Kategorie
Polska

Gdzie Krajna, gdzie Lwów czyli rozważania o pograniczu

Na cmentarzu parafialnym w Sopocie przy ulicy Malczewskiego znajduje się nagrobek skrywający  doczesne szczątki, jak głosi inskrypcja, Włodzimierza Decykiewicza – senatora II RP.  Jako miejsce urodzenia wskazany jest Lwów. Wydawać by się mogło, że kamień ten dokumentuje typowe kresowiackie losy osoby przymusowo wysiedlonej po 1944 roku na tzw. Ziemie Odzyskane. Tymczasem już notka biograficzna na Wikipedii ukazuje całkiem nieoczekiwany i nietuzinkowy życiorys. Otóż Wołodymyr Decykewycz (Володимир Децикевич) był ukraińskim politykiem i działaczem społecznym, pełniącym rozliczne funkcje państwowe, z których najpoważniejszą była rola ostatniego austriackiego namiestnika Galicji i Lodomerii. Co prawda, godność tą 1 listopada 1918 roku przekazał mu gubernator Karl von Huym niejako pod przymusem, gdyż był już internowany przez siły ukraińskie, a sam Decykewycz pełnił ją tylko przez kilka godzin oddając władzę przedstawicielom Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Tym niemniej, pamiętając, że był to krok uruchamiający lawinę dramatycznych zdarzeń kierujących narodowe świadomości Polaków i Ukraińców na kurs kolizyjny, odkrywszy ten nagrobek miałem odczucie otarcia się o prawdziwą historię.


Decykewycz w międzywojniu był działaczem Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo Demokratycznego (UNDO), radnym Lwowa i członkiem zarządu województwa lwowskiego oraz członkiem władz większości ukraińskich organizacji społecznych tego okresu. Był jednak człowiekiem starej daty, zwolennikiem umiaru w polityce i postępu osiąganego drogą negocjacji, a te wartości były coraz mniej cenione w radykalizującym się politycznie społeczeństwie ukraińskim tuż przedwojennej epoki. W roku 1943 Decykewyczowie przenieśli się do Nowego Targu gdzie mieszkała rodzina jego żony, z domu Tarnawskiej, a po wojnie trafili do Sopotu, gdzie krótkotrwały namiestnik Galicji i Lodomerii dożył swoich dni. Nie wiem, czy opuścił swoje rodzinne miasto z powodu dolegliwości podeszłego wieku (w 1943 roku liczył sobie już 78 lat), obawy przed nadciągającymi Sowietami czy też ogólnego zniechęcenia atmosferą gęstniejącego okrucieństwa i barbarii. Dla mnie jest on jednak przykładem człowieka pogranicza, żyjącego w środowisku mieszanym etnicznie i kulturowo, gdzie równie łatwo można opowiedzieć się po jednej ze stron jak wybrać własną drogę polityczną czy życiową pozwalającą na lokowanie się poza sporem lub mniej czy bardziej harmonijne łączenie stanowisk każdej ze stron.

Refleksje nad losami Decykewycza oraz innego człowieka pogranicza, Górnoślązaka Carla Ulitzki (o którym kiedyś chętnie napiszę), towarzyszyły mi w odbytej pod koniec lutego wycieczce do Krajny. Nie, nie na Ukrainę – region w zachodniej Polsce, położony w trójkącie między Bydgoszczą, Piłą i Chojnicami bieże swą nazwę od wielowiekowego położenia na krajach państwa polskiego, a także na granicy Wielkopolski i Pomorza. Obecnie to bez mała centralna Polska, wiec nazwa jest nieco zwodnicza. Oprócz map i przewodników, które zresztą,

Gerd Heinrich na Celebes z upolowanym „chrapiącym ptakiem”

zwłaszcza w wersji papierowej, są trudnodostępne, wiozłem ze sobą książkę Bernda Heinricha „Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii”.„Chrapiący ptak” to jednak książka biograficzna, której akcja toczy się m. in. na terenie powiatu sępoleńskiego, gdzie zamierzaliśmy się zatrzymać. Ojciec autora, Gerd Heinrich był przyrodnikiem i eksploratorem w XIX wiecznym znaczeniu tego słowa, a równocześnie właścicielem majątku Borówki położonego na wschód od Sępólna Krajeńskiego. Okoliczne lasy, mokradła i jeziora kształtowały jego wrażliwość przyrodniczą oraz ciekawość świata. Stąd wyruszał na wyprawy badawcze do Persji, w Dobrudżę i Rodopy, do Birmy i na wyspę Celebes. Ekspedycje badawcze oraz poszukiwania rzadkich gatunków ptaków i owadów pozwalały mu usunąć się poza pole niemiecko-polskiego konfliktu o państwową przynależność Krajny.

Zatrzymaliśmy się w Lutówku nad jeziorem Lutowskim. Do swojej dyspozycji mieliśmy cały dom, z okien którego roztaczał się widok na pokryte lodem jezioro. Mimo, że temperatura za dnia skoczyła do dwucyfrowych wartości na plusie, nocne przymrozki nie pozwoliły ustąpić pokrywie lodowej. Ku naszemu przerażeniu wędkarze nadal praktykowali na tym i sąsiednich jeziorach wędkarstwo lodowe. Na szczęście nie słyszeliśmy o żadnych związanych z nim wypadkach. Rankami budził nas klangor żurawi, klucze dzikich gęsi z gęganiem ciągnęły nad jeziorem i dachami domów, a przy śniadaniu, przez okno można było obserwować czaplę białą sprawdzająca czy przy brzegu nie pojawił się pas wolnej od lodu wody. Zaraz za ostatnimi zabudowaniami zaczynał się, ciągnący się przez dobrych 10 km na zachód, las. Miejscami był na tyle stary i naturalny, że utworzono w nim cztery rezerwaty przyrody. Jezioro Lutowskie wypełnia polodowcową rynnę, a jego lustro wody leży kilkanaście metrów poniżej pofalowanyego terenu na północ od wsi zajętego przez pola, łąki, podmokłe zagłębienia oraz niewielkie zagajniki. Przez krawędź jeziornej rynny przerzynają się koryta strumieni spływających z wysoczyzny. Jako, że nastała odwilż po śnieżnej zimie niosły one sporo wody. Wieczorny spacer z psami był dźwiękowo obudowany nie tylko głosami dzikich gęsi, ale i bulgotaniem strumieni śpieszących oddać swą zawartość jeziorowej toni. Mimo, że jezioro Lutowskie i jego wschodni sąsiad jezioro Sępoleńskie należą do jezior rynnowych, ich linia brzegowa (zwłaszcza tego pierwszego) jest bardzo urozmaicona. Wędrówkę wzdłuż ich brzegów urozmaicają półwyspy, zatoki, wodne przesmyki i ukryte wśród lasów pomniejsze zbiorniki wodne. Ich ustronne brzegi stwarzają okazje do obserwacji ptasich drapieżników, głównie myszołowów.

Jezioro Lutowskie
Nasz dom w Lutówku
Jezioro Lutowskie
Dawna szkoła
Okolice Lutówka
Przedwiosenne rozlewisko
Żurawie na śniegu
I w locie
Nadleśnictwo
Stary dom
Łabędzie wykorzystują skrawek wolnej od lodu wody
Klucz dzikich gęsi

Położone w pobliżu powiatowe Sępólno odwiedzaliśmy tylko w celu zrobienia zakupów. Miasto, choć uniknęło zniszczeń wojennych, nie obfituje w obiekty historyczne. Naszą uwagę zwrócił zespół rzeźb figuralnych przy głównej ulicy, nieco rozwlekle i stylistycznie wątpliwie, nazwany Pomnikiem Wdzięczności ku Czci Chrystusa Króla. Został on wzniesiony na 20-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości, wkrótce potem zniszczony przez Niemców i odbudowany po kolejnych 75 latach. Ustawionej centralnie figurze Chrystusa hołd oddaje 13 postaci z jednej strony reprezentujących wielkość i sukcesy (w rozumieniu militarnym) Polski, a z drugiej wszystkie stany odrodzonej ojczyzny. Pomimo wielkości i bogactwa szczegółów założenie dosyć harmonijnie wpisuje się w zbocze cmentarnego wzgórza, a same rzeźby zdradzają zręczne dłuto ich wykonawców. Prócz pomnika wielkością i starannością wykonania wyróżniają się międzywojenny gmach Starostwa Powiatowego, jak też przypominający lotniskową wieżę kontroli lotów współczesny budynek Urzędu Skarbowego. W sępoleńskiej pizzerii o nazwie nawiązującej do dalmatyńskiej wyspy zamawialiśmy obiady. W menu zwróciliśmy, nie bezkrytyczną, uwagę na produkt o nazwie „Panacetta”, który, ku ogólnemu zaskoczeniu, zajął pierwsze miejsce wśród wszystkich skosztowanych pizz.

Pomnik o bardzo długiej nazwie, fot. MOs810, lic. CC BY-SA 4.0
Starostwo, fot. Jkwa007, lic. CC BY-SA 3.0
Urząd Skarbowy

Krajna została przez Traktat Wersalski podzielona granicą państwową w sposób, który Polsce przyznał jej część wschodnią, m. in. z Sępólnem i południową z Wyrzyskiem i Łobżenicą, przy Niemcach zaś zachowując część pn.-zach. ze Złotowem. Nie był to podział idealny, gdyż zostawiał po obydwu stronach granicy znaczące liczbowo skupiska Polaków bądź Niemców. Jednym z takich ośrodków było Zakrzewo w powiecie złotowskim, zasiedlone w większości przez Polaków. Polskość podtrzymywał tam energiczny proboszcz Bolesław Domański, będący od 1933 roku aż do swej śmierci w kwietniu 1939 roku prezesem Związku Polaków w Niemczech. Na potrzeby mniejszości polskiej zbudowano w latach 1934-35 Dom Polski, w którym koncentrowały się działania polskich organizacji społecznych. Największą salę w tym budynku ozdobiły, układające się w cykl Polski Rok Obrzędowy, freski autorstwa Janiny Kłopockiej, która wcześniej zaprojektowała znak graficzny Związku Polaków – słynne Rodło. Wykonane w technice sgraffito malowidła zostały w 1939 zachlapane wapnem i odsłonięte dopiero w roku 1972 na 50 rocznicę powstania Związku Polaków w Niemczech. Podobno decyzji tej pomogła pomysłowość ówczesnego dyrektora Domu Polskiego, który usunął nieco dachówek doprowadzając do zalania sufitu i ścian sali, która wkrótce miała pomieścić dostojnych gości tego wydarzenia. Znalazły się fundusze, a skuwając zamoczone tynki odkryto przedwojenne malowidła. Dorobek malarski Kłopockiej uległ zniszczeniu podczas Powstania Warszawskiego. Oprócz Rodła i zachowanego w zakrzewskiej kaplicy obrazu Matki Boskiej Radosnej malowidła z zakrzewskiego Domu Polskiego stanowią największy zbiór jej prac. Co ciekawe herb gminy Zakrzewo składa się z dwóch pól, na których znajdują się prace Kłopockiej – wizerunek Matki Boskiej Radosnej na lewym i Rodło na prawym polu.

Dom Polski od podwórza
Dom Polski widoczny na lewo od kościoła
Wejście do sali Rodła
Wnętrze sali Rodła

Malowidła na ścianach sali Rodła

Herb gminy Zakrzewo

Krajna nie obfituje w zabytki rangi ogólnopolskiej. Jednakże w wielu wsiach znajdują się zabytkowe kościoły, często  o konstrukcji szachulcowej, takie jak np. kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie. Mam też wrażenie, że w regionie zachowała się ponadprzeciętna ilość dworów i pałaców. Cóż z tego, skoro obiekty te są turystycznie martwe. Kościoły pozostają zamknięte poza godzinami nabożeństw. Pałace albo nie są udostępniane turystycznie ze względu na swoje funkcje, tak jak będący siedziba firmy pałac w Zamartem, albo pełnią funkcję hotelowe (Sypniewo, Kromierowo) i dostępne są tylko dla gości. COVID dołożył swoje ograniczenia, bo w normalnych czasach moglibyśmy odwiedzić chociaż hotelowe restauracje. A tak pozostało nam zaglądanie i robienie zdjęć zza parkanów. Udało nam się jednak odwiedzić dwie świątynie pełniące jednocześnie rolę sanktuariów maryjnych. Górka Klasztorna koło Łobżenicy jest najstarszym miejscem kultu maryjnego w Polsce, gdyż objawienie miało w roku 1079. Zamarte na granicy województw kujawsko-pomorskiego i pomorskiego jest z kolei jednym z najmłodszych miejsc kultu, gdyż zostało uznane za takowe tylko w roku 1994, chociaż już w roku 1417 wielki mistrz Zakonu NMP Michał Küchmeister ufundował tam kaplicę i umieścił w niej uznawaną za cudowną figurkę Matki Boskiej.

Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie, fot. Krzysztof Golik, lic. CC BY 3.0
Pałac von Wilckensów w Sypniewie, fot. Gww, lic. CC BY-SA 3.0 pl
Pałac Komierowskich w Komierowie od frontu
Pałac Komierowskich od strony kaplicy

Długotrwałość kultu jest przyczyną, dla której Górka Klasztorna obrosła w infrastrukturę obsługi pielgrzymów, taką jak noclegownie, jadalnie, ołtarze polowe i wolno stojące kaplice, w tym jedną kryjącą święte źródełko. Sama świątynia, choć starsza o prawie sto lat i wyposażona w stylu barokowym nie budzi takiego wrażenia jak ta w Zamartem. Kościół zamarcki jest bogatszy w ciekawostki i wysmakowany stylowo. Świętą figurkę ukradziono w roku 1983 (polecam tą datę uwadze wszystkich wyznawców teorii, że zepsucie przyszło dopiero z demokracją), zastąpiła ją XVIII-wieczna kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Malowidła pokrywające sklepienia i ściany kościoła opisywane są w przewodnikach jako przykład czeskiego rokoko. Ich autor, brat Paschalis Wołos, jest jednak obecnie uznawany za przedstawiciela szkoły lwowskiej. Cóż, inspiracja czeska czy lwowska i tak pozostaje wyjątkiem w pomorsko-krajeńskim otoczeniu. Jeszcze jednym rarytasem jest znajdujący się w bocznym ołtarzu XVI-wieczny obraz przedstawiający patrona Warszawy, błogosławionego Ładysława z Gielniowa. W tle można podziwiać realistycznie oddaną panoramę ówczesnej Warszawy. W 1994 roku sanktuarium objęli zakonnicy warszawskiej Prowincji Karmelitów Bosych i to oni sprowadzili to jakże oryginalne w tym otoczeniu dzieło sztuki.

Brama do Sanktuarium w Górce Klasztornej
Kaplica, w której ukryta jest
Górka Klasztorna – widok na oltarz główny
Sanktuarium w Zamartem
Bł. Ładysław z Gielniowa unoszący się ponad XVI wieczną Warszawą
Sanktuarium w Górce Klasztornej
Święta studzienka
Górka Klasztorna – ambona
Ołtarz z kopią ikony MB Częstochowskiej
Prospekt organowy w Zamartem
Polichromie szkoły lwowskiej
Rokokowy konfesjonał i korespondujące z nim malowidło ścienne

W ramach zaliczania korony wzniesień polskich odwiedziliśmy kompleks Dębowej Góry koło Wyrzyska. Kulminacja sięga raptem 192 m npm., ale jako, że dno doliny Noteci, nad którą bezpośrednio wyrastają wzgórza jest na poziomie ok. 50 m npm. mamy tu do czynienia z przewyższeniami rzadko spotykanymi na polskim niżu. Podchodziliśmy od północy, od strony leśniczówki Zielona Góra, gdzie można zostawić samochód. Droga wkrótce wkracza tam do gęstego lasu, który tworzą głównie graby, dęby i buki. Co charakterystyczne, a nietypowe dla wzniesień północnej Polski, rzeźba terenu jest tu niesłychanie bogata, przez co masyw ma wiele kulminacji, a prowadzone wśród nich ścieżki wiją się, aby je ominąć. Spacerowaliśmy pod koniec pogodnego, przedwiosennego dnia, więc promienie słońca bez przeszkód docierały na dno lasu, a my mogliśmy cieszyć się całkiem odległymi widokami. Zaliczyliśmy kilka wzniesień, choć z braku szczegółowej mapy i kończącego się dnia nie mogę pochwalić się zdobyciem najwyższego wzniesienia Krainy. Dla porządku warto też wspomnieć o wizycie w Obkaskich Górach. To pasmo pagórków, tylko nieznacznie niższych od Dębowej Góry, rozciągające się między miejscowościami Obkas na zachodzie, a Dąbrówką na wschodzie, jest okrzyknięte kulminacją całego województwa kujawsko-pomorskiego. Niestety, sosnowy bór z jeżynowym poszyciem oraz ubóstwo ścieżek dostępnych dla turysty sprawiają, że pasmo pod względem atrakcyjności znacznie ustępuje Dębowej Górze. Chyba, że ktoś gotów jest wędrować zwierzęcymi ścieżkami, czerpiąc radość ze spotkania z sarnami, a może nawet ze studiowania koprologii czyli nauki o zwierzęcych odchodach.

W drodze na Dębową Górę
Jedna z licznych dolin
Przedwieczorne słońce
można podziwiać urozmaiconą rzeźbę terenu
Od takich drzew góra wzięła swoją nazwę
rzucało długie cienie na okoliczne zbocza
Idealny teren na spacery z czworonogiem
Harry w drodze na Dębową Górę
Obkaskie Góry od strony Dąbrówki

Widoki z Obkaskich Gór

Na skraju Obkaskich Gór

Bernd Heinrich w swojej książce wspomniał o ziemiańskich sąsiadach ojca tylko w kontekście początków II Wojny Światowej. Tomasza Komierowskiego, zapalonego myśliwego i działacza organizacji rolniczych w 1939 roku „zastrzelono podczas gdy przechadzał się po swoim lesie”. Hans-Jürgen von Wilckens, który przed wybuchem wojny zbiegł do Niemiec, a powrócił już mundurze SS, przewodził „komisji odsiewającej zwolenników III Rzeszy od potencjalnych przeciwników”, w istocie był też inspiratorem prześladowań i eksterminacji polskich sąsiadów w początkowych miesiącach wojny. Gerd Heinrich zakopał cenne zbiory gąsieniczników (rodzaj owadów składających jajka w gąsienicach motyli) birmańskich oraz dotyczącą ich monografię na terenie majątku, po czym wraz z rodziną uciekł szczęśliwie do Niemiec. Jeszcze później wyemigrowali wszyscy do USA. W 1959 roku poinformował Instytut Zoologii PAN o lokalizacji zakopanych zbiorów. Zostały odnalezione i do dzisiaj kolekcja jest przechowywana w Muzeum Zoologii PAN, a cztery zeszyty wydawanych przez ten instytut Annales Zoologici zostały poświęcone opisowi taksonomii tej grupy owadów jego autorstwa. Dwór w Borówkach został prymitywnie przebudowany na mieszkania dla pracowników PGR-u. Miał mniej szczęścia niż pałac w Komierowie czy sypniewska rezydencja von Wilckensów. Entomolog spędził 40% swego życia i umarł z dala od stron rodzinnych, podobnie jak Wołodymyr Decykewycz.  Życie na pograniczu zawsze było obciążone ryzykiem i często trzeba było za nie płacić wysoką cenę.

Fot. Kordiann, lic. CC BY-SA 4.0