Kategorie
Polska

Śladami carów, prezydentów i pomniejszych fabrykantów nad Pilicą

Leśniczówka w Katrynce stała na skraju miejscowości, oddzielona obszernym sadem od drogi na Augustów, przy której zatrzymywał się niebieski autobus PKS z Białegostoku. Wjazd na podwórko prowadził nie od głównej drogi, lecz od ciągnącej się cienistym kanionem świerków dróżki bocznej, wiodącej w głąb Puszczy Knyszyńskiej. Nie wiem jakim sposobem rodzice dowiedzieli się, że pani leśniczyna w poszukiwaniu dodatkowych źródeł utrzymania wynajmuje pokoje letnikom. Tym niemniej, nawiązali z nią kontakt, skutkujący naszymi kilkukrotnymi pobytami w leśniczówce, w letnich miesiącach pierwszej połowy lat 60-tych XX wieku. Brat będący wtedy na etapie wózeczkowym wypoczywał w błogiej nieświadomości. Siostra –  wczesna nastolatka, oddelegowana do opieki nad młodszym rodzeństwem, pewnie musiała się nudzić. Najczęściej przebywała tam z nami babcia. Rodzice dojeżdżali autobusem w sobotnie popołudnia. Nie pamiętam czy zajmowaliśmy jeden czy dwa pokoje. Pamiętam za to mycie w metalowej misce oraz wizyty w sławojce, urozmaicone obserwacjami pająków czyhających na swoje ofiary pośrodku misternej sieci pajęczyny. Wyprawa do toalety wymagała zresztą nie lada odwagi i uwagi, by nie zostać po drodze boleśnie poszczypanym przez złośliwego gęsiora. Dzięki swej agresywności ptaszor uniknął roli obiektu eksperymentów, która to stała się dolą pozostałego drobiu podwórkowego. Moją ulubioną rozrywką było bowiem wspinanie się po drabinie na dach, skąd testowałem zdolność do lotu kolejnych przedstawicieli ptasiego klanu. Nie wydaje mi się, aby pałali oni entuzjazmem do uczestnictwa w tych ćwiczeniach.

Za drogą, w kierunku doliny rzeczki Czarnej rozciągały się łąki. Muliste dno niespecjalnie zachęcało do kąpieli. Chodziliśmy jednak na łąki, na których spotkać można było bociany oraz wszelkiego rodzaju bezkręgowe towarzystwo, na czele z pasikonikami, trzmielami i wielobarwnymi motylami. Posiłki przygotowywaliśmy sobie sami, choć pamiętam rok kiedy wykupiliśmy obiady w jednym z sąsiednich domostw. Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu, że w osadzie liczącej sobie mniej niż 10 gospodarstw dostępne były takie usługi. W Katrynce bowiem nie było nawet sklepu. Po chleb wybieraliśmy się do Wólki, położonej kilometr dalej, po drugiej stronie rzeczki. Był to dla mnie wtedy prawdziwy koniec świata. Takie przekonanie umacniał fakt, iż Wólka położona była na wzniesieniu i docierając do niej nie można było zobaczyć co się znajduje poza miejscowością. Większe zakupy docierały pod koniec tygodnia wraz z wizytą rodziców.

Ówczesna oferta letniskowa z punktu widzenia ekonomicznego była zupełną szarą strefą, chociaż władze ją tolerowały, a nawet próbowały narzucić pewien schemat organizacyjny, używając dla tego zjawiska nazwy „Wczasy pod gruszą”. Czytając ostatnio książkę Andrzeja Kobalczyka „Z letnikami nad Pilicę” złapałem się na spostrzeżeniu, że wprawdzie organizacyjnie pobyt w Katrynce odbiegał daleko od realiów wcześniejszych o 70 lat stacji klimatycznych, ale stała za nim ta sama mieszczańska potrzeba wyrwania się latem poza rozgrzane mury miasta. A już doświadczenie wiejskiego życia i przyrody, zwłaszcza z perspektywy letnika w wieku juniorskim, dostarczał wielce podobne. Z tą myślą udaliśmy się parę tygodni temu z Podziomkiem i psem Harrym do tradycyjnego zagłębia letniskowego, jakim od ponad 130 lat są okolice Tomaszowa Mazowieckiego.

***

Na opracowanej przez Fr. Karpińskiego mapie ”Zdrojowiska, miejsca kąpielowe i stacje klimatyczne w Królestwie Polskim”, pośród do dziś znanych Buska, Ciechocinka czy Nałęczowa, figurują również liczne miejscowości dzisiaj zupełnie nie kojarzone z tymi funkcjami, w tym dwie nadpilickie: Inowłódz i Nowe Miasto. Inowłodzka stacja klimatyczno-leśna była prywatną inwestycją adwokata Bernarda  Birenzweiga, który począwszy od 1884 roku postawił tam około 10 willi szwajcarskich. Corocznie reklamował w prasie łódzkiej i warszawskiej tamtejsze „kąpiele rzeczne, nabiał, warzywo, owoce, wszelkie artykuły żywności w doborowym gatunku” jak też położenie „wśród lasów, w miejscowości górzystej, przez lekarzy uznanej za zdrowotną”. Julian Tuwim, który wraz z matką i siostrą spędzał tam kilkakrotnie letnie miesiące opisał jej bywalców w „Kwiatach polskich” w następujący sposób:

„Był to na lato punkt inwazji drobnej żydowskiej burżuazji, nie było tam potężnych szczepów wsławionych w przemysłowym dziele. Lecz tacy sobie właściciele mniejszych fabryczek, większych sklepów, bo księstwo o manierach dworskich, rody Rotwandów i Przeworskich, Poznańscy ani Natansony nie zaglądali w tamte strony. Oni po Ritzach i Biarritzach, Ostendach, Badach, zagranicach, a moim  łódzcy Goldbergowie i co lepszego w Tomaszowie – zjeżdżali tu. I tu nieśmiała, panieńsko smutna i nerwowa z Irą i Julkiem przyjeżdżała pani Adela Tuwimowa”. Jak to w historii zazwyczaj bywa pamięć o pobycie właścicieli mniejszych fabryczek i większych sklepów uległa zatarciu. Natomiast pobyt artystów i naukowców takich jak Tuwim, pianista Artur Rubinstein, odkrywca grup krwi – Ludwik Hirszfeld, publicysta i krytyk literacki –Tadeusz Boy-Żeleński czy diva operowa – Lucyna Messal, został dobrze udokumentowany. Może dlatego, że rzeczeni sprawnie władali piórem pisząc wspomnienia oraz listy do krewnych i przyjaciół. Ciekawie brzmią opisy pobytu letników w Inowłodzu. Ze względu na brak własnego środka lokomocji, był to pobyt stacjonarny w ścisłym znaczeniu tego słowa. Brak zapisów o wynajmowaniu furek czy dorożek na dalsze wycieczki. Spacerowano po lesie i brzegami Pilicy, zwiedzano zabytki Inowłodza, czasem pływano po rzece łódkami, grano w karty, urządzano potańcówki. W weekendy przygrywała orkiestra przybyła z Tomaszowa, na której poziom zresztą regularnie narzekano. Letnicy organizowali się w amatorskie kółka teatralne, osoby utalentowane muzycznie dawały mini koncerty. No i, przede wszystkim, ludzie rozmawiali ze sobą, nawiązywali nowe znajomości lub pogłębiali dotychczasowe. Zarząd stacji oprócz rozrywki zapewniał konsultacje lekarskie.

Za Andrzej Kobalczyk „Z letnikami nad Pilicę”

Właściciel letniska zadbał o promocję.

Wille szwajcarskie były budowlami o malowniczym wyglądzie. Konstrukcyjnie były to lekkie, drewniane budynki przeznaczone do użytku tylko w sezonie letnim. Nieogrzewane zimą, ulegały postępującej degradacji, niemniej wszystkie dotrwały do grudnia 1914 roku, kiedy to wojska kajzerowskich Niemiec dotarły do linii dolnej Pilicy, na której na całe 5 miesięcy zatrzymał się front. Położone na wysokich brzegach Pilicy wille stanowiły punkty orientacyjne dla rosyjskiej artylerii, poza tym drewno rozbiórkowe można było użyć dla ogrzania żołnierzy zimowa porą. W rezultacie, gdy umilkły działa, z całego kompleksu ostał się tylko jedyny budynek murowany.

W latach międzywojennych powstało parę willi, ale palmę pierwszeństwa przejął położony w górę rzeki Teofilów. Nie nazywano go już stacją klimatyczną, ale swojsko: letniskiem. Po II Wojnie Światowej, zgodnie z duchem epoki, powstały tam ośrodki wypoczynku masowego łódzkich i tomaszowskich fabryk. Tymczasem inowłodzka stacja, ulokowana faktycznie we wsi Zakościele, nie stwarzała warunków dla rozwoju ośrodków wypoczynkowych. Dopiero kolejna zmiana systemu w roku 1989 stworzyła warunki do turystycznego rozkwitu miejscowości. Dzisiaj gości przyjmują tam gospodarstwa agroturystyczne i pensjonaty, działają liczne wypożyczalnie kajaków i rowerów, a nawet stajnia pozwalająca na skorzystanie z jazdy konnej. O uzależnieniu wsi od turystyki świadczy stwierdzenie pracownika wypożyczalni kajaków, który na nasze pytanie o prognozę pogody rzucił: Jak dla mnie, mogłoby padać przez cały tydzień, byle w weekend była ładna pogoda.

Sądząc ze starych fotografii, spacer po Inowłodzu dostarcza dzisiaj więcej przyjemnych wrażeń niż na przełomie XIX i XX wieku. Wydłużony rynek uniknął ogólnopolskiej mody na porządne wybrukowanie. Nie stanowi też jednak przykładu niekontrolowanej ekspansji drzew, krzewów i roślinności zielno-ruderalnej. Widać, że przeprowadzono tu rewitalizację wedle planu przygotowanego  przez architekta krajobrazu. W efekcie powstał całkiem przyjemny mini park, gdzie drzewa mają ukształtowane korony, trawniki są koszone, a alejki cieszą równą nawierzchnią. Ukłonem w kierunku współczesnej mody z dziedziny małej architektury, jest przykrycie dawnej studni miejskiej drewnianym daszkiem i wyposażenie jej w imponujących rozmiarów kołowrót. Domy wokół placu prezentują ciekawą mieszankę stylów architektury małomiasteczkowej i w większości są starannie utrzymane. Przy rynku, obok standardowego zestawu usług dla ludności (poczta, bank, fryzjer itp.), znajduje się też kawiarnio-pizzeria, a nawet galeria sztuki/rzemiosła Czarna Kura. Solidne skórzane torby i metalowa biżuteria nie u wszystkich znajdą uznanie, ale można wpaść na pogawędkę z sympatyczną właścicielką. Na jednym krańcu rynku wznosi się sięgający historią początków XVI wieku kościółek św. Michała Archanioła, a na drugim dwustuletnia synagoga. Łączy je fakt nabrzeżnego usytuowania: kościoła nad Pilicą, a synagogi nad dawnym jej korytem, doprowadzającym też wody do fosy inowłodzkiego zamku. Położenie jest też atutem plebani. Bezpretensjonalny, drewniany budynek góruje nad zbiegającym ku rzece sadem.

Zabudowa przy rynku
Galeria Czarna Kura
Pomysłowe podkreślenie średniowiecznego rodowodu Inowłodza
Studnia miejska
Plebania

Synagoga wymieniana jest w każdym przewodniku jako ciekawostka, gdyż obecnie mieści sklep ogólnospożywczy, zresztą bardzo porządnie zaopatrzony. Personel ze spokojem znosi, że niektórzy z klientów robią zdjęcia zdobiącym wnętrze polichromiom. A te są, w skali Polski, absolutnym unikatem gdyż zawierają modlitwę za panującego władcę i to w dwóch językach: hebrajskim po jednej, a rosyjskim po drugiej stronie świątyni. Jako, że użyto języka rosyjskiego, wychwalano cara Wszechrusi Mikołaja Aleksandrowicza. Odmienna czcionka sugeruje jednak, że tą część inskrypcji zmieniano wraz z intronizacją kolejnego panującego.

Wspomniany już zamek w Inowłodzu, jak to w Polsce najczęściej bywa, wzniósł Kazimierz Wielki, a zniszczyli Szwedzi podczas Potopu. Jeszcze 15 lat temu ostatki jego murów tylko gdzieniegdzie dźwigały się na wysokość 3-4 metrów. W ostatniej dekadzie został jednak zrekonstruowany do postaci tzw. trwałej ruiny. W pomieszczeniach przyziemia oraz pierwszej kondygnacji wygospodarowano miejsce na powierzchnie wystawowe, pomieszczenia dla gminnego ośrodka kultury i biblioteki.

Nad Inowłodzem, na wysokim północnym brzegu Pilicy, wznosi się kościół św. Idziego postawiony jako wotum za narodziny syna przez księcia Władysława Hermana w roku 1082. Ze względu na położenie jest zewsząd widoczny, ale najciekawszą perspektywę daje spojrzenie z  parku położonego przy świeżo zagospodarowanej plaży i przystani kajakowej. Kościół ma za sobą stulecia nieużywania i upadku, zniszczenia wojenne i odbudowy, a swój obecny, wysmukły wygląd zawdzięcza przebudowie w latach 1936-38. Lokalną ciekawostką są murale inspirowane miniaturami zdobiącymi średniowieczne rękopisy. Jeden z budynków kompleksu Ochotniczej Straży Pożarnej wyraźnie naśladuje architekturę kościółka św. Idziego. Chciałbym wierzyć, że eksponowany przed nim stary wóz z ręczną sikawką to ten sam, który w 1902 roku podarował z okazji założenia jednostki właściciel stacji klimatycznej, mecenas Birenzweig.

Synagoga inowłodzka
Dziedziniec zamkowy
Kościół św. Idziego od strony absydy
Kompleks ochotniczej straży pożarnej
Inskrypcja we wnętrzu synagogi wychwalająca cara
Romański kościół św. Idziego
Kościółek św. Michała Archanioła
Zabudowa małomiasteczkowa przy rynku
Czy ta pompa strażacka pamięta początki OSP w Inowłodzu?

Niespełna 12 km na wschód znajduje się gminna wieś Poświętne, a w niej sanktuarium Świętej Rodziny. Dotarłem tam w połowie lat 80-tych XX wieku i wyniosłem pod powiekami obraz imponującej barokowej świątyni położonej na wzgórzu nad dosyć mizerną zabudową wsi. Z biegiem lat zbierając przewodniki i inne materiały dotyczące tego regionu ze zdziwieniem odkryłem, że opisują one Poświętne i jego atrakcje w zadziwiająco zdawkowej formie. Przyczyną mogą być trudności lokalizacyjne. Nie żeby trudno było tam trafić – świątynia jest widoczna z daleka i jadąc droga krajową nr 48 nie sposób jej nie zauważyć. Natomiast samą katolicką parafię przypisuje się do coraz to innych miejscowości. Obecnie oficjalnie będąca pod wezwaniem św. Filipa Neri i Jana Chrzciciela jednostka ma w nazwie wieś Studzianną. To tam znajdował się dwór, w którym pierwotnie przechowywano obraz Świętej Rodziny, zanim uznano go za cudowny. Historycznie był to teren parafii Brudzewice, później włączonej do parafii w Drzewicy.  Kiedy w 1820 roku reaktywowano parafię Brudzewice, w Studziannej i jej przysiółku Poświętnem istniały już trzy kościoły, w tym barokowy gigant postawiony przez nieznanego architekta, ale przypisywany mistrzom tej epoki, a to Tylmanowi van Gameren, a to Francesco Solariemu. Po stu latach przyznano więc parafię Studziannej, ale administrowana jest ona przez księży filipinów z klasztoru w Poświętnem.

Spróbujmy opisać to miejsce. Nad szeroką fasadą, flankowaną niskimi wieżami, góruje potężna kopuła. We wnękach na dwóch poziomach umieszczone są rzeźby świętych związanych ze zgromadzeniem filipinów. Za świątynią rozciągają się klasztor i zabudowania gospodarcze. Kompleks otoczony jest murem przeciętym kilkoma zdobnymi bramami, a całość zwieńczona  jest od frontu dwiema wieżami. We wnętrzu, do którego można tylko zerknąć z kruchty (Niespodzianka? A skądże!), dominuje ołtarz główny, w którym pod srebrnymi koronkami kryje się obraz Świętej Rodziny przy posiłku. Ołtarz jest wykonany z drewna, ale kolumny po jego bokach doskonale imitują zielony marmur. Całości dopełniają malowidła na ścianach i sklepieniu. Na sąsiednim wzgórzu, w miejscu pierwotnej lokalizacji sanktuarium, wznosi się kościółek św. Anny. Po drodze na cmentarz, już faktycznie w Studziannej, znajduje się skromny kościółek św. Józefa. W słoneczne i ciepłe popołudnie ta rzadko używana świątynia bardzo przypominała nam swoje chorwackie odpowiedniki.

Sanktuarium w Poświętnem
Mur klasztorny i jedna z narożnych wież
I co ja mogę? Jedna z rzeżb zdobiących fasadę kościola
Kościółek św. Józefa
Kościół sanktuaryjny – widok od pólnocy
Ołtarz główny
Kościółek św. Anny
Brama na klasztorny folwark

Z drogi Poświętne – Inowłódz, skręcając w stronę Pilicy, można dotrzeć do Szańca Hubala. Tak dla upamiętnienia nazwano miejsce, gdzie w 1940 roku zginął pierwszy partyzant Rzeczpospolitej, jeździec i olimpijczyk z Amsterdamu, major Henryk Dobrzański. Nazwa jest nieco myląca, gdyż oddział Hubala nie stawiał Niemcom długotrwałego oporu zza istniejącego kamiennego kręgu. Biwakujący, w kadłubowej już liczebności, oddział został zaatakowany przez obławę niemiecką, a w czasie krótkiej potyczki zginęło tylko trzech partyzantów, w tym major Hubal. Jest to bardzo malownicze miejsce na skraju lasu. Wewnątrz kamiennego kręgu stoi kamień z tablicą ku czci Hubala. Z boku na osobnym murze wiszą pamiątkowe płyty z nazwiskami wszystkich żołnierzy, którzy przewinęli się przez oddział majora. Nad wszystkim górują brzozowe krzyże. Jako, że w upamiętnienie tego miejsca zaangażował się Polski Związek Jeździecki, obok dużego głazu Hubala spoczywa niewielki kamień z wyrytym napisem Demon, upamiętniający konia majora, który też zginął w czasie feralnej potyczki. Mają w Brukseli swój pomnik gołębie wojskowe, ma reprezentant kawaleryjskich rumaków pod Anielinem. Szkoda, że o tylu innych czworonogach poległych w ludzkich konfliktach nikt nie pamięta.

Szaniec Hubala pod Anielinem
Tablice z listą żolnierzy Hubala
W potyczce zginął też koń majora
Szaniec od frontu
Orzeł zdobiący grzbiet muru
Tablica ufundowana przez PZJ

7 października 1901 roku przed drewnianym kościółkiem w podtomaszowskich Białobrzegach zebrał się, pod kierownictwem księdza proboszcza, tłumek odświętnie ubranych włościan dzierżąc specjalnie przygotowany bochen chleba i naczynie z solą. Wyobraźnia podpowiada, że nad grupą powiewały kościelne i państwowe, biało-niebiesko-czerwone flagi. Kto wie czy wzorem większych miast nie wzniesiono specjalnej bramy tryumfalnej. Ku rozczarowaniu zgromadzonych i proboszcza, orszak cara Mikołaja II i jego małżonki Aleksandry Fiodorowny przejechał przez wieś nie zatrzymując się ani na chwilę. Cesarska para była już może zmęczona udziałem w uroczystości poświęcenia cerkwi prawosławnej w Tomaszowie, a może preferowała kontakty z ludem w formie i czasie zaplanowanym przez dwór.

W każdym razie, w kronice parafialnej z opisem tego dnia pozostała pusta kartka, na której ręką proboszcza, na skos strony, umieszczono adnotację: „Miejsce to miało służyć na położenie podpisów przez Najj. Państwa”. Ksiądz chciał uroczystym powitaniem nawiązać do specjalnych relacji łączących jego poprzednika Ludwika Żmudowskiego z ojcem cara, Aleksandrem III. Otóż ksiądz ów był zapalonym myśliwym i znawcą lasów nadpilickich. Przy pomocy osób bliskich dworowi carskiemu udało mu się zaprosić następcę tronu do udziału w polowaniu w tej okolicy. Było to zaproszenie atrakcyjne dla myśliwego, jako że w pobliżu carskiej rezydencji w Skierniewicach, gdzie akurat przebywała rodzina panująca, można było polować co najwyżej na bażanty i zające. Tak więc we wrześniu 1876 odbyło się 11 dniowe polowanie, w którym ksiądz Żmudziński służył za miejscowego łowczego. Było ono na tyle udane, że carewicz nakazał u ujścia rzeczki Gać do Pilicy postawić stanicę myśliwską, a księdzu podarował złoty pierścień oprawny w diamenty. Zapraszał go też, już jako imperator Wszechrusi, na kolejne polowania w okolicach osady, którą od nazwiska właściciela młyna nad Gacią nazwano Spałą.

Takie były początki śródleśnej rezydencji służącej początkowo jako ustronie dla carów, później dla prezydentów Polski, następnie dla „ciężko pracujących robotników” w ramach Funduszu Wczasów Pracowniczych, a obecnie dla każdego. Początkowo było to całkiem bezpretensjonalne miejsce – tu prym wiodła pani prezydentowa Wojciechowska samodzielnie prowadząc kuchnię. Z czasem, nabierając funkcji reprezentacyjnych, osada obrastała w coraz większą ilość obiektów projektowanych w stylu myśliwsko-alpejskim. Dopiero PRL dorzucił swoje klockowate obiekty i nadbudówki, których jedynym celem było pomieszczenie jak największej ilości gości. Z upadkiem komunizmu oraz FWP, a także otwarciem kurka z funduszami unijnymi, z niepozornej poczwarki począł wykluwać się atrakcyjny motyl.

Widok płacyku prezydenta z pomnikiem żubra na pierwszym planie

Zdjęcia z M. Słoniewski, S. Czestnych „Pałac i ludzie. Historia rezydencji myśliwskiej w Spale 1885-1945”

Obecnie Spała stara się łączyć ofertę dla turysty masowego z estetyką godną koronowanych głów, dyplomatów, ministrów i ojców narodu, którzy niegdyś tu bywali. My zatrzymaliśmy się w pensjonacie o nazwie Carski Dwór, gdzie na ścianach podziwialiśmy pokaźną galerię portretów przedstawicieli rodziny Romanowów, a gdy obrazów zabrakło, dodatkowo oprawione w ramki rosyjskie papiery dłużne. W miejscowości znajdują się również kawiarnio-restauracja Carska Wieża i Carskie Apartamenty. Nie dziwią napisy w cyrylicy i dwugłowe orły. Polacy może są antyrosyjscy, gdy chodzi o geopolitykę, ale zmienia się to, gdy rosyjski akcent może przynieś finansowe zyski.

Carski Dwór
Mikołaj i Aleksandra
Elementy zastawy stołowej z czasów carskich
Galeria rodziny Romanowów
Imperialne godło na ogrodzeniu Carskich Apartamentów

Równocześnie kultywuje się tu prezydencki okres Spały. Z naszego rezerwatu imperialnej Rosji chodziliśmy na śniadania do hotelu Mościcki, a jeden z obiadów zamówiliśmy w restauracji należącej do położonego na drugim brzegu Pilicy hotelu Prezydent. Ulubionym obiektem robienia sesji fotograficznych jest ławeczka Mościckiego, gdzie można przysiąść się do prezydenta na stanowisku myśliwskim, dzierżącego w ręku dwururkę, z psem Lordem u boku. Niegdysiejszy symbol rezydencji, żeliwny pomnik żubra, pierwotnie ustawiony w Zwierzyńcu koło Białowieży, odzyskany na mocy traktatu ryskiego z ZSRR został, decyzją prezydenta Mościckiego ustawiony w przypałacowym parku. Dzisiaj ukryty w zieleni na zapleczu nowego obiektu z apartamentami na wynajem jest nieco zapomniany. Jednak jego wizerunek używany jest powszechnie do celów promocyjnych przez miejscowe instytucje, organizacje i obiekty turystyczne.

Ławeczka prezydenta Mościckiego
Białowieski pomnik żubra w Spale. Fotografia z roku 2013. Budynek w tle zmienił się nie do poznania

Spała to miejsce bogate w historię, ale nie w wartościowe zabytki. O jej uroku stanowi zanurzenie zabudowy w zieleni. Gęste mieszane lasy o prawdziwie puszczańskim charakterze otaczają całą miejscowość. Na spiętrzonej rzeczce Gać stworzono staw, wokół którego spacerują liczni goście. W dół Pilicy na jej wysokim brzegu rozłożyło się uroczysko Grzybek, nazwane tak od wiaty takiegoż kształtu. Kolejni władcy (z pomazania czy też z wyboru) odwiedzali to miejsce piechotą, powozem, konno czy jak Mikołaj II – łódką. W pobliżu ułożono z głazów narzutowych pomnik podnoszący zasługi prezydenta Mościckiego dla odnowienia tradycji łowieckich. Przy tej kamiennej piramidzie skromnie wygląda miejsce pochówku Lorda.

Wzdłuż głównej ulicy rozciąga się malowniczy park projektu wiodącego architekta zieleni przełomu XIX i XX wieków – Waleriana Kronenberga. Został on w ostatnich latach odnowiony, wzbogacony o nowe ogrodzenie i fontannę, ale też uatrakcyjniony o modne obecnie kwiatowe łąki. Spośród nich wyrasta bez mała stuletnia drewniana kaplica prezydencka. Wnętrze tej niewielkiej świątyni, jedynej do której można wejść poza porą nabożeństw, zdobią międzywojenne witraże oraz drewniany ołtarz ukazujący nawrócenie świętego Huberta. W środku jest mrocznie i nastrojowo, a powietrze przesycone jest zapachem drewna. Ceniący celebrę swego urzędu Mościcki, udając się na nabożeństwa, zostawiał większość swojej świty przed drzwiami. Zwykł się za to modlić w towarzystwie delegacji dzieci z miejscowego sierocińca.

Staw na Gaci ze współczesnym budynkiem świetlicy wiejskiej
Dawniej elektrownia wodna, obecnie bar Turbina
Kaplica prezydencka
Harry przy kamieniu Lorda
Willa szwajcarska
Jeden z większych i strojniejszych budynków w Spale
Dawny kompleks zabudowań gospodarczych
Grzybek na uroczysku po ostatniej przebudowie uzyskał więcej nóżek
Carska wieża ciśnień od strony parku

Architektura drewniana Spały i okolic jest ujmująco bezpretensjonalna. Być może wynika to z funkcji, drewniane domki służyły bowiem głównie jako schronienie dla strażników całego kompleksu. Dwa z takich domków znajdziemy przy drogach wyjazdowych na zachód i ku północy. Na najciekawszy można jednak natrafić około 3.5 km na północny zachód od miejscowości, na granicy wsi Glinik i Dąbrowa. Zbudowany z bali i kryty czerwonym dachem domek ma malowane okiennice i okapy oraz półkolistych kształtów drewniany parawan kryjący szczytową część budynku. Pomalowany w wyraziste kolory wygląda wedle opisu na Google maps „jak z ruskiej bajki”.

Spała jest też ważnym miejscem na kajakowej trasie Pilicy. Nad rzekę można wygodnie dojechać, a samochód zostawić na sporym parkingu. Liczne wypożyczalnie działające w okolicy nie skarżą się na brak zainteresowania, na co wpływ ma rzadki w centralnej Polsce charakter rzeki, której obydwa brzegi (na odcinku do Inowłodza) porastają całkiem gęste lasy. My spłynęliśmy do Żądłowic (ok. 18 km). Po drodze zaliczyliśmy dwie mielizny oraz ze cztery bystrza, gdzie dno kajaka szorowało o kamienie. Harry przeżył nurkowanie z kajaka na „główkę”, ale dzięki temu szczęśliwie przekonał się, że potrafi pływać. Na rzece spotkaliśmy sporo kaczek oraz tracze nurogęsi i gągoły z młodymi. Sąsiad z pensjonatu miał więcej szczęścia, bo udało mu się spostrzec czarnego bociana. No i panorama Inowłodza od strony rzeki z obydwoma kościołami definitywnie uatrakcyjnia spływ akurat tym odcinkiem Pilicy.

Domek jak z ruskiej bajki
Pilica pod Spałą
Most wiszący nad Pilicą
Kaczki i tracze odpoczywaja na mieliźnie
Kapliczka w Dąbrowie
Kościół w Inowłodzu od strony rzeki
Pilica płytnie w zielonym obramowaniu lasów
Wysokie brzegi pod Inowłodzem

***

Jednym z niewielu powodów do narzekań letników odwiedzających pod koniec XIX w. stację klimatyczno-leśną w Inowłodzu był stan dróg, a co za tym idzie, czas i komfort dojazdu od najbliższej stacji kolejowej w Tomaszowie. Piasek do pół osi konnego wozu, a po deszczach błoto – to było pierwsze doświadczenie przyjeżdżających na wypoczynek. Właściciel stacji słał monity do władz odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, a nawet zakupił w Hamburgu niewielki stateczek parowy w celu transportowania gości. Władze były jednak nierychliwe, a droga wodna, ze względu na zmienną głębokość i krzywizny rzeki zajmowała więcej czasu niż przejazd furmanką. W końcu w 1902 roku zbudowano drogę z Tomaszowa do Inowłodza wiodącą przez Brzustów. Najkrótsza droga przez lasy nadpilickie i Spałę była niedostępna, podróżni nie mieli prawa zakłócać wypoczynku pierwszych osób w państwie.

Zmieniło się to wraz z otwarciem Spały dla wypoczynku masowego. Początkowo nie miało to większego znaczenia, ale wraz z rozwojem motoryzacji, przeciskająca się między pocarskimi zabytkami droga krajowa nr 48 stała się problemem. Wyobraźcie sobie tylko posiadówkę nad espresso w kawiarnianym ogródku, przerwaną dźwiękiem filiżanki podskakującej na spodku i widokiem ogromnego TIR-a w odległości 5 metrów od stolika. Aż się prosi o zastosowanie niemieckiego patentu na okiełznanie ruchu drogowego w miejscach turystycznych, a mianowicie stworzenie dwóch solidnych parkingów na każdym końcu miejscowości z zakazem ruchu tranzytowego pomiędzy nimi. Możnaby wtedy ukoić zmysły sterane zmaganiami z codziennością na podobieństwo gości inowłodzkiej wilegiatury sprzed 100 laty. Pomarzyć zawsze warto…