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku, nocowałem w zajeździe Srebrny Młyn. Pokój na poddaszu, podobnie jak wiodący doń korytarz, wyłożone były drewnianą boazerią. Małe mansardowe okienko wychodziło na ogród, przez który Strzyża niosła wezbrane po ulewnym deszczu wody. Ich szum i widok świerków za oknem wywoływał skojarzenia z pobytem w górach. Wrażenia takie nie mogły ulec zatarciu w mej pamięci – przewodnika górskiego. Kilka lat po tej wizycie wezbrana po deszczach Strzyża przerwała wały stawu młyńskiego i zalała ulicę Słowackiego. Grass skrupulatnie wyliczył obiekty stanowiące o specyfice dzielnicy. Szczęśliwy traf sprawił, że nie uległy one niszczycielskiej furii Armii Czerwonej podczas szturmu Gdańska w marcu 1945 roku. Najstarsze zabytki Wrzeszcza sięgają historią zaledwie XVIII wieku. O uroku dzielnicy decyduje jednak ukształtowanie terenu i zachowane kompleksy zabudowy sprzed I Wojny Światowej i z międzywojnia.

Jako rodowita gdynianka Podziomek ma słabość do architektury modernistycznej. W Gdańsku jednak nie znajdziemy wielu jej przykładów. To znaczy, zachowały się budowle w stylu tzw. czerwonego modernizmu, popularnego w Niemczech, gdzie budynki o modernistycznej bryle i technologii wykonania pokrywano czerwoną cegłą licówką. Całość korespondowała nieco z architekturą krzyżackich zamków, przez co była akceptowalna nawet dla ówczesnych konserwatystów i miłośników tradycji. Natomiast tzw. biały modernizm miał w Gdańsku, o ile mi wiadomo, tylko dwa przykłady: Liceum im. Heleny Lange we Wrzeszczu oraz kino UFA Palast przy ulicy Ęlżbietańskiej na Starym Mieście. Ponieważ ta ostatnia dzielnica miała w 1945 roku mniej szczęścia, niż Wrzeszcz, po kinie nie pozostał nawet ślad. Ale szkoła we Wrzeszczu przetrwała, a że jest wymieniana jako czołowy przykład modernizmu w Polsce, chcieliśmy ją zobaczyć. Wiedzieliśmy wprawdzie, że budynek będący od 1947 roku siedzibą Wydziału Farmacji Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, został w latach sześćdziesiątych rozbudowany ze znaczącym zatarciem pierwotnych walorów architektonicznych, ale liczyliśmy, że wprawnym okiem wypatrzymy jakieś ślady dawnej świetności.

Szkoła im. Heleny Lange wkrótce po zbudowaniu

Nic z tego! Od strony ulicy Hallera budynek skryty jest za wysoką i, trzeba przyznać, wypielęgnowaną zielenią. Uczelnia chlubi się prowadzeniem na terenie posesji ogrodu roślin leczniczych, ale nie jest on udostępniony do zwiedzania. Od strony ulicy Reja, poza wysokimi drzewami, widok psuje metaliczny wąż, malowniczo wijącego się ciepłociągu. Za budynkiem jest duże boisko, przydatne uczennicom szkoły, ale niekoniecznie studentom farmacji. Niegdyś zapewniało ono najlepszy widok na główne skrzydło budynku, ale architekci sprzed półwiecza zgrabnie zasłonili go typowym blokhauzem, który obecnie, po ociepleniu, emanuje atmosferą pastelozy. Smutny paradoks, że lata sześćdziesiąte, które w polskiej architekturze charakteryzował powrót do modernizmu, równocześnie z taką dezynwolturą traktowały wcześniejsze przykłady budownictwa w tymże stylu. A może po prostu ta szkoła miała pecha, podlegając brutalnym ingerencjom zarówno architektonicznym, jak i politycznym. Jej patronka, będąca pedagogiem i działaczką ruchu kobiecego w Niemczech, jako symbol emancypacji i liberalizmu, musiała w 1936 roku ustąpić miejsca Gudrun, bohaterce wczesnośredniowiecznego eposu, która trwając w cierpieniu, z samozaparciem znosiła upokorzenia nieugięcie wierząc w wyzwolenie z niewoli. Podsumowując, mamy tu przykład zapomnianej patronki i zapomnianego modernizmu.

Znacznie lepiej los obszedł się z pobliskim budynkiem poczty, będącym przykładem czerwonego modernizmu. Ten budynek, z czasem wynajęty na działalność wszelakich firm niezwiązanych z pocztowością i obrosły pstrokatymi reklamami, został ostatnio zmodernizowany, jako część większego projektu deweloperskiego. Wprawdzie nie ma gwarancji, że jego użytkownicy nie zechcą poinformować świata o swym istnieniu w agresywny wizualnie sposób, ale przynajmniej tymczasem można cieszyć oczy harmonią proporcji i szlachetnością detali tego gmachu.

Poczta na ulicy Mickiewicza

Wrzeszcz to dzielnica dzieciństwa Guntera Grassa. Na placu Wybickiego postawiono ławeczkę, na której zgodnie siedzą: pisarz oraz Oskar Mazerath, karłowaty bohater jego pierwszej powieści – „Blaszany bębenek”. Przez kilkanaście lat Oskar nie  miał towarzystwa. Grass nie uważał za stosowne wznoszenie pomników jeszcze za życia fetowanego bohatera, a władzom miasta wytknął, że lepiej byłoby wydać środki przeznaczone na pomnik na remont pobliskiego domu przy ulicy Lelewela 13, w którym spędził dzieciństwo. Wykonana już figura noblisty powędrowała do magazynu i dołączyła do Oskara dopiero po śmierci pisarza. Ponad 120 letni dom, w którym mieszkał doczekał się remontu w ramach zakrojonej na szerszą skalę rewitalizacji tej części dzielnicy. Wyróżnia go umieszczone koło wejścia tabliczka z cytatem z „Blaszanego bębenka”: „Ulica to kocie łby. Na ubitym piachu podwórza mnożyły się króliki i trzepano dywany. Poddasze (…) ofiarowywało widok, perspektywę i owe piękne lecz złudne poczucie wolności, którego szukają ci wszyscy, co wspinają się na wieże, które z mieszkańców mansard czyni marzycieli”. Tuż za rogiem, na ulicy Aldony, pod numerem 11, stoi równie stary i starannie odnowiony budynek, gdzie mieszkał Bolesław Filcek. Umarł w roku 1928, więc raczej z Grassem (rocznik 1927) nie mijał się na ulicy, ale rodzina mieszkała tu do 1945 roku, więc kuzynki mojego dziadka mogły znać syna właściciela sklepu, w którym robiły zakupy.

Od lewej: Oskar Mazerath i Gunther Grass. Źródło infogdansk.pl

W tym samym 1929 roku, w którym oddano do użytku szkołę Heleny Lange, swoje podwoje dla wrzeszczańskich uczniów otworzyła szkoła Pestalozziego. Cofnięty od ulicy, licowany czerwoną cegłą budynek w jednym skrzydle mieścił szkołę dla dziewcząt, a w drugim dla chłopców. Nad arkadami środkowego ryzalitu ściany przeprute są wysokimi na dwie kondygnacje oknami, za którymi ulokowana jest aula wspólna dla obydwu części szkoły. Prócz wspomnianego ryzalitu, monotonię czerwonych ścian przełamują tylko cztery rzędy dużych, podzielonych szprosami na 12 pól okien oraz ceglany fryz pod okapem dachu. Najsłynniejszym absolwentem szkoły niemieckiej był, oczywiście, Gunther Grass, a polskiego II LO im. dr. Władysława Pniewskiego – premier jednego z rządów RP z lat dziewięćdziesiątych XX w. Jan Krzysztof Bielecki.

Szkoła Gunthera Grassa i Jana Krzysztofa Bieleckiego

Najstarszym budynkiem Dolnego Wrzeszcza, czyli części dzielnicy położonej na wschód od linii kolejowej, jest Dwór Kuźniczki. Przy zabytkach Dolnego Miasta jego historia nie jest długa, sięgając ledwie lat sześćdziesiątych XVIII wieku. Jak wskazuje nazwa, kiedyś była tu kuźnia żelaza, a później przez długie lata prowadzono działalność gastronomiczno-rozrywkową w oparciu o produkty sąsiedniego browaru oraz możliwości, jakie dawał przydworski park. Dzisiaj nadal działa tu restauracja, którą kilkakroć odwiedziłem z grupami ukraińskimi, wizytującymi Gdańsk. Park został zrewitalizowany przez dewelopera sąsiedniego osiedla mieszkaniowego, które wchłonęło i wykorzystało również historyczne zabudownia browaru. Natomiast Staw Browarny, z którego czerpano lód na potrzeby browaru nie miał tyle szczęścia. W jego miejsce powstało centrum handlowe Metropolia. Pozostały po nim wzmianki w „Psich latach” Grassa, już to o ściekach i wyławianych topielcach, już to o polowaniu na żyjące w nim pijawki. Opisane w książce smażenie i spożywanie pijawek było działalnością straceńczą, jako że te sympatyczne stworzonka kumulują w swych ciałach toksyny z zamieszkiwanych wód.

Dwór Kuźniczki. Źródlo fotopolska

Jadąc samochodem, czy autobusem, przez Wrzeszcz trudno odgadnąć, gdzie znajduje się centrum tej dzielnicy. Tymczasem do 1945 roku uważano za takowe Rynek (Markt). Wydłużony plac znakowała wyniosła wieża zegarowa, która do lat osiemdziesiątych XIX wieku przewyższała okoliczne zabudowania w stylu kurortowym. W miarę, jak wokół placu wyrastały wielkomiejskie kamienice, wieża jakby karlała, a na początku XX wieku ustąpiła miejsca skwerowi obsadzonemu po bokach drzewami i zamkniętemu od południa fontanną, a od północy pawilonikiem, gdzie w sprzedawano prasę i wyroby tytoniowe, a w kondygnacji podziemnej ulokowano miejski szalet. Los nie okazał się szczęśliwy dla tej części dzielnicy. Z II Wojny Światowej cało wyszły jedynie te dwa, niepozorne obiekty. Pierzeję zachodnią placu tworzy obecnie centrum handlowe Manhattan, dziedziczące nazwę po dzikim targowisku, które kwitło tu w latach 80-tych i 90-tych XX wieku. Po wschodniej stronie placyk flankuje długaśny budynek mieszkalny z lat 50-tych XX wieku. Choć funkcja handlowa miejsca została zachowana, określenie „Rynek wrzeszczański” przestało istnieć.

Rynek wrzeszczański w latach świetności

Całkiem niedaleko, u początków ulicy Partyzantów, stoi Nowa Synagoga. Ten modernistyczny budynek miał z kolei więcej szczęścia, niż pozostałe świątynie wyznawców judaizmu. Gdy one zostały rozebrane, ta przeznaczona została na magazyn firmy stolarskiej Bernharda Hagemanna. Informacja o przetrwaniu wojny bez większych architektonicznych uszczerbków kłóci się z opinią G. Grassa, który wspominał, że z synagogi zostały tylko wypalone mury. W każdym razie, po okresie użytkowania w charakterze szkoły muzycznej, obiekt wrócił do prawowitych właścicieli i obecnie stanowi centrum życia religijnego i kulturalnego żydowskiej społeczności Gdańska.

Nowa synagoga we Wrzeszczu jeszcze przed remontem

Część Wrzeszcza na zachód od linii kolejowej do Gdyni nosi nazwę Górnego Wrzeszcza, a to ze względu na ukształtowanie terenu, który dźwiga się łagodnie aż do stóp zalesionych wzgórz. Mieszkanie w tej okolicy było na pewno bardziej prestiżowe, niż w Dolnym Wrzeszczu, dzielnicy Grassa i pra-stryja Bolesława. Do dzisiaj zachowało się tu sporo eleganckich kamienic i luksusowych willi. Tu wznosi się też neorenesansowy gmach główny Politechniki Gdańskiej, a dalej ku północy, siedziba straży pożarnej, której neobarokowa, ośmiokondygnacyjna wieża od roku 1906 góruje nad zabudową. Zabytkowy budynek, choć obrósł wątpliwej urody przybudówkami, jest dobrze utrzymany, a na jego podwórzu znajduje się ekspozycja wozów, sikawek i innych sprzętów do gaszenia ognia.

Skrzyżowanie Batorego i Podleśnej – tylko drzewa podrosły

Budynek straży pożarnej – tu doszło do bardziej rozległej modernizacji. Źródło fotopolska
Budynek główny Politechniki Gdańskiej

Ulicami u stóp wzgórz można dotrzeć do koszar elitarnych oddziałów pruskich Leibhuzarów. Ze względu na czarny mundur zwano ich czarnymi huzarami, a ich wysokie, obszyte futrem czaka zdobiła trupia czaszka – symbol pogardy dla śmierci. Jakiekolwiek złe skojarzenia może budzić ten symbol, żołnierze tej formacji, w czasach pokoju przyczyniali się do rozwoju okolicznej infrastruktury, biorąc udział w budowie, np. hipodromu, czy Opery Leśnej w Sopocie. Ostatni cesarz Niemiec – Wilhelm II był nominalnym dowódcą tej formacji, więc nie tylko zamówił do kasyna tych koszar wyposażenie, w tym wielkoformatowe obrazy Wojciecha Kossaka, ale i uczestniczył w ich otwarciu, przyjeżdżał na manewry, oddelegował też tu na służbę następcę tronu. A i sam w trakcie licznych wizyt wdziewał na siebie charakterystyczny uniform. Zachowało się nawet zdjęcie urodziwej księżniczki Wiktorii Luizy w czarnym mundurze, jeno w jego żeńskiej wersji. Wolne Miasto Gdańsk zostało zdemilitaryzowane, huzarzy musieli więc opuścić swe koszary w 1920 roku, zabierając zresztą całe wyposażenie, w tym i dzieła pędzla słynnego polskiego batalisty. Potem koszar używali policjanci Wolnego Miasta i PRL-owscy spadochroniarze. W XXI wieku armia doszła do wniosku, że koszary w centrum miasta nie są już jej potrzebne i opuściła je. Od kilku lat na ich terenie trwa jeden z większych projektów deweloperskich w dzielnicy. Powstaje tu osiedle mieszkaniowe o nazwie Garnizon. Przy okazji zostały też odnowione historyczne budynki koszarowe. W kilku z nich mieszczą się wszelakie instytucje kultury. Przez tę część koszar ciecze jedno z ramion Strzyży, rozlewające się miejscami ku uciesze kaczek i mew, w płytkie stawy. My z Podziomkiem lubimy odwiedzać zmodernizowany Espirit Haus, nie tylko ze względu na dobrą kawę w tamtejszej kawiarni, ale i ofertę, jaką zapewnia ulokowana tam księgarnia. Opuszczamy to miejsce z brzuchami pełnymi wypieków oraz torbą, której zawartość zapewnia kilka tygodni ciekawej lektury.

Plan koszar Leibhuzarów we Wrzeszczu
Parada huzarów ulicami Wrzeszcza
Współczesne funkcje w zespole budynków pokoszarowych. Źródło InyourPocket
Jeden z odrestaurowanych budynków. fot. Panieleszku, lic. CC_BY 3.0
Księżniczka Wiktoria Luiza też nakładała czarny mundur
Sceny batalistyczne pędzla Wojciecha Kossaka w kasynie oficerskim. Źródło muzeumpomorza.pl

Wrzeszcz jest węzłem kolejowym, gdyż od linii Gdańsk-Gdynia odbija tu pnąca się w malowniczych zakosach linia do lotniska w Rębiechowie, a dalej do Kartuz lub Gdyni. Pociągi, po 70 latach przerwy, pojawiły się na niej w 2015 roku. Wcześniej była tu, biegnąca śladem przedwojennej linii ścieżka spacerowa, urozmaicona elementami dawnej infrastruktury, takiej jak np. mostki i wiadukty. Jeden z nich zyskał sławę dzięki poczytności debiutanckiej powieści Pawła Huelle pt. „Weiser Dawidek”, w której akcji odgrywał kluczową rolę. Dla miłośników tej pozycji i lokalnych patriotów obiekt ten stał się miejscem kultowym i został okrzyknięty Mostem Weisera. Kiedy jednak plany odbudowy linii zaczęły się materializować, stało się jasne, że most w dotychczasowej formie nie może przetrwać, jako że przedwojenna linia była jednotorowa, a nowa miała mieć dwa tory. Przedwojenna Kolej Kaszubska biegła przez rzadko zaludnione zachodnie obrzeża miasta, podczas gdy współczesna miał oprócz lotniska obsługiwać burzliwie rozrastające się osiedla tzw. górnego tarasu Gdańska. Protesty zdały się na nic, wydawało się, że brakuje miejsce na jakikolwiek kompromis. Tymczasem strony zdołały się porozumieć. Społecznicy zgodzili się na rozbiórkę, pod warunkiem nadania nowemu wiaduktowi oficjalnej nazwy „Most Weisera” oraz zachowania i upamiętnienia istnienia w tym miejscu wcześniejszej konstrukcji. 27 kwietnia 2013 roku odbyło się, organizowane przez radę osiedla, inwestora i stronę społeczną, plenerowe pożegnanie starego wiaduktu. Zjawiło się kilkaset osób zwabionych loterią z ciekawymi nagrodami. Jeszcze więcej przyszło w czerwcu obserwować popisy rekonstruktorów inscenizujących, nie mające potwierdzenia historycznego, rosyjsko-niemieckie walki o wiadukt. Po pożegnalnym przemówieniu Pawła Huelle, do boju ruszyły uzbrojone w meganożyce koparki. Wszyscy bawili się dobrze, a historia aktywizmu miejskiego w Polsce wzbogaciła się o rzadki przykład osiągnięcia kompromisu przez zwaśnione strony.

Wiadukt Weisera przed rozbiórką, fot. Artur Andrzej, lic. CC BY 4.0
I jego pozostałości. Źródło Ibedeker

Gdańsk jest przesiąknięty historią, zarówno tą wielką, jak i lokalną. Nie wynika to wyłącznie z liczby i jakości zachowanych obiektów historycznych. Ważna jest rola, jaką odegrał i odgrywa w literaturze i filmie. I to nie tylko w sytuacjach, gdy akcja dzieła toczyła się właśnie tutaj, ale też w licznych przypadkach, gdy jego plenery gościły akcję tocząca się w innych miastach i krajach. Całkiem przypadkiem udało mi się ostatnio stwierdzić, że w jednym z odcinków „Stawki większej niż życie” udawał nawet Stambuł. Najfajniejsze w Gdańsku jest jednak to, że tematyka historyczna jest nadal aktualna poprzez zainteresowanie bardzo szerokiego kręgu osób i organizacji. Wystarczy odwiedzić liczne dostępne w Internecie strony, fora i grupy dyskusyjne, by przekonać się, jak żywo i z pasją rozprawia się tam o sprawach miasta i jak silne w tych dyskusjach są odniesienia do jego historii. Ułatwia to niesłychanie zadanie zbierania danych osobom piszącym o Gdańsku. A także odwiedzającym miasto, nawet jeśli spacerują po dzielnicach odległych od szlaków najpopularniejszych wśród turystów.

Więcej o turystyce genealogicznej możecie przeczytać tutaj.

1 odpowiedź na “Spacerkiem po Wrzeszczu czyli noblista zza rogu”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *