Po zapadnięciu zmroku upał zelżał. Dotarłszy do swego pokoju mogłem rozsunąć zasłony i otworzyć okno. Niebo zaciągnęło się już głębokim granatem i tylko u styku z horyzontem ciągnął się wąski pasek różowawej poświaty. Chłodniejsze powietrze z impetem wdarło się do pomieszczenia niosąc zapach ziół. Powietrze drgało od cykania szarańczaków. Z wysokości szóstego piętra wzrok sięgał daleko, ale miasto ze swoimi zabudowaniami zaczynało się dopiero za rozległym obszarem zieleni porastającej szmat nieużytków. Od zachodu wdzierała się w nie nieśmiało zabudowa jednorodzinna. Dopiero za nią świeciły latarnie wzdłuż ulicy Warszawskiej. Chociaż wiedziałem, że kampus Politechniki Radomskiej od wschodu i północy otoczony był blokowiskami z gierkowskiej wielkiej płyty, to widok z okna zdawał się temu przeczyć.
Pod koniec lat 90-tych XX wieku uczestniczyłem w realizacji szkoleń dla wolontariuszy Amerykańskiego Korpusu Pokoju, które kilka lat z rzędu odbywały się w Radomiu. Byliśmy zakwaterowani w hotelu asystenta, który górował wówczas nad całkiem niemiejskim sąsiedztwem. Z dzisiejszej perspektywy czasy były heroiczne: zajęcia odbywały się w barakach studium wojskowego, których blaszane ściany i dachy w letnie dni zapewniały kursantom i prowadzącym komfort pieca garncarskiego. Dopiero ostatni kurs, w 1999 roku, rozpieszczał warunkami w oddanym świeżo do użytku budynku obecnych wydziałów: Finansów i Zarządzania oraz Prawa i Administracji. Po zajęciach rzadko wybieraliśmy się do centrum. Raz, że odbywały się różne podsumowania oraz przygotowania programu na kolejne dni, drugim powodem była niewielka ilość miejsc, do których można było pójść, by coś przekąsić i w spokoju porozmawiać. Za takie uchodziła chińska restauracja Milion Słoni w budynku radomskiego oddziału Naczelnej Organizacji Technicznej. Wizyta w Pizzerii 7, gdzie w zgodnej opinii serwowano najlepszą margheritę w mieście, to była cała wyprawa, gdyż lokal położony był u granic Radomia, przy wylotówce na Warszawę.
Naówczas liznąłem tylko atrakcji radomskich. Późniejsze krótkie postoje w czasie wypraw na południe Polski niewiele poszerzyły moją znajomość grodu nad Mleczną. Wiedziałem, oczywiście, że ulica Żeromskiego jest tutejszą Main street, a Stare Miasto nie leży tam, gdzie się przyjezdnym wydaje. Lepiej jednak znałem chyba topografię okolic ciągu tranzytowych ulic Czarnieckiego i Kieleckiej, ba, zaliczyłem tam nawet stłuczkę i wątpliwą przyjemność spisywania policyjnego protokołu z tego wydarzenia. Mimo wszystko przypuszczam, że moja znajomość Radomia jest większa, niż przeciętnego rodaka, który od czasu zbudowania ekspresowej obwodnicy miasta ma jeszcze mniej okazji, by do niego zajrzeć. Gdzie brakuje wiedzy, tam wchodzą stereotypy, dzięki którym miasto stało się ulubionym przedmiotem zainteresowania twórców prześmiewczych memów. Tymczasem, historia Radomia pod obecną nazwą sięga połowy XII wieku, a że miasto ominęły kataklizmy natury i zniszczenia wojenne, to zasłużyło na posiadanie w Wikipedii osobnego hasła Zabytki Radomia. Wiedząc, że Podziomka zainteresowała wzmianka o wystawie „Historie w torebkach zaklęte” zorganizowanej przez Muzeum im. Malczewskiego, zaproponowałem spędzenia dnia mojego patrona – św. Krzysztofa – właśnie w Radomiu.
Muzeum zajmuje dawne kolegium pijarskie i jest jedną z dwóch najbardziej imponujących budowli przy radomskim rynku. Wybitny portyk wsparty na czterech pokaźnych kolumnach stanowi godną oprawę wejścia do tego przybytku kultury. Wystawy o torebkach, choć dla mnie bardzo ciekawej, nie mogę polecać, z prostego powodu, że obejrzeliśmy ją ostatniego dnia przed zamknięciem. Za to zbiór ponad 40 obrazów Jacka Malczewskiego jest na pewno godny zobaczenia. Wybitny przedstawiciel symbolizmu w sztuce malarskiej urodził się w Radomiu i gdy w 1925 roku świętował jubileusz 50-lecia twórczości, miasto za 3000 ówczesnych złotych nabyło od mistrza kilka malunków, które stworzyły zaczątek kolekcji. W czasie naszej wizyty w muzeum odbywał się koncert, co powodowało, że w niedzielne południe było to jedyne miejsce generujące jakikolwiek ruch ludzki na rynku.
Rynek jest centralnym punktem Miasta Kazimierzowskiego (chyba łatwo zgadnąć, który król dokonał lokacji) i od połowy XIV do połowy XIX wieku stanowił rzeczywiste centrum miasta. Potem jednak centrum przeniosło się na wschód, w kierunku siedziby władz województwa, a później guberni radomskiej i dzielnica uległa pauperyzacji. Zagłada radomskich Żydów podczas II Wojny Światowej pozwoliła władzom PRL zasiedlić pozostałe domy ludźmi klasyfikowanymi jako „element aspołeczny”, a dla takich mieszkańców nie warto było inwestować. W rezultacie, jak stwierdził specjalista geografii ekonomicznej i społecznej miast prof. Grzegorz Węcławowicz, „w przestrzeni Radomia ukształtował się ogromny, zwarty przestrzennie obszar ubóstwa i szczególnego nasilenia zjawisk patologii społecznej. Teren ten obejmuje praktycznie całą centralną część miasta. Skala i nasilenie zjawisk negatywnych pozwala określić ten obszar jako slumsy”. Miasto od kilku lat usiłuje rewitalizować tę dzielnicę budując nowe i odnawiając stare domy, czego sztandarowym przykładem jest tzw. Pałac Deskurów, położny pomiędzy rynkiem, a kościołem św. Jana Chrzciciela, a przykładem bardziej przyziemnym, nowe nawierzchnie ulic i trotuarów. Okazuje się jednak, że łatki złej dzielnicy pozbyć się jest znacznie trudniej, niż załatać dziury w chodnikach.
Jeśli rynek nie jest centrum Radomia, to gdzie można je znaleźć? Odrzucę złośliwe komentarze, że w rozsianych po całym, rozległym obszarze miasta centrach handlowych. Moim zdaniem jest nim położony w środkowej części ulicy Żeromskiego Plac Konstytucji 3 Maja. W każdym razie jest to na pewno mekka miłośników spotkania przy filiżance espresso. Spośród kilku kawiarni my wybraliśmy, kierując się zachwytami w Internecie, Marcus Cafe. W środku utrzymana w stylistyce fin de siècle, serwuje dobrego smaku kawę i przyzwoity wybór słodyczy. Choć byliśmy tam bez naszego najwierniejszego przyjaciela, to doceniliśmy fakt, iż goście z psami dobrze czuli się w kawiarnianym ogródku. Południowa część placu zdominowana jest przez kopułę niegdysiejszej cerkwi, przebudowywanej w latach 20-tych XX w. na garnizonowy kościół św. Stanisława. Ciekawym akcentem jest też modernistyczny niebotyk, czyli 5 kondygnacyjny dom mieszkalny, najwyższy w przedwojennym mieście. Gdyby inwestorowi nie zabrakło kapitału, mógłby też być jedynym w mieście gmachem z zainstalowana windą pasażerską. Północną, mniejszą obszarowo, część placu zdominował pawilon z amfiteatralnym dachem, z którego można podziwiać zainstalowane u jego podnóża fontanny. Plac zamyka efektowny, 170-cio letni budynek Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, remontowany i uzupełniany o nowe skrzydła na potrzeby planowanego tu hotelu. Dysonansem w tym przyjemnym otoczeniu okazał się jednak lekko podpity obywatel agresywnie broniący prawa do uwiecznienia swego wizerunku. Gdyby tylko ktoś chciał go fotografować! W każdym razie nie byłem to ja.
W XIX wieku działki budowlane w miastach zabudowywane były w ten sposób, że najpierw powstawał dom frontowy od ulicy. Z czasem sady i ogrody znajdujące się na jego zapleczu były obudowywane oficynami ciągnącymi się prostopadle do pierzei frontowej. Jeszcze później powstawały oficyny poprzeczne. Na wewnętrzne podwórka wjeżdżało się przez bramę w budynku frontowym. Przy maksymalnym zagęszczeniu zabudowy podwórko z adresem na jednej ulicy łączyło się poprzez budynek oficyny poprzecznej z podwórkiem na ulicy równoległej. W wielkich miastach takich, jak Warszawa, czy Łódź, oficyny osiągały wysokość kamienicy frontowej, tworząc podwórka studnie. W miastach mniejszych oficyny były zazwyczaj niższe, a czasem wręcz budowane z drewna. Podwórka studnie zostały utrwalone w literaturze, jako synonim substandardowych warunków mieszkaniowych. Faktycznie, mieszkania były tam tańsze, niż od frontu, a do niżej położonych lokali rzadko docierały promienie słoneczne. Sporadycznie wspomina się, że oficyny stanowiły też siedzibę wszelkiego rodzaju działalności wytwórczej i usług. Mieściły się w nich czasami nawet dziesiątki małych firm. W Radomiu, na zapleczu kamienicy przy Lubelskiej 28 (dzisiaj Żeromskiego), od 1823 roku działała drukarnia, w latach późniejszych znana, jako Zakłady Drukarsko-Litograficzne „Jan Kanty Trzebiński”. Tłoczono w nich „Dziennik Urzędowy Guberni Radomskiej”, ale także „Gazetę Radomską” oraz liczne publikacje książkowe. Za wysoką jakość produkcji drukarnię uhonorowano złotym medalem na Wystawie Rolno-Przemysłowej w Radomiu. Od 1918 roku na cele drukarni, w podwórku, postawiono malowniczy pawilon z czerwonej cegły z łamanych dachem i kamieniarką z beżowego piaskowca, według projektu Adolfa Szyszko-Bohusza, głównego konserwatora zamku królewskiego na Wawelu. Na Żeromskiego 66 kryje się natomiast dowód, że w oficynach kwitło nie tylko życie gospodarcze, ale i religijne. Nad brama wjazdową od strony podwórka znajduje się tam drewniany wykusz, wsparty na metalowej kolumnie. Jest to pomieszczenie, w którym podczas święta Sukkot, przez okrągły tydzień, mieszkali i modlili się religijni Żydzi. Ponieważ w Polsce święto to zwano Kuczki, taka nazwa przyjęła się też dla miejskich konstrukcji symbolizujących szałasy postawione niegdyś na pustyni.
Z licznych radomskich świątyń odwiedziliśmy trzy: parafialny kościół Miasta Kazimierzowskiego pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, kościół bernardynów u początków ulicy Żeromskiego oraz katedrę Opieki Najświętszej Maryi Panny. Dwa pierwsze mają średniowieczne pochodzenie, a katedra zbudowana jest w stylu neogotyckim, na przełomie XIX i XX wieku. Kościół św. Jana Chrzciciela wyróżnia się tablicą upamiętniającą chrzest Jacka Malczewskiego, licznymi figuralnymi polichromiami z lat 60-tych XX w. oraz tym, że jego wieża domyka perspektywę ulicy Żeromskiego od strony zachodniej. Klasztor bernardynów ma malowniczy dziedziniec oraz urocze ogrody kwiatowe. Od strony ogrodu do klasztoru przylega też pochodzący z XV w. budynek gospodarczy, zwany piekarnikiem, z górującym nad nim masywnym kominem. Nazwa jest zwodnicza, podobno nie wypiekano w nim chleba, jeno warzono piwo. Jest to jedyny budynek o takim przeznaczeniu i wieku, zachowany w Polsce. Do stylu neogotyckiego przywykałem latami, traktując go jako podróbkę, czyli w gruncie rzeczy podrzędną imitację oryginalnego gotyku. Z wiekiem zacząłem jednak ten styl doceniać. Za rozmach, przemyślne łączenie nowoczesnych rozwiązań konstrukcyjnych z tradycyjną formą, a przypadku architektury sakralnej, także za urbanistyczne wpasowanie w istniejącą tkankę miasta. Taka jest właśnie radomska katedra. Wysokie na 72 m wieże przypominające krakowski Kościół Mariacki, górują nad parkiem Kościuszki oddzielającym katedrę od budynku gubernatorstwa, siedziby ówczesnych władz świeckich. Wnętrza są obszerne, ściany pokryte stiukami, światło do wnętrza sączy się przez okna, w których zainstalowano olbrzymie, impresjonistyczne witraże. W niedzielne, letnie popołudnie wnętrze emanowało spokojem i chłodem.
Centrum Radomia przez stulecie wędrowało po rozległych przestrzeniach miasta. Zanim przemieściło się z Miasta Kazimierzowskiego na wschód, w X-XI wieku mieściło się na tzw. Piotrówce, na południowy-zachód od rynku. Nazwa pochodzi od wezwania najstarszego, nieistniejącego już kościoła radomskiego. W wieku XII centrum przemieściło się na północ, w okolice obecnej ulicy Stare Miasto i kościoła św. Wacława. Jest to najstarsza radomska świątynia, choć obecny wygląd zawdzięcza regotycyzacji przeprowadzonej w latach 80-tych XX w., po 200 latach użytkowania jako magazyn, więzienie, przytułek i szpital dla psychicznie chorych. Po doprowadzeniu do Radomia kolei żelaznej, w roku 1883, miasto zaczęło rozwijać się ku południowi, w kierunku dworca kolejowego. Proces ten wzmocniło powstanie w tych okolicach, w latach międzywojennych, Fabryki Broni oraz usytuowanych w pobliżu osiedli przeznaczonych dla jej pracowników. Ta część miasta do dzisiaj ma najbardziej wielkomiejski wygląd. Odkryciem naszej ostatniej wizyty była jednak ulica Piłsudskiego. Obudowana ściśle z obydwu stron rzędami eklektycznych, dobrze utrzymanych kamienic o pastelowej kolorystyce, z perspektywą zamkniętą kopułą garnizonowego kościoła św. Stanisława, ma ona iście petersburski klimat. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, że miasto rangi gubernialnej starało się czerpać wzorce ze stolicy imperium.
Hasło promocyjne Radomia brzmi „Siła w precyzji”. Kilka lat temu magistrat zlecił badania opinii publicznej, w których, miedzy innymi, pytano o odbiór tego hasła. Okazało się, że odpytywani, albo się z nim nie spotkali, albo go nie rozumieli, albo wręcz się z nim nie utożsamiali. Omawiając te wyniki, autorzy podkreślali konieczność zintensyfikowania komunikacji z mieszkańcami oraz szukania ich akceptacji dla proponowanych, a nie już wprowadzonych, rozwiązań. Podczas wizyty w Radomiu zetknęliśmy się z dwoma sytuacjami potwierdzającymi, że komunikacja międzyludzka nie stoi tu na najwyższym poziomie. Przed przyjazdem zastanawiałem się, czy wspomniana już Marcus Cafe otworzyła się po okresie lockdownu zwłaszcza, że ostatni wpis na jej Facebooku datowany był na 20 września 2020 roku. Dwa dni przed wyjazdem wysłałem więc zapytanie, używając facebookowego Messengera. Nie doczekawszy odpowiedzi, zadzwoniłem pod wskazany numer, ale wysłuchałem tylko nagrania, że abonent jest nieosiągalny. Liczyłem się więc z koniecznością szukania innego miejsca, ale kawiarnia była jak najbardziej czynna, tyle że jej kierownictwo zdaje się nie przykładać wagi do korzystania z podstawowych obecnie kanałów kontaktu z klientami. Na ulicy Traugutta budynek starej, 120 letniej elektrowni, po bardzo udanej rekonstrukcji i rozbudowie, przeznaczono na siedzibę Centrum Sztuki Współczesnej. Radom ma bowiem znaczącą kolekcję dzieł współczesnych artystów, której zbieranie rozpoczęto jeszcze za PRL-u. Ze względu na industrialną historię, budynek ten nie stoi frontem do ulicy, a wejście do niego jest dla przechodnia niewidoczne. Za to w oczy rzuca się sporych rozmiarów parking, chroniony automatycznym szlabanem. Brakuje jakiegokolwiek wskazówki jak dotrzeć do wejścia do budynku Centrum. Tylko stali bywalcy oraz wysoce zdeterminowani goście znajdą wejście za parkingiem, ale kierownictwo obiektu w żaden sposób im tego nie ułatwia.
Radom nie jest miastem jednoznacznym. Długa i bogata historia, mnogość historycznych postaci, które przewinęły się przez miasto, zabytki i ciekawa architektura z jednej strony, a recesja, deindustrializacja, bezrobocie i błędy w zarządzaniu, z drugiej. Dlatego trzeba wobec niego wykazać wiele cierpliwości i zrozumienia. Trzeba też wielu wizyt, by zdobyć się na refleksję Marii Dąbrowskiej, ujętą w jej Dziennikach: „Cały czas uderza mnie za poprzedniej bytności niezauważana piękność Radomia. Przestronne ulice, stare, piękne, rozłożyste kamienice, stare zaułki, stylowe kościoły, dużo drzew, koloryt murów żółty, ciepły”. Wszystkim, którzy nie doceniają Radomia, czy uważają go za miejsce pokrzywdzone przez los i rządzących zwracam uwagę, że ta sama Maria Dąbrowska tekstowi o moim rodzinnym Białymstoku z lat 20-tych XX w. nadała znamienny tytuł: „Brzydkie miasto”.
















































